O mnie
- TimeMashinka
- TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
sobota, 21 stycznia 2012
sobota, 10 grudnia 2011
Dorastanie do roli
Czasem mówi się gładko "dorosłaś / nie dorosłaś do roli matki". Kiedyś czytałam ten zwrot tak jakby rozumiał się sam przez się. Rola matki była tak niepodzielna jak złotówka w jednej monecie.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
wtorek, 29 listopada 2011
Bezzębny joker
Urodziło nam się bezobsługowe dziecko. Tak nam się wydawało na początku. Jadło, spało, jadło, spało... Przewijaliśmy je z własnej inicjatywy. Gdyby nie nasze widzimisię, że dziecko musi nosić świeżą pieluszkę, Ince nie przeszkadzałaby nawet tygodniowa "bielizna".
Pewnego razu dziecko zaczęło otwierać oczy przytomniej niż zwykle i koncentrować się na mojej twarzy. Zrobiło mi się nieswojo. Nie lubię, jak ktoś się na mnie gapi. Wydaje mi się wtedy, że mam kawałek natki pietruszki między zębami. Pomyślałam, że może to przez przypadek. Przesunęłam twarz w lewo. Oczy dziecka przesunęły się w lewo. Przesunęłam twarz w prawo. Oczy dziecka przesunęły się w prawo.
Nasze manewry trwały dni kilka. Dziecko nabrało wprawy w zabawie w berka. Pewnego dnia przesunęło oczy w pogoni za moją twarzą i powiedziało "y". Konsternacja. Co dziecko ma na myśli? "Y" padło jeszcze kilka razy i nic więcej się nie wydarzyło. Uznałam więc, że jest to kolejny poziom gry i zaczęliśmy wymieniać samogłoski jak karty w grze w wojnę. "Y" dziecka służyło za jokera i brało wszystkie karty.
Kolejnym poziomem trudności w naszej grze była wymiana min. Zaczęliśmy od uśmiechów. Potem dołączyły dąsy, smutasy, zadziwki, szokencje, gryzacze, gargulce, ojojce i wiele innych. Gra zrobiła się bardzo skomplikowana. Bardziej niż gry z reklam w TV, w których trzeba się ruszać, żeby ludzik na ekranie zechciał grać w tenisa albo tańczyć. W naszej grze trzeba było się ruszać, mówić i stroić miny jednocześnie. Bez gwarancji, że efekt po drugiej stronie będzie zgodny z oczekiwanym. Inka cały czas była górą.
Pewnego razu złapałam stópki Inki w dłonie i zaczęłam delikatnie głaskać. Na twarz dziecka wypłynął niepohamowany, błogi uśmiech. Uśmiech nie znikał tak długo, jak długo masowałam maleńkie stópki. Zaczęłam mówić dziecku o tym, jak fajnie się z nim guga i gargoli. Jak bardzo wszyscy je kochają. Jak delikatnie brat Milan głaszcze maleńką główkę. Jak cudnie będzie się przejść razem na spacer. Jak niedługo dziecko wyskoczy z wózka i pobiegnie na własnych nogach na plac zabaw. Jak bardzo cała rodzina czeka na pierwsze spotkanie. Jak daleko pojedziemy, żeby dziecko mogło się nacieszyć świętami po polsku. Jak wiele frajdy czeka nas podczas podróży.
Dziecko zapatrzyło się w twarz opowiadacza i słuchało, słuchało, słuchało...
Pewnego razu dziecko zaczęło otwierać oczy przytomniej niż zwykle i koncentrować się na mojej twarzy. Zrobiło mi się nieswojo. Nie lubię, jak ktoś się na mnie gapi. Wydaje mi się wtedy, że mam kawałek natki pietruszki między zębami. Pomyślałam, że może to przez przypadek. Przesunęłam twarz w lewo. Oczy dziecka przesunęły się w lewo. Przesunęłam twarz w prawo. Oczy dziecka przesunęły się w prawo.
