O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie 2

W dzień przestępny - czyn występny. Bajka braci Grimm w wersji niekanonicznej, ciąg dalszy.


           Maestro, Boniek i Ray ruszyli w dalszą drogę. Fakt założenia zespołu dodał im takiego animuszu, że w księgach parafialnych mijanych miejscowości można znaleźć adnotacje o dziwnym pochodzie, którego ryki, kwiki i wycie zatrzymywało krowom produkcję mleka. Dochodzili do Leeste, gdy ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Na płocie siedziała kura. Pełnokrwista, dojrzała, obfita w kształtach kwoka. Z bliska okazało się, że jest nawet już nieco przejrzała i nieco zbyt obfita w kształtach, ale efekt pierwszego wrażenia trwał. Kura poprawiała makijaż, którego ilość mogłaby zawstydzić nawet charakteryzatorów teatralnych. Maestro przeczesał grzywę. Boniek wyprężył ogon i nabrał powietrza, żeby się wydać bardziej barczystym. Ray przejrzał się w okularach i stwierdził po raz kolejny, że Bóg stworzył ideał. Wysforował się przed osła i pierwszy dotarł do płotu.
- Kogóż to widzą moje piękne oczy? – zagaił kot miękkim głosem. – Cóż za kibić, jakaż delikatna pęcinka, fryz paryski... Oddech wielkiego świata na naszej skromnej drodze do showbiznesu.
Kwoka usłyszała słowo-klucz: showbiznes. Rzuciła ostatnie spojrzenie w lusterko, zgrabnym ruchem zamknęła czerwoną szminkę i sprawdziła dyskretnie czy czarny pieprzyk koło dzioba nadal się trzyma. Na jej dziób wypłynął uśmiech. Biodro zakołysało się delikatnie, a wraz z nim płot na całej długości.
- Ko, ko, ko, koteczku, bądź tak kooochanieńki i podaj ognia – kura wyciągnęła fifkę eksponując przy tym nadgarstek. Rzuciła Ray’owi powłóczyste spojrzenie spod lazurowo pomalowanych powiek. – Dokąd wiedzie wasza dróżka?
- Pani pozwoli, że się przedstawię. – osioł doszedł właśnie do płotu i przejął pałeczkę. – Jesteśmy prawie światowej sławy zespołem muzycznym. Ja jestem solistą, a panowie Boniek i Ray zapewniają tło. Wybitne, oczywiście. – dodał szybko widząc najeżone karki psa i kota. -  Może się pani zwracać do mnie Maestro.
- Trasa koncertowa? Jakież to fantastyczne! Kapitalne! Genialne! – kura zagdakała z zachwytu. – Czy znajdzie się jeden, jedniutki bilecik w ostatnim rzędzie dla malutkiej Marilyn? – kura zeskoczyła z płotu i podeszła do osła kołysząc biodrami. Podmuch wiatru podwiał jej pióra i oczom zebranych ukazały się kurze nogi w pełnej krasie i obfitości cellulitisu.
- Ach! – krzyknęła przyciskając pióra z powrotem do bioder i zastanawiając się, czy na jej policzki wypłynął rumieniec udawanego wstydu.
- Ach... – z trzech męskich piersi wydarł się cichy okrzyk zachwytu. W trzech głowach jednocześnie padło pytanie: „Kiedy to ja ostatnio widziałem kobiece uda?” i na trzech pyskach jednocześnie odmalowała się smutna zaduma.
Kura była w swoim żywiole. Zaczęła grzebać umalowanymi na czerwono tipsami jednej łapy w ziemi, niby to przełamując własną nieśmiałość.
- Panowie wybaczą, że o coś zapytam. Nie mogę się jednak oprzeć i nie darowałabym sobie nigdy w życiu, gdybym nie spróbowała spełnić mojego wielkiego życiowego marzenia.
Trzy pary oczu spojrzały na kurę maślanym wzrokiem.
- Zawsze marzyłam o podróżach, o sławie, o scenie. Życie jednak przeminęło pozostawiając mnie niespełnioną. Na wielką karierę sceniczną już nie te lata. – mówiła kura cichutkim, smutnym głosem, z głową spuszczoną nisko w pokorze. Spode łba łypała na artystów oceniając wrażenie, jakie zrobiła. A wrażenie było ogromne.
- Czy pozwolilibyście mi panowie towarzyszyć sobie w tej podróży? Jestem gotowa na każde... – tu kura zawiesiła głos – ...każde poświęcenie w hołdzie waszemu talentowi.
W osła, psa i kota jakby piorun strzelił.
