Jakoś nie mogę się doczekać zdjęć, żeby je tu wkleić, więc najpierw napiszę "na sucho", a jak będę mieć zdjęcia, do je dokleję.
Jestem po premierowym wystąpieniu w roli opowiadacza. Tadaaaaam! :)
Miało to miejsce w ostatnią niedzielę i cały czas mnie trzyma. Normalnie jak plaster antykoncepcyjny. Raz naklejasz i przez miesiąc coś tam ci się uwalnia do krwi. W moim przypadku adrenalina i uśmiech :)
Postanowiłyśmy z Magdą Sambor (o niej później, bo warto) dać dzieciakom 5-7-letnim próbkę tego, co zebrali bracia Grimm. Magda wzięła na siebie najtrudniejszą część - początek. Wyciągnęła fantastyczne mapy Polski i Niemiec i zaczęła dzieciakom pokazywać, gdzie my jesteśmy, gdzie się toczy akcja naszych bajek, jakie jeszcze bajki są w Polsce, a co jest w Niemczech. Wszystkie dzieciaki przysunęły się blisko, jakbyśmy oglądali mrowisko.
Potem Magda swoim spokojnym, melodyjnym głosem zaintonowała (bo inaczej nie można tego nazwać) bajkę o szczurołapie (fleciście) z Hameln. Według mojego Christiana Hameln jest znane w Niemczech tylko z tych szczurów. Cóż, tak jak u nas Gopło :)
Potem oddała głos mi. Miałam przygotowanych "4 muzykantów z Bremy". Ponieważ obie siedziałyśmy na filcowym kocyku, zaczęłam opowiadać w tej właśnie pozycji. O rany, ale było mi niewygodnie! Wstałam i dopiero wtedy stres zaczął mi odpuszczać. Jak mogłam się ruszać, wkładałam całą nagromadzoną energię w ruchy. Kot prychnął i rzucił się z pazurami na zbója, a osioł kopnął go w zadek. Widziałam, jak dzieciaki zaczynają reagować. A to ryczały jak osły, a to miauczały jak koty... W kulminacyjnym momencie wszyscy wydawali z siebie jakieś dźwięki. A ja tak się bałam, że właśnie wtedy zapadnie niezręczna cisza!
Było naprawdę bosko i na pewno to kiedyś jeszcze powtórzę.
Potem dzieciaki ruszyły do sali obok, gdzie czekały na nich przygotowane kartki, farby i Majka, która wprowadziła ich w wątek "zwierzęta i muzyka". Ciekawa jestem, jakąż to zwierzęcą orkiestrę stworzą.
Nie da się jednak ukryć, że kosztowało mnie to sporo tremy i solidnych przygotowań. Niby taka prosta bajka, a ja siedziałam nad polską i niemiecką wersją dobry dzień. Robiłam notatki, wypisywałam sobie ważne słówka i zwroty, rozpisałam akcję na obrazy. Obrazy przewijały się przed oczami, a ja w głowie mówiłam bajkę. Tak dawno nie odrabiałam zadania domowego :)
A teraz słówko o Magdzie Sambor, bo to niesamowita osoba. Prowadzi w pałacyku Mikuszewo Polsko-Niemiecki Dom Spotkań Młodzieży. Dzieją się tam cuda w zakresie porozumień ponad granicami :) Jej chłopakiem jest Falco - Niemiec z Niemiec, z Hanoweru. Pewnego dnia przyjechał do Mikuszewa białym koniem (w sumie Golfem, ale fajnie sobie pomarzyć). Został. Magda jest członkinią tamtejszego Koła Gospodyń Wiejskich. Falco zaakceptowali w Ochotniczej Straży Pożarnej. Dla niego nawet zmienili status, żeby można było przyjąć nie-Polaka :) Oboje są szczęśliwi.
Ech, jak w bajce :)
http://wrzesnia.powiat.pl/aktualnosci/palac-mozliwosci.html
Poczytajcie koniecznie o Mikuszewie i o Magdzie Sambor!