Nasze manewry trwały dni kilka. Dziecko nabrało wprawy w zabawie w berka. Pewnego dnia przesunęło oczy w pogoni za moją twarzą i powiedziało "y". Konsternacja. Co dziecko ma na myśli? "Y" padło jeszcze kilka razy i nic więcej się nie wydarzyło. Uznałam więc, że jest to kolejny poziom gry i zaczęliśmy wymieniać samogłoski jak karty w grze w wojnę. "Y" dziecka służyło za jokera i brało wszystkie karty.
Kolejnym poziomem trudności w naszej grze była wymiana min. Zaczęliśmy od uśmiechów. Potem dołączyły dąsy, smutasy, zadziwki, szokencje, gryzacze, gargulce, ojojce i wiele innych. Gra zrobiła się bardzo skomplikowana. Bardziej niż gry z reklam w TV, w których trzeba się ruszać, żeby ludzik na ekranie zechciał grać w tenisa albo tańczyć. W naszej grze trzeba było się ruszać, mówić i stroić miny jednocześnie. Bez gwarancji, że efekt po drugiej stronie będzie zgodny z oczekiwanym. Inka cały czas była górą.
Pewnego razu złapałam stópki Inki w dłonie i zaczęłam delikatnie głaskać. Na twarz dziecka wypłynął niepohamowany, błogi uśmiech. Uśmiech nie znikał tak długo, jak długo masowałam maleńkie stópki. Zaczęłam mówić dziecku o tym, jak fajnie się z nim guga i gargoli. Jak bardzo wszyscy je kochają. Jak delikatnie brat Milan głaszcze maleńką główkę. Jak cudnie będzie się przejść razem na spacer. Jak niedługo dziecko wyskoczy z wózka i pobiegnie na własnych nogach na plac zabaw. Jak bardzo cała rodzina czeka na pierwsze spotkanie. Jak daleko pojedziemy, żeby dziecko mogło się nacieszyć świętami po polsku. Jak wiele frajdy czeka nas podczas podróży.
Dziecko zapatrzyło się w twarz opowiadacza i słuchało, słuchało, słuchało...
czwartek, 24 listopada 2011
Pozdrowienia z S-Bahna
Od kilku tygodni na myśl o tym miejscu wywoływała popłoch w pomysłach na pierwsze wersy i las palców w górę. "Mnie wybierz! Mnie opisz! O mnie pamiętaj!" Teraz, gdy siedzę sobie przed otwartym okienkiem bloga i mam coś napisać, zapanowała taka dziwna cisza...
Halo, halo, jest tam kto? Raz, dwa, raz, dwa, próba mikrofonu!
Ostatni wpis pochodzi z czerwca. Zdjęcie Milana na zjeżdżalni wydaje się prastare. Dziś jest to już prawie panicz Milan! Oj, muszę choćby w kilku punktach podsumować ostatnie kilka miesięcy:
- w lipcu zmieniliśmy miejsce gniazdowania. Teraz piszę z Monachium.
- w sierpniu tata Milana poszedł do nowej pracy, a Milan, jego mama i pokaźny brzuszek mamy zaczęli się na nowo poznawać. W efekcie ponad miesięcznej (trudnej) współpracy zadzierzgnęliśmy niezwykłe więzy przyjaźni :) Czy ktoś próbował zaprzyjaźnić się z dwuipółlatkiem? Powodzenia!
- we wrześniu Milan poszedł do nowego przedszkola. Okazało się, że wcale nie jest asocjalnym typkiem o co zaczęłam go już podejrzewać.
- we wrześniu przyjechała do nas ciocia Madzia. Doglądała nas pilnie i serdecznie. Będąc brzuchem na dwóch spuchniętych nogach niewiele mogłam już zdziałać wokół Milana-latawca (to rodzaj męski latawicy, nie odwrotnie).
- 24 września przyszła na świat Inka.
- przez cały październik poznawaliśmy się we czworo i ustalaliśmy nowy porządek w stadzie. Inka okazała się egzemplarzem łatwym w obsłudze. Jadła, spała, cierpliwie znosiła przewijanie. Potem zaczęła się uśmiechać i "gugać". Ku naszemy ogromnemu rozrzewnieniu. Milan awansował na stanowisko Starszego Brata. Poznał smak zazdrości o "jego dzidzię".
