O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2011

Czewony Namiot

Głosy kobiet. Pod tym hasłem spotkałyśmy się wczoraj w Sztuka Puka z Beatą. Beata oprócz zacięcia do opowiadania magicznych historii dzieciakom fascynuje się kobiecymi motywami w opowieściach z różnych kultur. A że dwie koleżanki właśnie wyjeżdżają na fantastyczne misje wolontariackie (jedna do Ghany wykuwać lokalne liderki, druga do Gwatemali pomagać kobietom rozkręcać ich babską spółdzielnię rękodzieła), Beata przyjechała, żeby otworzyć im (i nam) oczy na kobiecą wspólnotę odbitą w opowieściach jak w lustrze.

I tutaj mam kłopot. Z jednej strony głowa wchłonęła porcję wiedzy i mówi mi, że wspólnota kobiet to coś pradawnego, naturalnego, mocnego jak wiązanie aromatyczne w pierścieniu węglowodorowym. Z drugiej strony moje ciało i dusza mają tak skąpe (i momentami przykre) doświadczenia z tym związane, że nie chcą się na to otworzyć.

Z jednej strony mam naszą polską kulturę, nowobogacką, rozpędzoną wielkomiejsko i „yuppiszonowsko”. Każdy jest molekułą. Każda rodzina zaczyna się na rodzicach i kończy na dzieciach. Babcie i dziadkowie są co najwyżej opiekunami wnuków i dawcami nowych bucików, samochodzików i polis posagowych. Zniknęła „samopomoc babska” rozumiana jako wielopokoleniowy krąg zapewniający kontinuum kobiecym mądrościom. Ja sama pewnie z tysiąc razy wyśmiałam „babcine mądrości”. Jasne, niektóre są czystymi przesądami (jak o mieszaniu ciasta w jedną stronę, żeby się udało). Być może jednak niektóre są prawdziwe jak życie. Np. to, żeby „mężczyźnie nigdy całego przyrodzenia nie pokazywać”. Ja się z tego śmiałam, a tutaj w tradycji afrykańskiej znalazła się przepiękna historia o tym, jak to mężczyzna-hiena chce skrzywdzić dziewczynę. Dziewczyna przeżywa tylko dlatego, że zachowuje część wiedzy o sobie samej w sekrecie przed mężczyzną. On nie jest w stanie dosięgnąć jej i zranić, bo nie może jej przeniknąć. Aktualne? Jak bardzo!
Mamy w naszej polskiej (a może ogólnie słowiańskiej?) kulturze babskie tematy tabu jak miesiączkę, inicjację seksualną czy małżeński erotyzm. I mamy nowoczesne remedium: pisma typu „Girl” i erotyzm pozamałżeński :) Ręka do góry, jeśli Twoja mama / babcia opowiedziały Ci pięknie o kobiecej krwi zanim stałaś się kobietą, jeśli przeprowadziły się przez te pierwsze, zaskakujące doświadczenie w taki sposób, że poczułaś się wyjątkowo. Ja mam z tych momentów wspomnienia wyjątkowe, fakt. Wyjątkowo upokarzające, odhumanizowujące i pozbawiające kobiecości. Do tej pory nie chcę o tym wspominać. Tak samo jest z pozostałymi tabu. Każda dziewczynka a potem kobieta uczy się tego sama, metodą prób i błędów. Tak jakby odkrywała Amerykę i nikt inny przed nią tego nie doświadczał. Tak jakby kwestia inicjacji seksualnej objawiała się światu np. 21 maja 2011, kiedy to nastoletnia Ania idzie z poznanym miesiąc wcześniej chłopakiem do łóżka. Nie bardzo wie, dlaczego, po co, co się z nią działo, co z tym zrobić, ale z kim ma się tym podzielić?
W sukurs naszej niewiedzy idzie medycyna i psychologia. Nasz świat seksualności, doświadczeń porodowych i macierzyńskich jest naszpikowany medycznymi określeniami. Wiemy, co się chemicznie, biologicznie, fizycznie dzieje z naszym ciałem. Reakcje naszego wnętrza skatalogowała psychologia. Nagle ten świat stał się i znany, i oddzielony od nas zarazem. Zniknęła gdzieś magia przeżywania go indywidualnie, dla siebie. W medycynie nie ma wiele miejsca na tak nienamacalne i nieuleczalne przypadłości jak „radość”. Przez poporodowe smutki pomoże Ci przejść lekarz przepisując Ci antydepresanty, a nie druga kobieta, która sama jest matką i rozumie Cię najlepiej na świecie. Dzięki medycynie poznajemy siebie i potrafimy się wsadzić w ramki określeń „introwertyczny, ze skłonnościami do depresji, uzdolniony muzycznie, genetycznie obciążony alergią”, ale tu i teraz nie mamy kontaktu z własnym wnętrzem.