O mnie
- TimeMashinka
- TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
czwartek, 12 maja 2011
czwartek, 5 maja 2011
Bajki 3D dla ludzi 2D
Mój teść in spe kupił sobie nowy telewizor. Nic w tym dziwnego. Tyle że inny nowy telewizor stoi zapakowany, z gwarancją, na strychu. Nie sprawdził się. Był o kilka cali za mały (42 tylko) i nie był 3D. Ten nowy to dopiero sprzęcior! Wielki tak, że nie mieści się w przeznaczonym miejscu. Płaski oczywiście. No i te efekty specjalne 3D i HD, i coś tam jeszcze Woda się na ciebie wychlapuje, łoś wybiega przed kanapę, auto wyjeżdża prosto na ciebie! Widzisz każdy włos na włochatej nodze pająka!
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.
Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.
Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.
Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.
Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.
Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.
Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.
Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.
Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)
wtorek, 26 kwietnia 2011
Przesłuchanie
Mam mało bajkowy nastrój. To przez święta. Raz, przyjeżdżam do rodziców z dzieckiem w gorączce, prosto od lekarza. Nie wiem, co będzie. Na szczęście gorączka spada następnego dnia. Ale następnego dnia, w sobotę (dwa), jest już robota. Kroimy sałatkę, robimy pisanki, kłótnia, kto idzie ze święconką itd. Szkoda, że w naszej rodzinie nie ma zwyczaju wspólnego przeżywania tego fajnego momentu, jak wszystko dopiero się staje. Jest mama i jej plan. I żadnych odstępstw od normy, bo mama ma kryzys.
Trzy, w niedzielę idziemy do cioci, bo taka jest tradycja. U nas znaczy to znacznie więcej niż dobre imię dla dziewczynki. W naszej rodzinie postawiłabym słowo tradycja zaraz przy słowie świętość. Mama spięta, bo będą jeszcze 2 dodatkowe osoby, które ona uważa za "ą-ę". Madzia spięta, bo nie lubi pytań, a że jest dość tajemnicza, więc wszyscy pytają. Ogólnie jest fajnie. Ja dobrze się czuję. Milan szaleje. Christian może spokojnie zapalić papierosa na zewnątrz. Szukamy z chłopakami jajek od zająca. Łazimy po całym wielgachnym ogrodzie. Włazimy na drzewo. Gonimy kota. Wpadamy na jedzenie i wypadamy do ogrodu. Ale mama nadal na wdechu. Szepcze z babcią po kątach. Cztery, po nocy w domu mojej mamy babcia czuje się już prawie jak u siebie. Bierze mnie na "rozmowę" czyli monolog umoralniający. Milan bez chrztu. Co ja sobie wyobrażam, co ja mu robię, co ja robię babci i całej rodzinie. I w ten deseń długie dalej. Pięć, przy pożegnaniu wraca do tematu. Mam przemyśleć i zrobić jej prezent. JEJ PREZENT w postaci chrztu mojego dziecka.
Wyjeżdżam z ulgą. Dom otwieram wsłuchując się w znajomy szczęk klucza. Obwąchuję kąty jak pies. Przez kilka dni w nozdrzach panoszył się inny zapach. Ten mój, domowy, musi chwilkę krążyć po receptorach zanim wypuszczę powietrze i ułożę się jak pies na własnej, wytartej wycieraczce.
Co prawda "po szóste" już krąży po głowie - praca czeka. We wtorek trzeba ostro nadrobić stracony czas świąt. Moment przyjazdu jednak daje mięśniom chwilę wytchnienia. Po raz kolejny z moją siostrą obiecujemy sobie, że kolejne święta będą inne. Żadnego przymusu, żadnej tradycji, której nie lubimy, żadnego stresu. Zobaczymy, co będzie za rok.
Od rana dziś realizuję "po szóste". Telefony, maile, teksty. Nie mam weny do bajek. Nie mam weny w ogóle do niczego bardziej twórczego niż zmywanie naczyń. Mój brzuch współgra z nastrojem. Zaparł się na amen.