- 10 listopada Milan skończył 3 lata. Zaczął o sobie mówić "duży chłopiec". Zamienił swój mały, puchaty kocyk na dorosłą kołdrę. Kocyk pożyczył Ince. Zapewniłam go, że jak tylko będzie go potrzebował, może go wziąć, bo to zawsze będzie jego kocyk. Ech, dyplomacja...
Po drodze wydarzyło się wiele historii wartych kronik rodzinnych. Jedną z nich opowiedziała moja mama. Milan spędził u dziadków czas potrzebny nam na przeprowadzkę całego domostwa. Już wiemy, jak smakuje tęsknota za dzieckiem i powitanie po rozłące.
(Gwoli wstępu: u dziadków Milan poznał nowe zwierzęta - mrówki. Stały się hitem wakacji w Grudziądzu. Mrówka to, mrówka tamto. Przebierając paluszkami udawał mrówki. Mieliśmy mrówki dosłownie w całym domu :)
Pięknego lipcowego popołudnia Milan poszedł z dziadkami na nadwiślańskie błonia. Letnie słońce, ciepło, piach i trawa nad brzegiem rzeki, noga za nogą to z babcią, to z dziadkiem... Koń by się zmęczył, a co dopiero dwuipółlatek. Milan stanął więc przed babcią, wyciągnął łapki w górę i zakomenderował "Do góry! Do góry!" Babcia nie w ciemię bita. Nosić 13 kilo to żadna frajda. Próbuje więc przemówić do rozsądku Milana: "Miluś, babcia nie weźmie cię do góry. Każdy chodzi na swoich nóżkach, Miluś też. No pokaż, gdzie masz nóżki?" Miluś sprawdza obecność stópek i odpowiada: "Mrówki zjadły!"
Inna historia może służyć na otwarcie rozdziału życia w Monachium.
(Sierpień i wrzesień były wyjątkowo gorące. W weekendy jeździliśmy nad cudne jezioro w Karsfeld. Milan łapczywym wzrokiem gonił za kaczkami, piłkami, grillami i dmuchanymi dziwami. W pamięci utkwił mu szczególnie dmuchany materac i ręczna pompka...)
Milan wchodzi do kuchni ciągnąc za sobą żółty kocyk. Siada na nim i udaje, że pompuje wydając dźwięki "włyt, włyt, włyt...".
Mama: Co robisz?
Milan: Zapompuję ci kocyk.
Chcę zrobić dobry żart, przykładam więc rękę do pleców Milana i też robię "włyt, włyt, włyt...".
Milan (wyrywa się dziko): "Nie tak! Nie pomp Milana, pomp tylko kocyk!"
(Niezaprzeczalną miłością Milana w Monachium stała się komunikacja miejska. S-Bahn, U-Bahn, Strassenbahn (czyli po poznańsku bimba) i autobusy poznaje po emblematach. Podczas podróży po mieście toczymy ciekawe rozmowy...)
Jedziemy z Milanem S-Bahnem. Za oknami przewijają się miejskie krajobrazy przeplatane egipskimi ciemnościami tuneli. Milan stroi śmieszne miny do własnych myśli. Jedna mina przypomina mi kota.
Mama: Milan, jak robi kotek? (oczekuję, oczywiście, "miau")
Milan: A jak robi bałwanek Krecika?
Mama: Nie wiem. Powiedz, jak robi bałwanek Krecika?
Milan (jednostajnie, na jednym tonie): Hi hi hi.
Do bycia dorosłym należy niezaprzeczalnie dorosłe używanie toalety.
Ciocia Madzia i Inka - dream team.
Halo, halo, jest tam kto? Raz, dwa, raz, dwa, próba mikrofonu!
Ostatni wpis pochodzi z czerwca. Zdjęcie Milana na zjeżdżalni wydaje się prastare. Dziś jest to już prawie panicz Milan! Oj, muszę choćby w kilku punktach podsumować ostatnie kilka miesięcy:
- w lipcu zmieniliśmy miejsce gniazdowania. Teraz piszę z Monachium.