Po drugiej stronie Księżyca stoi świat, do którego wybierają się dziewczyny. Analfabetyczny, niezepsuty, tradycyjny świat kobiecych wspólnot. Indianki czy Afrykanki stają się kobietami, matkami, żonami, babkami dzięki innym kobietom, które pokazują im meandry całego procesu i są z nimi w ważnych chwilach. Siła kobiecości tkwi w tym, co natura uczyniła niedostępnym dla mężczyzn. Moc kobiecego kręgu podsycana jest pieczołowicie, niczym ogień przez Westalki. Żeby być kobietą, potrzebna jest siła. W każdej kulturze, ponieważ niezależnie od półkuli ziemskiej każda z nas staje się kobietą, matką, żoną. Ale też tylko my, kobiety, mamy moc odradzania się. W kulturach, które my nazywamy mniej cywilizowanymi, kobiety potrafią czerpać garściami ze wspólnotowej mocy. Mają swoje kobiece miejsca, okazje, spotkania, opowieści. Tego im zazdroszczę, bo czuję, że nie znalazłam jeszcze klamki od drzwi prowadzących do tego tajemnego pokoju. Może wygląda to inaczej? Może to ja krążę po pokoju, zamknięta w czterech ścianach własnych ograniczeń i nie znalazłam jeszcze wyjścia na świat? Świat, w którym czekają kobiety, spragnione bliskości drugiej kobiety, gotowe podzielić się swoją siłą? Świat, w którego centrum stoi Czerwony Namiot? 


 Beata Frankowska, Grupa Studnia O.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Prawie live

We wtorek i w środę mieliśmy kolejną porcję warsztatów dla opowiadaczy. Każdego dnia bite 8h pracy każdą częścią ciała i mózgu. Ale cóż to była za praca! Po pierwsze, ważne, kto prowadził warsztaty: Beata i Jarek z Grupy Studnia O. Beata - mistrzyni tworzenia bajkowej, magicznej atmosfery, zaklinania dzieci, zamorskich języków i klejenia skrawków historii w kolorową kołdrę przeszłości. Jarek - action man, Paganini wplatania rzeczywistości w bajkowe "gdybanie", nagłych zwrotów akcji, śpiewogry przy gitarze. Ich warsztat narzędzi przekazu opowieści był tak bogaty, że siedziałam urzeczona nie wiedząc, co z tego wybrać dla siebie. Może poetykę "na malinowy chruśniak"? A może "na wesołego Romka" z Misia? Do tej pory nie wiem. Będę po prostu "fleksybilna" ;)
Teraz mamy, my - wszyscy świeżo upieczeni opowiadacze - kolejne zadanie. Każdy z nas musi wziąć jedną bajkę-historię i opowiedzieć ją dzieciom. Ze wszystkimi szykanami: muzyką, przebraniem, głosami, piosenkami, rykiem, wyciem, machaniem łapami itd. Postanowiliśmy, że nasze historie będą osadzone w jakiejś konkretnej kulturze i będą opowieściami tradycyjnymi. Dzieci zaś będą coś tworzyć małymi łapkami na podstawie naszych bajań. Malowanki, rzeźby, teatrzyki.
Ja wybrałam 2 bajki. Obie są z repertuaru braci Grimm. Jedną z nich są "Czterej muzykanci z Bremy" a drugą "Stoliczku, nakryj się!". Jedna daje pole do popisu poprzez włączenie dzieciaków w opowiadanie. Drugą pamiętam z dzieciństwa. Jedyna, jaką pamiętam. Jutro zdecyduję. Bracia Grimm to klasyka, rzecz jasna. Pamiętam, jak jako dziecko czytałam sobie te bajki do poduszki. Wcale mnie nie dziwiły dziewice zamykane w wieżach, trupy szwendające się po jaskiniach czy gość z wyłupionymi oczami. Jasne, bałam się jak smok, ale niczemu się nie dziwiłam. Potem okazało się, że te opowieści były jeszcze straszliwsze. Nastał trend ukrywania ich przed dziećmi. Dzieci miały być trzymane w świecie bezpiecznym, kolorowym, pachnącym i łagodnym. A potem nastał Harry Potter i całą budyniową rzeczywistość szlag trafił :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