Trzy, w niedzielę idziemy do cioci, bo taka jest tradycja. U nas znaczy to znacznie więcej niż dobre imię dla dziewczynki. W naszej rodzinie postawiłabym słowo tradycja zaraz przy słowie świętość. Mama spięta, bo będą jeszcze 2 dodatkowe osoby, które ona uważa za "ą-ę". Madzia spięta, bo nie lubi pytań, a że jest dość tajemnicza, więc wszyscy pytają. Ogólnie jest fajnie. Ja dobrze się czuję. Milan szaleje. Christian może spokojnie zapalić papierosa na zewnątrz. Szukamy z chłopakami jajek od zająca. Łazimy po całym wielgachnym ogrodzie. Włazimy na drzewo. Gonimy kota. Wpadamy na jedzenie i wypadamy do ogrodu. Ale mama nadal na wdechu. Szepcze z babcią po kątach. Cztery, po nocy w domu mojej mamy babcia czuje się już prawie jak u siebie. Bierze mnie na "rozmowę" czyli monolog umoralniający. Milan bez chrztu. Co ja sobie wyobrażam, co ja mu robię, co ja robię babci i całej rodzinie. I w ten deseń długie dalej. Pięć, przy pożegnaniu wraca do tematu. Mam przemyśleć i zrobić jej prezent. JEJ PREZENT w postaci chrztu mojego dziecka.
Wyjeżdżam z ulgą. Dom otwieram wsłuchując się w znajomy szczęk klucza. Obwąchuję kąty jak pies. Przez kilka dni w nozdrzach panoszył się inny zapach. Ten mój, domowy, musi chwilkę krążyć po receptorach zanim wypuszczę powietrze i ułożę się jak pies na własnej, wytartej wycieraczce.
Co prawda "po szóste" już krąży po głowie - praca czeka. We wtorek trzeba ostro nadrobić stracony czas świąt. Moment przyjazdu jednak daje mięśniom chwilę wytchnienia. Po raz kolejny z moją siostrą obiecujemy sobie, że kolejne święta będą inne. Żadnego przymusu, żadnej tradycji, której nie lubimy, żadnego stresu. Zobaczymy, co będzie za rok.
Od rana dziś realizuję "po szóste". Telefony, maile, teksty. Nie mam weny do bajek. Nie mam weny w ogóle do niczego bardziej twórczego niż zmywanie naczyń. Mój brzuch współgra z nastrojem. Zaparł się na amen.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Prawie live
We wtorek i w środę mieliśmy kolejną porcję warsztatów dla opowiadaczy. Każdego dnia bite 8h pracy każdą częścią ciała i mózgu. Ale cóż to była za praca! Po pierwsze, ważne, kto prowadził warsztaty: Beata i Jarek z Grupy Studnia O. Beata - mistrzyni tworzenia bajkowej, magicznej atmosfery, zaklinania dzieci, zamorskich języków i klejenia skrawków historii w kolorową kołdrę przeszłości. Jarek - action man, Paganini wplatania rzeczywistości w bajkowe "gdybanie", nagłych zwrotów akcji, śpiewogry przy gitarze. Ich warsztat narzędzi przekazu opowieści był tak bogaty, że siedziałam urzeczona nie wiedząc, co z tego wybrać dla siebie. Może poetykę "na malinowy chruśniak"? A może "na wesołego Romka" z Misia? Do tej pory nie wiem. Będę po prostu "fleksybilna" ;)
Teraz mamy, my - wszyscy świeżo upieczeni opowiadacze - kolejne zadanie. Każdy z nas musi wziąć jedną bajkę-historię i opowiedzieć ją dzieciom. Ze wszystkimi szykanami: muzyką, przebraniem, głosami, piosenkami, rykiem, wyciem, machaniem łapami itd. Postanowiliśmy, że nasze historie będą osadzone w jakiejś konkretnej kulturze i będą opowieściami tradycyjnymi. Dzieci zaś będą coś tworzyć małymi łapkami na podstawie naszych bajań. Malowanki, rzeźby, teatrzyki.
Ja wybrałam 2 bajki. Obie są z repertuaru braci Grimm. Jedną z nich są "Czterej muzykanci z Bremy" a drugą "Stoliczku, nakryj się!". Jedna daje pole do popisu poprzez włączenie dzieciaków w opowiadanie. Drugą pamiętam z dzieciństwa. Jedyna, jaką pamiętam. Jutro zdecyduję. Bracia Grimm to klasyka, rzecz jasna. Pamiętam, jak jako dziecko czytałam sobie te bajki do poduszki. Wcale mnie nie dziwiły dziewice zamykane w wieżach, trupy szwendające się po jaskiniach czy gość z wyłupionymi oczami. Jasne, bałam się jak smok, ale niczemu się nie dziwiłam. Potem okazało się, że te opowieści były jeszcze straszliwsze. Nastał trend ukrywania ich przed dziećmi. Dzieci miały być trzymane w świecie bezpiecznym, kolorowym, pachnącym i łagodnym. A potem nastał Harry Potter i całą budyniową rzeczywistość szlag trafił :)
Teraz mamy, my - wszyscy świeżo upieczeni opowiadacze - kolejne zadanie. Każdy z nas musi wziąć jedną bajkę-historię i opowiedzieć ją dzieciom. Ze wszystkimi szykanami: muzyką, przebraniem, głosami, piosenkami, rykiem, wyciem, machaniem łapami itd. Postanowiliśmy, że nasze historie będą osadzone w jakiejś konkretnej kulturze i będą opowieściami tradycyjnymi. Dzieci zaś będą coś tworzyć małymi łapkami na podstawie naszych bajań. Malowanki, rzeźby, teatrzyki.