- w sierpniu tata Milana poszedł do nowej pracy, a Milan, jego mama i pokaźny brzuszek mamy zaczęli się na nowo poznawać. W efekcie ponad miesięcznej (trudnej) współpracy zadzierzgnęliśmy niezwykłe więzy przyjaźni :) Czy ktoś próbował zaprzyjaźnić się z dwuipółlatkiem? Powodzenia!
- we wrześniu Milan poszedł do nowego przedszkola. Okazało się, że wcale nie jest asocjalnym typkiem o co zaczęłam go już podejrzewać.
- we wrześniu przyjechała do nas ciocia Madzia. Doglądała nas pilnie i serdecznie. Będąc brzuchem na dwóch spuchniętych nogach niewiele mogłam już zdziałać wokół Milana-latawca (to rodzaj męski latawicy, nie odwrotnie).
- 24 września przyszła na świat Inka.
- przez cały październik poznawaliśmy się we czworo i ustalaliśmy nowy porządek w stadzie. Inka okazała się egzemplarzem łatwym w obsłudze. Jadła, spała, cierpliwie znosiła przewijanie. Potem zaczęła się uśmiechać i "gugać". Ku naszemy ogromnemu rozrzewnieniu. Milan awansował na stanowisko Starszego Brata. Poznał smak zazdrości o "jego dzidzię".
- 10 listopada Milan skończył 3 lata. Zaczął o sobie mówić "duży chłopiec". Zamienił swój mały, puchaty kocyk na dorosłą kołdrę. Kocyk pożyczył Ince. Zapewniłam go, że jak tylko będzie go potrzebował, może go wziąć, bo to zawsze będzie jego kocyk. Ech, dyplomacja...
Po drodze wydarzyło się wiele historii wartych kronik rodzinnych. Jedną z nich opowiedziała moja mama. Milan spędził u dziadków czas potrzebny nam na przeprowadzkę całego domostwa. Już wiemy, jak smakuje tęsknota za dzieckiem i powitanie po rozłące.
(Gwoli wstępu: u dziadków Milan poznał nowe zwierzęta - mrówki. Stały się hitem wakacji w Grudziądzu. Mrówka to, mrówka tamto. Przebierając paluszkami udawał mrówki. Mieliśmy mrówki dosłownie w całym domu :)
Pięknego lipcowego popołudnia Milan poszedł z dziadkami na nadwiślańskie błonia. Letnie słońce, ciepło, piach i trawa nad brzegiem rzeki, noga za nogą to z babcią, to z dziadkiem... Koń by się zmęczył, a co dopiero dwuipółlatek. Milan stanął więc przed babcią, wyciągnął łapki w górę i zakomenderował "Do góry! Do góry!" Babcia nie w ciemię bita. Nosić 13 kilo to żadna frajda. Próbuje więc przemówić do rozsądku Milana: "Miluś, babcia nie weźmie cię do góry. Każdy chodzi na swoich nóżkach, Miluś też. No pokaż, gdzie masz nóżki?" Miluś sprawdza obecność stópek i odpowiada: "Mrówki zjadły!"
Inna historia może służyć na otwarcie rozdziału życia w Monachium.
(Sierpień i wrzesień były wyjątkowo gorące. W weekendy jeździliśmy nad cudne jezioro w Karsfeld. Milan łapczywym wzrokiem gonił za kaczkami, piłkami, grillami i dmuchanymi dziwami. W pamięci utkwił mu szczególnie dmuchany materac i ręczna pompka...)
Milan wchodzi do kuchni ciągnąc za sobą żółty kocyk. Siada na nim i udaje, że pompuje wydając dźwięki "włyt, włyt, włyt...".
Mama: Co robisz?
Milan: Zapompuję ci kocyk.
Chcę zrobić dobry żart, przykładam więc rękę do pleców Milana i też robię "włyt, włyt, włyt...".