6 bajek na śniadanie

Dziś było intro do jutrzejszych warsztatów dla opowiadaczy. Spektakl Grupy Studni O. 6 opowieści na dwie osoby i kilkanaście głosów. Była opowieść m.in. lapońska, żydowska, afrykańska, litewska. Wszystkie barwne i bliskie natury. Pełne pieśni i uczuć najbliższych każdemu człowiekowi. Obrazy malowane gestami, słowami i muzyką. Niezależnie od kraju i stulecia.
Pewnie, niektóre zwyczaje już dawno się zmieniły. Dziś kto by pomyślał, że dziewczyna po kwadransie przekomarzania się z chłopakiem może zadecydować, że gość niczego sobie, ot zostanę z nim na całe życie. Albo że jakaś rada mędrców ma prawo zadecydować, że jakiś obcy koleś zostanie z kobitką i będzie jej służył za męża. Tak to drzewiej bywało :)
Opowieści miały tyle warstw, że każdy się wciągnął. Dorośli próbowali nadążać i za fabułą, i za wartościami przemycanymi między wierszami, i za morałem całej opowieści. Dzieciaki łapały pojedyncze obrazy i szczegóły, starały się odgadnąć, dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Jak to jest, że nagle zaczynasz takie opowieści po prostu rozumieć? Nie pamiętam etapu przejściowego. Nie wiem, czy to było w podstawówce, czy w liceum.

Zdjęcie ze strony Grupy Studni O (http://www.studnia.org/about-2/)

piątek, 8 kwietnia 2011

Baterie na 100%

Nie wiem, o czym napisać najpierw. Może chronologicznie.

Wzięłam udział w warsztatach opowiadania. Nic trudnego? Tak mi się wydawało. W końcu każdy z nas jakoś gada. Nie ma to jednak nic wspólnego z opowiadaniem. Przyjechał pan Michał z Muzeum Bajek w Konstancinie. Jego pasją jest kolekcjonowanie opowieści z całego świata i krzewienie tradycji słowa mówionego.
Najpierw, o dziwo, kazał nam się zamknąć i ruszać. Oj, wyszło szydło z wora! Skostniałe, biurowe ruchy próbowały odegrać spotkanie ze zwierzęciem. Potem było pełniej, śmielej, różnorodniej. Poruszało się całe ciało. Anektowało całą dostępną przestrzeń. Dołączyły do tego słowa. Mówione głosem wysokim jak szczypior albo niskim jak burak. Dołączyła głowa. Musiała zapanować na słowotokiem albo niezręczną pustką w głowie. Musiała poukładać sylaby w zgrabne słowa, słowa w rytmiczne wersy, wersy w melodyjne zdania, zdania w kształtne akapity. Dołączyło serce, aby móc wzbudzić emocje w odbiorcach.
Dla mnie osobiście spotkanie z opowiadaniem na tym etapie było spotkaniem ze mną samą. Musiałam się skonfrontować z własnymi wstydami i lękami. Z ograniczeniami. Z rutyną. Chciałam tego, więc na końcu padłam zmęczona, ale szczęśliwa.
Wieczorem wpisałam się na listę uczestników projektu Opowiadacze Świata. Będę przechodzić to jeszcze raz. Potem opowiem coś grupie dzieci, które na podstawie mojej opowieści stworzą COŚ. Ciekawe co. Czy coś w ogóle?