Ja wybrałam 2 bajki. Obie są z repertuaru braci Grimm. Jedną z nich są "Czterej muzykanci z Bremy" a drugą "Stoliczku, nakryj się!". Jedna daje pole do popisu poprzez włączenie dzieciaków w opowiadanie. Drugą pamiętam z dzieciństwa. Jedyna, jaką pamiętam. Jutro zdecyduję. Bracia Grimm to klasyka, rzecz jasna. Pamiętam, jak jako dziecko czytałam sobie te bajki do poduszki. Wcale mnie nie dziwiły dziewice zamykane w wieżach, trupy szwendające się po jaskiniach czy gość z wyłupionymi oczami. Jasne, bałam się jak smok, ale niczemu się nie dziwiłam. Potem okazało się, że te opowieści były jeszcze straszliwsze. Nastał trend ukrywania ich przed dziećmi. Dzieci miały być trzymane w świecie bezpiecznym, kolorowym, pachnącym i łagodnym. A potem nastał Harry Potter i całą budyniową rzeczywistość szlag trafił :)
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
6 bajek na śniadanie
Dziś było intro do jutrzejszych warsztatów dla opowiadaczy. Spektakl Grupy Studni O. 6 opowieści na dwie osoby i kilkanaście głosów. Była opowieść m.in. lapońska, żydowska, afrykańska, litewska. Wszystkie barwne i bliskie natury. Pełne pieśni i uczuć najbliższych każdemu człowiekowi. Obrazy malowane gestami, słowami i muzyką. Niezależnie od kraju i stulecia.
Pewnie, niektóre zwyczaje już dawno się zmieniły. Dziś kto by pomyślał, że dziewczyna po kwadransie przekomarzania się z chłopakiem może zadecydować, że gość niczego sobie, ot zostanę z nim na całe życie. Albo że jakaś rada mędrców ma prawo zadecydować, że jakiś obcy koleś zostanie z kobitką i będzie jej służył za męża. Tak to drzewiej bywało :)
Opowieści miały tyle warstw, że każdy się wciągnął. Dorośli próbowali nadążać i za fabułą, i za wartościami przemycanymi między wierszami, i za morałem całej opowieści. Dzieciaki łapały pojedyncze obrazy i szczegóły, starały się odgadnąć, dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Jak to jest, że nagle zaczynasz takie opowieści po prostu rozumieć? Nie pamiętam etapu przejściowego. Nie wiem, czy to było w podstawówce, czy w liceum.
Zdjęcie ze strony Grupy Studni O (http://www.studnia.org/about-2/)
Pewnie, niektóre zwyczaje już dawno się zmieniły. Dziś kto by pomyślał, że dziewczyna po kwadransie przekomarzania się z chłopakiem może zadecydować, że gość niczego sobie, ot zostanę z nim na całe życie. Albo że jakaś rada mędrców ma prawo zadecydować, że jakiś obcy koleś zostanie z kobitką i będzie jej służył za męża. Tak to drzewiej bywało :)
Opowieści miały tyle warstw, że każdy się wciągnął. Dorośli próbowali nadążać i za fabułą, i za wartościami przemycanymi między wierszami, i za morałem całej opowieści. Dzieciaki łapały pojedyncze obrazy i szczegóły, starały się odgadnąć, dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Jak to jest, że nagle zaczynasz takie opowieści po prostu rozumieć? Nie pamiętam etapu przejściowego. Nie wiem, czy to było w podstawówce, czy w liceum.
Zdjęcie ze strony Grupy Studni O (http://www.studnia.org/about-2/)
piątek, 8 kwietnia 2011
Baterie na 100%
Nie wiem, o czym napisać najpierw. Może chronologicznie.