Milan (wyrywa się dziko): "Nie tak! Nie pomp Milana, pomp tylko kocyk!"
(Niezaprzeczalną miłością Milana w Monachium stała się komunikacja miejska. S-Bahn, U-Bahn, Strassenbahn (czyli po poznańsku bimba) i autobusy poznaje po emblematach. Podczas podróży po mieście toczymy ciekawe rozmowy...)
Jedziemy z Milanem S-Bahnem. Za oknami przewijają się miejskie krajobrazy przeplatane egipskimi ciemnościami tuneli. Milan stroi śmieszne miny do własnych myśli. Jedna mina przypomina mi kota.
Mama: Milan, jak robi kotek? (oczekuję, oczywiście, "miau")
Milan: A jak robi bałwanek Krecika?
Mama: Nie wiem. Powiedz, jak robi bałwanek Krecika?
Milan (jednostajnie, na jednym tonie): Hi hi hi.
Do bycia dorosłym należy niezaprzeczalnie dorosłe używanie toalety.
Ciocia Madzia i Inka - dream team.
środa, 8 czerwca 2011
KAMIENIE MIL(AN)OWE - MILAN I MĘSKIE SIKANIE
Postanowiłam zacząć nowy wątek. Bajki Milanowe. Kamienie milowe. Z mojego dzieciństwa istnieją historie o Agusi, co koty pod autami w białych rajstopkach ganiała. O żarłocznej Agnieszce, co chudej siostrze ledwo oblizanego banana ukradła. O Agusi, co z dziadkiem Bronkiem wiejskie jedzenie jadła: jajecznicę na móżdżku, kartofle z parnika, świński ogonek. O Agusi, Madzi i podpiwku. O Agusi i zajączku w czerwonym wiaderku. Przekazywane ustnie z roku na rok stają się bogatsze w szczegóły, zapachy, smaki, kolory. Tak działa pamięć ludzi starszych: przenosi tęczę do przeszłości, a teraźniejszość zasłania mgłą zapomnienia.
Chciałabym podarować Milanowi pewnego dnia zbiór historyjek o nim samym. O krokach siedmiomilowych, które zrobił w swoim rozwoju, tak niespodziewanie i lekko, jakby robił to codziennie. Jak będę żwawą staruszką, sama chętnie usiądę nad takimi opowiastkami. Będę zawstydzać nimi Milana, jak przyjedzie przedstawić nam swoją nową dziewczynę :)
MILAN I MĘSKIE SIKANIE
Była piękna majowa niedziela 2011r.. Jedna z pierwszych niedziel Milana bez pieluszki. Zarazem jedna z wielu niedziel poza domem. Nie robiliśmy nic wzniosłego. Ot, rodzinny spacer po Poznaniu, po Starym Rynku. Było ganianie gołębi. Było gapienie się na ludzi. Było żebranie o balona. Były fenomenalne lody w kulkach – Milanowe truskawkowe. Pełna wolność i spokój.
Wieczór już się zbliżał, więc ruszyliśmy w stronę auta. Na ul. Dominikańskiej Milan powiedział niespodziewanie „Ja chcę siku”. Zbaranieliśmy. Zero toalety, zero pieluszki, zero nocnika. Szybko postanowiliśmy wprowadzić Milana na wyższy stopień moczowego wtajemniczenia: sikanie na stojąco. Podjął się tego tata Christian, naturalnie. Co może wiedzieć kobieta na ten temat? Ja nie wiem nic.
Ciach, spodnie ściągnięte, ciach, majteczki wokół kostek i... no i co dalej? Tata trzyma, komenderuje, ale malutkie mięśnie nie chcą jeszcze spinać się na komendę właściciela. W efekcie mamy osikany kawałek murka, pół spodni i skarpety.