- Ależ szanowna pani! Jesteśmy zaszczyceni! Jesteśmy przeszczęśliwi! Cóż za wspaniały pomysł! – podskoczyli do kury i obcałowywali jej skrzydła od koniuszków lotek aż po pachy. – Czy zostanie pani naszym impresario? – dodał Maestro obniżonym głosem nachylając się nad kurą tak nisko, że włosy rosnące mu na brodzie połaskotały ją w nos.
Kura zatrzepotała wytuszowanymi starannie sztucznymi rzęsami.
- Ach! Co za cudowna propozycja! – zafalowała kurza pierś.
- Ach... Co za cudowne... – z trzech męskich piersi znowu wydarł się cichy okrzyk.
            W dalszą drogę ruszyli we czwórkę. Kura niemal biegła na czele peletonu oglądając się za siebie niespokojnie. Wzdłuż płotu biegała kobieta z siekierą w rękach krzycząc „Maryla! Maryyyyla! Ja cię dorwę, stara kwoko! Szykuj się do rosołu!”
Za wsią kura zwolniła. Nagle rozbolały ją nogi. Osioł szybko podskoczył i zaoferował swój grzbiet jako środek dalszej lokomocji. Kura nie omieszkała skorzystać. Po kilku kilometrach rozbolało ją siedzenie. Pies zaproponował, że weźmie ją na ręce. Niósł ją aż do granicy lasu. Wtedy kurę rozbolało wszystko. Pies ledwie łapał powietrze. Kota nie było nigdzie widać. Od samego początku wędrówki zwierzęta nie były tak cicho jak w tym momencie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc kapela postanowiła znaleźć miejsce na popas. Jak na zawołanie, w środku lasu pojawiła się polana, a na niej chata. W oknach paliły się światła. Czwórka podeszła zaciekawiona pod sam dom. Osioł wspiął się na zadnie nogi i zajrzał przez okno. Na bieżąco relacjonował to, co widział.
- Widzę dużą izbę. Na środku stoi wielki stół, a na nim... – osłu pociekła ślina. – Na nim stoją misy pełne jadła.
- Co jest? Co jest? – zwierzęta stłoczyły się pod parapetem.
- Boniek, jest golonka z wielką kością w środku. Ray, jest misa kaszanki i pasztet z...
- Z zająca! – dokończył zdanie kot wciągając powietrze w nozdrza.
- Droga Marilyn, czy zadowoliłaby się pani blinami i kołaczem? – osioł wytrzeszczał oczy starając się odgadnąć zawartość talerzy.
Kura nie odpowiedziała przełykając jedynie głośno ślinę.
- Za stołem siedzi ośmiu... nie, dziesięciu mężczyzn, po dwa metry każdy. Każdy ma po dwa długie noże i flintę. Jeden z nich ma rudą brodę. Jak mówi, wali pięścią w stół, a reszta pochyla głowy.
- To banda Czerwonobrodego. Rozbójnicy. Najsławniejsi po tej stronie Odry. – powiedziała kura jakby zamyślona. Banda często wpadała do jej wioski z wizytą. Po tych sąsiedzkich odwiedzinach pozostawały puste flaszki i opróżnione garnki we wszystkich zagrodach. Zostawała też pomięta pościel jej gospodyni...
Osioł zwołał naradę pod płotem.
- Jestem głodny jak wilk. Wszyscy jesteśmy głodni i zmęczeni. – dodał widząc długie pyski towarzyszy. – Ta kolacja musi być nasza. Zasłużyliśmy na nią. Nasze struny głosowe potrzebują pożywienia i godnego napitku. Jesteśmy dobrem narodowym! – osioł uderzył w patriotyczną strunę.
- Zgadzam się. Na przystawkę każdy z nas połknie po dwóch i pół rozbójnika, a potem zabieramy się do dania głównego. – kot sprowadził osła na ziemię.
Osioł zmitygował się w przywódczych zapędach.
- No dobrze. Racja. Kto ma pomysł, jak się pozbyć rozbójników?
Zapadła cisza. Psa zaczęła męczyć jakaś tajemnicza pchła na ogonie i odwrócił głowę. Kot wbił wzrok w pazury. Osioł pozostał z podniesionymi pytająco brwiami.
- Ja to załatwię. – powiedziała nagle kura i nie czekając na komentarz ujęła się pod boki i pomaszerowała w stronę chaty dziarskim krokiem. Odprowadzały ją trzy pary bardzo zdziwionych oczu. Zdziwionych i zachwyconych. Kura dochodziła już prawie do chaty, gdy panowie oprzytomnieli i jednomyślnie pomknęli chyłkiem do okna. Osioł stanął na zadnich łapach. Na jego grzbiet wdrapał się pies. Na grzbiet psa wskoczył kot. Wszyscy wsadzili pyski w okno.