Wzięłam udział w warsztatach opowiadania. Nic trudnego? Tak mi się wydawało. W końcu każdy z nas jakoś gada. Nie ma to jednak nic wspólnego z opowiadaniem. Przyjechał pan Michał z Muzeum Bajek w Konstancinie. Jego pasją jest kolekcjonowanie opowieści z całego świata i krzewienie tradycji słowa mówionego.
Najpierw, o dziwo, kazał nam się zamknąć i ruszać. Oj, wyszło szydło z wora! Skostniałe, biurowe ruchy próbowały odegrać spotkanie ze zwierzęciem. Potem było pełniej, śmielej, różnorodniej. Poruszało się całe ciało. Anektowało całą dostępną przestrzeń. Dołączyły do tego słowa. Mówione głosem wysokim jak szczypior albo niskim jak burak. Dołączyła głowa. Musiała zapanować na słowotokiem albo niezręczną pustką w głowie. Musiała poukładać sylaby w zgrabne słowa, słowa w rytmiczne wersy, wersy w melodyjne zdania, zdania w kształtne akapity. Dołączyło serce, aby móc wzbudzić emocje w odbiorcach.
Dla mnie osobiście spotkanie z opowiadaniem na tym etapie było spotkaniem ze mną samą. Musiałam się skonfrontować z własnymi wstydami i lękami. Z ograniczeniami. Z rutyną. Chciałam tego, więc na końcu padłam zmęczona, ale szczęśliwa.
Wieczorem wpisałam się na listę uczestników projektu Opowiadacze Świata. Będę przechodzić to jeszcze raz. Potem opowiem coś grupie dzieci, które na podstawie mojej opowieści stworzą COŚ. Ciekawe co. Czy coś w ogóle?
To jest właśnie Michał w akcji (zdjęcie ze strony www.storytellermuseum.org)
Następnego dnia, jeszcze naładowana warsztatami, spotkałam się z osobą, w której błękicie oczu utonęłam. OK, to nie była ślepa miłość do obywatela płci odmiennej. To było pierwsze spotkanie z Kasią Bajerowicz. Kasia to fantastyczna mama 3 świnek, ilustratorka i graficzka. Gdy wlazłam głębiej w jej blogi, odkryłam, że spod Kasi rąk wychodzą same cuda. Fantazyjne kołtuniaki, malowanki na talerzach i jedzenie, jedzenie, jedzenie. Ma po prostu dar jakiś tajemny. Chętnie przegadałabym z nią nie 2,5 a 25 godzin hurtem.
Kasia spojrzała na moją biedną książeczkę dla nieśmiałków. Popatrzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. I chyba coś w niej znalazła. Coś fajnego. Obracała stronę za stroną. Widać było, że patrzy też na warsztat - akapity, dosunięcia do krawędzi, kolory, kształty itp. Dała mi mnóstwo praktycznych rad. Co ciekawego, powiedziała, że na jednym obrazku widać, że świetnie się bawiłam. Na sąsiednim bawiłam się mniej. Tego to nawet ja nie wiedziałam!
Czekam na kontakt z jej strony. Ciekawe, czy będzie chciała ze mną pracować... Jakby co, wszystkie 4 kciuki mam zaciśnięte. Tak mocno, że trudno mi się skupić na czymkolwiek.
Wzięłam udział w warsztatach opowiadania. Nic trudnego? Tak mi się wydawało. W końcu każdy z nas jakoś gada. Nie ma to jednak nic wspólnego z opowiadaniem. Przyjechał pan Michał z Muzeum Bajek w Konstancinie. Jego pasją jest kolekcjonowanie opowieści z całego świata i krzewienie tradycji słowa mówionego.
Najpierw, o dziwo, kazał nam się zamknąć i ruszać. Oj, wyszło szydło z wora! Skostniałe, biurowe ruchy próbowały odegrać spotkanie ze zwierzęciem. Potem było pełniej, śmielej, różnorodniej. Poruszało się całe ciało. Anektowało całą dostępną przestrzeń. Dołączyły do tego słowa. Mówione głosem wysokim jak szczypior albo niskim jak burak. Dołączyła głowa. Musiała zapanować na słowotokiem albo niezręczną pustką w głowie. Musiała poukładać sylaby w zgrabne słowa, słowa w rytmiczne wersy, wersy w melodyjne zdania, zdania w kształtne akapity. Dołączyło serce, aby móc wzbudzić emocje w odbiorcach.