Milan lubi sikanie na murek - pełen sukces :)
piątek, 3 czerwca 2011
Czewony Namiot
Głosy kobiet. Pod tym hasłem spotkałyśmy się wczoraj w Sztuka Puka z Beatą. Beata oprócz zacięcia do opowiadania magicznych historii dzieciakom fascynuje się kobiecymi motywami w opowieściach z różnych kultur. A że dwie koleżanki właśnie wyjeżdżają na fantastyczne misje wolontariackie (jedna do Ghany wykuwać lokalne liderki, druga do Gwatemali pomagać kobietom rozkręcać ich babską spółdzielnię rękodzieła), Beata przyjechała, żeby otworzyć im (i nam) oczy na kobiecą wspólnotę odbitą w opowieściach jak w lustrze.
I tutaj mam kłopot. Z jednej strony głowa wchłonęła porcję wiedzy i mówi mi, że wspólnota kobiet to coś pradawnego, naturalnego, mocnego jak wiązanie aromatyczne w pierścieniu węglowodorowym. Z drugiej strony moje ciało i dusza mają tak skąpe (i momentami przykre) doświadczenia z tym związane, że nie chcą się na to otworzyć.
Z jednej strony mam naszą polską kulturę, nowobogacką, rozpędzoną wielkomiejsko i „yuppiszonowsko”. Każdy jest molekułą. Każda rodzina zaczyna się na rodzicach i kończy na dzieciach. Babcie i dziadkowie są co najwyżej opiekunami wnuków i dawcami nowych bucików, samochodzików i polis posagowych. Zniknęła „samopomoc babska” rozumiana jako wielopokoleniowy krąg zapewniający kontinuum kobiecym mądrościom. Ja sama pewnie z tysiąc razy wyśmiałam „babcine mądrości”. Jasne, niektóre są czystymi przesądami (jak o mieszaniu ciasta w jedną stronę, żeby się udało). Być może jednak niektóre są prawdziwe jak życie. Np. to, żeby „mężczyźnie nigdy całego przyrodzenia nie pokazywać”. Ja się z tego śmiałam, a tutaj w tradycji afrykańskiej znalazła się przepiękna historia o tym, jak to mężczyzna-hiena chce skrzywdzić dziewczynę. Dziewczyna przeżywa tylko dlatego, że zachowuje część wiedzy o sobie samej w sekrecie przed mężczyzną. On nie jest w stanie dosięgnąć jej i zranić, bo nie może jej przeniknąć. Aktualne? Jak bardzo!
Mamy w naszej polskiej (a może ogólnie słowiańskiej?) kulturze babskie tematy tabu jak miesiączkę, inicjację seksualną czy małżeński erotyzm. I mamy nowoczesne remedium: pisma typu „Girl” i erotyzm pozamałżeński :) Ręka do góry, jeśli Twoja mama / babcia opowiedziały Ci pięknie o kobiecej krwi zanim stałaś się kobietą, jeśli przeprowadziły się przez te pierwsze, zaskakujące doświadczenie w taki sposób, że poczułaś się wyjątkowo. Ja mam z tych momentów wspomnienia wyjątkowe, fakt. Wyjątkowo upokarzające, odhumanizowujące i pozbawiające kobiecości. Do tej pory nie chcę o tym wspominać. Tak samo jest z pozostałymi tabu. Każda dziewczynka a potem kobieta uczy się tego sama, metodą prób i błędów. Tak jakby odkrywała Amerykę i nikt inny przed nią tego nie doświadczał. Tak jakby kwestia inicjacji seksualnej objawiała się światu np. 21 maja 2011, kiedy to nastoletnia Ania idzie z poznanym miesiąc wcześniej chłopakiem do łóżka. Nie bardzo wie, dlaczego, po co, co się z nią działo, co z tym zrobić, ale z kim ma się tym podzielić?