 To jest właśnie Michał w akcji (zdjęcie ze strony www.storytellermuseum.org)

Następnego dnia, jeszcze naładowana warsztatami, spotkałam się z osobą, w której błękicie oczu utonęłam. OK, to nie była ślepa miłość do obywatela płci odmiennej. To było pierwsze spotkanie z Kasią Bajerowicz. Kasia to fantastyczna mama 3 świnek, ilustratorka i graficzka. Gdy wlazłam głębiej w jej blogi, odkryłam, że spod Kasi rąk wychodzą same cuda. Fantazyjne kołtuniaki, malowanki na talerzach i jedzenie, jedzenie, jedzenie. Ma po prostu dar jakiś tajemny. Chętnie przegadałabym z nią nie 2,5 a 25 godzin hurtem.
Kasia spojrzała na moją biedną książeczkę dla nieśmiałków. Popatrzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. I chyba coś w niej znalazła. Coś fajnego. Obracała stronę za stroną. Widać było, że patrzy też na warsztat - akapity, dosunięcia do krawędzi, kolory, kształty itp. Dała mi mnóstwo praktycznych rad. Co ciekawego, powiedziała, że na jednym obrazku widać, że świetnie się bawiłam. Na sąsiednim bawiłam się mniej. Tego to nawet ja nie wiedziałam!
Czekam na kontakt z jej strony. Ciekawe, czy będzie chciała ze mną pracować... Jakby co, wszystkie 4 kciuki mam zaciśnięte. Tak mocno, że trudno mi się skupić na czymkolwiek.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Bo zabierze cię Cyganka!

Podobno do 8. roku życia w dziecku kształtują się najważniejsze postawy życiowe, przekonania, scenariusze postępowania i schematy działań skierowane na "wygraną" bądź "przegraną" (polecam stare ale jare Born to Win). Przypominam sobie w tym momencie nasze babcie i mamy, które mawiały do nas np. tak: Jak będziesz niegrzeczny, to zabierze cię Cyganka! Ukraińcom nie wierz jak psom. Dzieci i ryby głosu nie mają. Grzeczna dziewczynka nie krzyczy, nie złości i nie kłóci się z innymi. Nie wychylaj się. Jako kilkuletnia dziewczynka nie wiedziałam, skąd się biorą takie przekonania w mojej matriarchalnej rodzinie. Nie myślałam o wojnie, o powojennym głodzie, o tradycyjnych czy rewolucyjnych modelach wychowywania dziewczynek i chłopców. Nie wiedziałam o dziedzictwie kobiet, które ukształtowały mój fundament przekonań.
Zastanawialiście się nad bajkami, jakich słuchaliśmy w dzieciństwie? Kopciuszek - wzór do naśladowania. Biedny, pogardzany, przepracowany, skromny, milczący, rozmarzony. Rozkwita dopiero u boku księcia. Królewna Śnieżka - odrzucona przez macochę, wypędzona do lasu, skromna, pracowita itd. Budzi ją do życia pocałunek księcia. O smoku - szewczyk dzięki sprytowi zabija smoka i w nagrodę dostaje królewnę i pół królestwa. Ciekawe, ile w nas pozostało z Kopciuszków poświęcających się w oczekiwaniu na tego Jedynego, który nas wyrwie z niewoli? 
Po latach zaczynam odsiewać to, co we mnie "moje" a co "wyuczone". Oj, jest tego osadu! Zaprzęgając mózg można dotrzeć do prawdziwego siebie i zacząć od nowa pracować nad schematami myślenia i modelami zachowań. O ile jednak dzieciom taka nauka przychodzi z łatwością, dla nas, dorosłych, jest to niezła ścieżka zdrowia. 
Dlatego piszę takie bajki, w których i dziewczynki, i chłopcy mają w swoim życiu moc sprawczą, podejmują odpowiedzialność na swoją miarę, aktywnie rozwiązują problemy i podejmują walkę z własnymi lękami. Wierzę, że dzieci, które wyrosną na takich bajkach, będą szczęśliwsze.