Dla mnie osobiście spotkanie z opowiadaniem na tym etapie było spotkaniem ze mną samą. Musiałam się skonfrontować z własnymi wstydami i lękami. Z ograniczeniami. Z rutyną. Chciałam tego, więc na końcu padłam zmęczona, ale szczęśliwa.
Wieczorem wpisałam się na listę uczestników projektu Opowiadacze Świata. Będę przechodzić to jeszcze raz. Potem opowiem coś grupie dzieci, które na podstawie mojej opowieści stworzą COŚ. Ciekawe co. Czy coś w ogóle?
To jest właśnie Michał w akcji (zdjęcie ze strony www.storytellermuseum.org)
Następnego dnia, jeszcze naładowana warsztatami, spotkałam się z osobą, w której błękicie oczu utonęłam. OK, to nie była ślepa miłość do obywatela płci odmiennej. To było pierwsze spotkanie z Kasią Bajerowicz. Kasia to fantastyczna mama 3 świnek, ilustratorka i graficzka. Gdy wlazłam głębiej w jej blogi, odkryłam, że spod Kasi rąk wychodzą same cuda. Fantazyjne kołtuniaki, malowanki na talerzach i jedzenie, jedzenie, jedzenie. Ma po prostu dar jakiś tajemny. Chętnie przegadałabym z nią nie 2,5 a 25 godzin hurtem.
Kasia spojrzała na moją biedną książeczkę dla nieśmiałków. Popatrzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. I chyba coś w niej znalazła. Coś fajnego. Obracała stronę za stroną. Widać było, że patrzy też na warsztat - akapity, dosunięcia do krawędzi, kolory, kształty itp. Dała mi mnóstwo praktycznych rad. Co ciekawego, powiedziała, że na jednym obrazku widać, że świetnie się bawiłam. Na sąsiednim bawiłam się mniej. Tego to nawet ja nie wiedziałam!
Czekam na kontakt z jej strony. Ciekawe, czy będzie chciała ze mną pracować... Jakby co, wszystkie 4 kciuki mam zaciśnięte. Tak mocno, że trudno mi się skupić na czymkolwiek.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Szukam mojej drugiej połowy
Ech. Zmartwienie takie mam. Szukam mojej drugiej połowy. Najlepiej na zawsze. Jak to w małżeństwie bywa, wnoszę coś do związku i oczekuję, że moja druga połowa będzie mnie cudownie uzupełniać.
Umiem więc fantazjować, wykuwać te fantazje w słowach, przerysowywać prostą kreską na papier i mam ogólną koncepcję tego, jak mamy otrzymać efekt końcowy w postaci szerokiego uśmiechu dziecięcej buzi na widok naszej książki.
Moja wymarzona druga połowa powinna umieć wziąć moje literki i obrazki, spojrzeć na nie czule i połączyć je z wyobraźnią. Trochę jak kucharz. Bierze śmierdzący czosnek, nijakie, suche makarony, oliwę, szczyptę soli i po chwili ma już boskie spaghetti alio di olio.
Znajduję fantastycznych ilustratorów. Świetnych bajkopisarzy. Fantastycznych organizatorów. Ale nie znalazłam do tej pory mojej drugiej połowy.
Moja (Potencjalna) Druga Połowo! Jeśli to czytasz, odezwij się!
Umiem więc fantazjować, wykuwać te fantazje w słowach, przerysowywać prostą kreską na papier i mam ogólną koncepcję tego, jak mamy otrzymać efekt końcowy w postaci szerokiego uśmiechu dziecięcej buzi na widok naszej książki.
Moja wymarzona druga połowa powinna umieć wziąć moje literki i obrazki, spojrzeć na nie czule i połączyć je z wyobraźnią. Trochę jak kucharz. Bierze śmierdzący czosnek, nijakie, suche makarony, oliwę, szczyptę soli i po chwili ma już boskie spaghetti alio di olio.
Znajduję fantastycznych ilustratorów. Świetnych bajkopisarzy. Fantastycznych organizatorów. Ale nie znalazłam do tej pory mojej drugiej połowy.
Moja (Potencjalna) Druga Połowo! Jeśli to czytasz, odezwij się!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