W sukurs naszej niewiedzy idzie medycyna i psychologia. Nasz świat seksualności, doświadczeń porodowych i macierzyńskich jest naszpikowany medycznymi określeniami. Wiemy, co się chemicznie, biologicznie, fizycznie dzieje z naszym ciałem. Reakcje naszego wnętrza skatalogowała psychologia. Nagle ten świat stał się i znany, i oddzielony od nas zarazem. Zniknęła gdzieś magia przeżywania go indywidualnie, dla siebie. W medycynie nie ma wiele miejsca na tak nienamacalne i nieuleczalne przypadłości jak „radość”. Przez poporodowe smutki pomoże Ci przejść lekarz przepisując Ci antydepresanty, a nie druga kobieta, która sama jest matką i rozumie Cię najlepiej na świecie. Dzięki medycynie poznajemy siebie i potrafimy się wsadzić w ramki określeń „introwertyczny, ze skłonnościami do depresji, uzdolniony muzycznie, genetycznie obciążony alergią”, ale tu i teraz nie mamy kontaktu z własnym wnętrzem.
Po drugiej stronie Księżyca stoi świat, do którego wybierają się dziewczyny. Analfabetyczny, niezepsuty, tradycyjny świat kobiecych wspólnot. Indianki czy Afrykanki stają się kobietami, matkami, żonami, babkami dzięki innym kobietom, które pokazują im meandry całego procesu i są z nimi w ważnych chwilach. Siła kobiecości tkwi w tym, co natura uczyniła niedostępnym dla mężczyzn. Moc kobiecego kręgu podsycana jest pieczołowicie, niczym ogień przez Westalki. Żeby być kobietą, potrzebna jest siła. W każdej kulturze, ponieważ niezależnie od półkuli ziemskiej każda z nas staje się kobietą, matką, żoną. Ale też tylko my, kobiety, mamy moc odradzania się. W kulturach, które my nazywamy mniej cywilizowanymi, kobiety potrafią czerpać garściami ze wspólnotowej mocy. Mają swoje kobiece miejsca, okazje, spotkania, opowieści. Tego im zazdroszczę, bo czuję, że nie znalazłam jeszcze klamki od drzwi prowadzących do tego tajemnego pokoju. Może wygląda to inaczej? Może to ja krążę po pokoju, zamknięta w czterech ścianach własnych ograniczeń i nie znalazłam jeszcze wyjścia na świat? Świat, w którym czekają kobiety, spragnione bliskości drugiej kobiety, gotowe podzielić się swoją siłą? Świat, w którego centrum stoi Czerwony Namiot?
Beata Frankowska, Grupa Studnia O.
środa, 1 czerwca 2011
Dniodzieckowo
Wczoraj był Światowy Dzień bez Papierosa. Dziś był Międzynarodowy Dzień Dziecka. Przypadkowe sąsiedztwo? Cóż. Jak wspomnę moje pierwsze (i ostatnie) w życiu doświadczenie z papierosami, to miałam wtedy jakieś 5 lat. Wysysałam smak papierosowy z niedopalonych filtrów na popielniczce rodziców. Mama mnie przyłapała. One wiedzą wszystko - kiedyś tego nie rozumiałam, ale teraz wiem, że zbrodni doskonałej człowiek uczy się powoli. Posadziła mnie na stołku w kuchni, zapaliła całego papierosa i podała. Kazała się zaciągnąć. Ja się zaciągnęłam pełną piersią, nie obciążoną w końcu poczuciem winy z powodu robienia czegoś nielegalnego. I wtedy zaczęła się akcja: kaszel, łzy w oczach, dym w uszach, brak powietrza, drapanie, swędzenie, duszenie... Odtąd nawet nie przemknęło mi przez głowę, żeby zapalić. Ani razu aż do dziś czyli przez prawie 30 lat.
Jak obchodzić Dzień Dziecka w dzisiejszych czasach? Dzień codzienny przeciętnego małolata jest i tak atrakcyjny, w porównaniu z tym, co mieli jego rodzice wyrośli na pożywce socjalistycznej siermiężności. Przeciętny małolat chodzi do żłobka-przedszkola, ma zapewnione atrakcje w stylu rytmiki, plastyki, angielskiego, ogródek z zabawkami i zjeżdżalniami, obiadek z zieleniną i deserkiem, salę zabaw z plastikiem z całego świata, kolorowy nocnik, niemalże własną ciocię-opiekunkę.
Czym tu jeszcze zaskoczyć dzieciaki?