Dziś trzeci odcinek bajki "Kto schował Julkę?" Czekam na wrażenia tych, którzy jej jeszcze nie czytali.

Wiedźminka posłała jej szeorki uśmiech i odpowiedziała: – Chcę się przyjrzeć twojej różowej spince do włosów. Mogę?
- Proszę – odrzekła Julka i podała spinkę Wiedźmince.

Wiedźminka oglądała spinkę bardzo dokładnie.
- Hmmmm... Tak jak myślałam – powiedziała – No chodź tu! – dodała rozkazującym głosem i złapała palcami coś, co siedziało na samym czubku kwiatka na spince.
- Co to?! Fuj! – krzyknęła Julka. Na ręku Wiedźminki leżał malusieńki robaczek. Julka nigdy go nie zauważyła, bo robaczek był cały różowy, jak spinka. Dziewczynka zaczęła machać gwałtownie głową. Bała się robaków! A może we włosach krył się jeszcze jeden? Albo nawet dwa?




- Nie bój się! To Robaczek-Chowaczek. Zobacz, mam Wielki Atlas Robali. Tu jest napisane tak: „Robaczek-Chowaczek to niewielki robak z rodziny dżdżowników, żyje na ciele ludzi i powoduje u nich nieśmiałość. Poza tym nieszkodliwy. Objawy: człowiek zaatakowany przez Robaczka-Chowaczka chowa się i ucieka przed innymi ludźmi. Leczenie: Robaczek-Chowaczek doskonale czuje się w lesie. Należy zanieść go do lasu, położyć pod drzewem i nakryć liściem.” – przeczytała Wiedźminka fragment z grubej książki.

- No to chodź, wyniesiemy go! – Julka zerwała się na nogi. Oczywiście bała się Robaczka-Chowaczka, ale postanowiła przełamać strach. Dziewczynki wzięły pudełko po zapałkach i włożyły do niego robaka.
- Dokąd chcesz go wynieść? – spytała Wiedźminka.
- Plac zabaw jest w parku. Tam rośnie dużo drzew. Robaczkowi na pewno się tam spodoba – zapewniła Julka.

Dziewczynki ruszyły żwawo w kierunku placu zabaw. Chciały jak najszybciej pozbyć się różowego robaka.

Gdy po chwili Julka i Wiedźminka dotarły na miejsce, dzieci na placu bawiły się właśnie w bezludną wyspę.
- To moja ulubiona zabawa – oznajmiła Julka.
- Zatem pobawmy się razem z nimi! – zawołała Wiedźminka.

Julka zamilkła – jak zawsze w takiej sytuacji. Chwyciła silniej swojego pieska i ukryła buzię w jego futerku. Wiedziała już, że to Robaczek-Chowaczek w pudełku kazał jej znowu się schować. Nie potrafiła jeszcze nie słuchać podszeptów robaczka.
- Nie, ja nie idę – zdecydowała.
- No dobrze, pozbądźmy się najpierw robaka, a potem zobaczymy – odrzekła Wiedźminka.

Dziewczynki rozejrzały się dookoła szukając odpowiedniego drzewa dla Robaczka-Chowaczka. Wybrały wysoki klon nie za blisko ulicy i nie za blisko placu zabaw. Położyły robaczka pod drzewem i nakryły ładnym, dużym liściem.
- Cześć robaczku – powiedziała Julka. – Będzie ci tu dobrze.

- No to co? Idziemy się teraz pobawić? – niecierpliwiła się Wiedźminka.
- Idziemy! – Julka podskoczyła z radości. – Tylko... Ja nie wiem jak... Nie znam nikogo... – dodała smutnym i niepewnym głosem.
- Ja też nie znam nikogo. Ale tak bardzo chcę się pobawić w bezludną wyspę! Wiesz co? Chodźmy do nich i przedstawmy się – zaproponowała Wiedźminka.