W dzisiejszych Wiadomościach podali, że wg dzieci chcą one więcej naszego czasu i naszej uwagi. No tak, na taką non-commerce wadomość dziś tylko wszyscy czekali. Nie wypadało powiedzieć, że dzieci chcą więcej słodyczy. Mój osesek na przykład by chciał. Zasłodziłby się chwilowo na śmierć. Z tą rodzicielską większą uwagą u dzieci jest jak z zieleniną: kwestia przyzwyczajenia. Na początku, wbrew pozorom, wcale nie byliby zadowoleni. Rodzice pouczają, temperują, w lewo albo w prawo, wolniej, nie teraz, sprzątnij itp. No i jak tu rozmawiać z dzieckiem, skoro między sobą komunikujemy się monosylabami albo równolegle? Myślę więc, że problem leży głębiej. Nie do końca jest tak, że jesteśmy mega-zapracowani i w niedoczasie. My nie mamy co dać dzieciom, więc budujemy atrapy dorosłych światów pełnych zajęć obowiązkowych i potrzeb. Brak kasy i konieczność pracy łatwo uzasadnić racjonalnie. W tym jesteśmy świetni. Brak umiejętności rozmowy z dzieckiem - trochę kosmitą, jeśli chodzi o myślenie, czucie, reagowanie - cóż. Nie wygląda to dobrze w CV.
W czasach, gdy rodzice mieli dużo czasu i dużo do powiedzenia w kwestii świata swoich dzieci (lata Gierkowskie), Dzień Dziecka był jednak dniem zwycięstwa materializmu. Do dziś pamiętam jeden z prezentów: kredki 36-kolorowe znalezione pod poduszką. Potem już nic tak bardzo nie smakowało.
Jak obchodzić Dzień Dziecka w dzisiejszych czasach? Dzień codzienny przeciętnego małolata jest i tak atrakcyjny, w porównaniu z tym, co mieli jego rodzice wyrośli na pożywce socjalistycznej siermiężności. Przeciętny małolat chodzi do żłobka-przedszkola, ma zapewnione atrakcje w stylu rytmiki, plastyki, angielskiego, ogródek z zabawkami i zjeżdżalniami, obiadek z zieleniną i deserkiem, salę zabaw z plastikiem z całego świata, kolorowy nocnik, niemalże własną ciocię-opiekunkę.
Czym tu jeszcze zaskoczyć dzieciaki?
W dzisiejszych Wiadomościach podali, że wg dzieci chcą one więcej naszego czasu i naszej uwagi. No tak, na taką non-commerce wadomość dziś tylko wszyscy czekali. Nie wypadało powiedzieć, że dzieci chcą więcej słodyczy. Mój osesek na przykład by chciał. Zasłodziłby się chwilowo na śmierć. Z tą rodzicielską większą uwagą u dzieci jest jak z zieleniną: kwestia przyzwyczajenia. Na początku, wbrew pozorom, wcale nie byliby zadowoleni. Rodzice pouczają, temperują, w lewo albo w prawo, wolniej, nie teraz, sprzątnij itp. No i jak tu rozmawiać z dzieckiem, skoro między sobą komunikujemy się monosylabami albo równolegle? Myślę więc, że problem leży głębiej. Nie do końca jest tak, że jesteśmy mega-zapracowani i w niedoczasie. My nie mamy co dać dzieciom, więc budujemy atrapy dorosłych światów pełnych zajęć obowiązkowych i potrzeb. Brak kasy i konieczność pracy łatwo uzasadnić racjonalnie. W tym jesteśmy świetni. Brak umiejętności rozmowy z dzieckiem - trochę kosmitą, jeśli chodzi o myślenie, czucie, reagowanie - cóż. Nie wygląda to dobrze w CV.
W czasach, gdy rodzice mieli dużo czasu i dużo do powiedzenia w kwestii świata swoich dzieci (lata Gierkowskie), Dzień Dziecka był jednak dniem zwycięstwa materializmu. Do dziś pamiętam jeden z prezentów: kredki 36-kolorowe znalezione pod poduszką. Potem już nic tak bardzo nie smakowało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