Kura zapukała głośno do drzwi i pchnęła je mocno łapą. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Kura wkroczyła śmiało do izby. W jej kierunku poszybowało spojrzenie dziesięciu par oczu. Głodnych oczu.
- Oooo... – westchnęli zgodnie osioł, pies i kot w nagłym przypływie lęku o koleżankę. Niewystraszona spojrzeniami kura wskoczyła na stół. Stanęła na jego środku. Zwróciła się wprost do herszta bandy. Wzięła się pod boki. Powiedziała coś, po czym brwi wszystkich dziesięciu rozbójników poszybowały w górę. Czerwonobrody poczerwieniał i zerwał się z miejsca łapiąc za nóż. Kura stała niewzruszona. Wtem jeden z rozbójników wstał, rzucił na stół swoje noże, splunął z miną pełną obrzydzenia i wyszedł z chaty. Po nim kolejno wstawali i wychodzili pozostali rozbójnicy. Cała banda zniknęła w ciemnym lesie.
Za stołem został tylko Czerwonobrody. Patrzyli sobie z kurą w oczy długą chwilę. Nagle herszt odrzucił krzesło silnym ruchem, aż poleciało pod piec. Widać było, że oddycha szybko, a jego twarz skurczyła się w złości. Złapał swoje noże, zatknął je za pas, wziął flintę i wybiegł z chaty kierując się do wsi.
W chacie zapadła cisza. Pozostał zastawiony stół i kura na jego środku. Osioł, pies i kot nieśmiało weszli do izby.
- Marilyn, gdzie są rozbójnicy? Co takiego im powiedziałaś?
Kura zaczęła już ucztowanie i niechętnie oderwała się od blina.
- Powiedziałam, że moja pani cierpi na pewną przypadłość, którą z pewnością podzieliła się z Czerwonobrodym podczas intymnych igraszek. I że Czerwonobrody farbuje włosy... – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Fuuuuuuj! – na pyskach bądź co bądź męskich odmalował się wstręt.
Uczta trwała do północy. Zmęczone, objedzone do granic wytrzymałości zwierzęta zaczęły szukać miejsca do spania. Pies zwinął się na derce przy wejściu do chaty. Kot wymościł sobie posłanie na ciepłym zapiecku. Kura wlazła na belkę wiszącą u powały. Osioł postanowił wyjść na świeże powietrze.
- Dobranoc. Jutro z samego rana ruszamy do Bremen. - powiedział i z błogim wyrazem pyska zapadł w górę siana pod stodołą.
            Pierwsze promienie słońca zastały zwierzęta przewracające się na drugi bok. Drugie promienie słońca podgrzały powietrze i zwierzęta leniwie przeciągnęły się na posłaniach. Dopiero koło dziesiątej osioł jako pierwszy wyległ na światło dzienne. Wszedł do chaty i zaczął szukać resztek jedzenia. Dźwięk kopyt pobrzękujących na cynowych misach pobudził resztę towarzyszy.
- Wrzuciłby kot coś na ruszt! – kot zaprezentował pałąk chudego grzbietu nie pozostawiając wątpliwości co do tego, jakie ma priorytety.
Zanim śniadanie stanęło na stole, zanim wszyscy się najedli, zanim nieco ogarnęli chatę, było już popołudnie. Zapadła jednogłośna decyzja o pozostaniu do następnego dnia.
Następnego dnia okazało się, że w spiżarni jest zapas konserw mięsnych i chleba. Popas przedłużył się o kolejne dwa dni.
W sobotni wieczór kot wytrzasnął skądś buty i wybrał się na potańcówkę do wsi. Wrócił nad ranem w towarzystwie drobnej, rozchichotanej kotki. Oboje zniknęli na zapiecku. Pies odwrócił się dyskretnie. Kura odęła się na niestałego adoratora i wyszła na dwór. Pod stodołą siedział osioł wpatrzony w rozgwieżdżone niebo.
- Popatrz, Marilyn, to jest Kasjopeja. Tamto maleństwo to Plejady z gwiazdami drobnymi jak mąka krupczatka. A te duże, jasne gwiazdy to Orion. Jego pas przypomina mi dorodne ziarna pszenicy. – w ośle odezwały się wspomnienia.
Kura przycupnęła koło osła drżąc lekko od wieczornego chłodu. Wcale nie patrzyła na gwiazdy, a jej oczy jaśniały bardziej niż Syriusz.
- Ko, ko, ko, kocham pana, Maestro...   

wtorek, 28 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie

Zapisałam się na kurs pisania. Zadanie pierwsze - wybierz jakiś znany utwór i napisz go po swojemu zmieniając jeden fakt (np. co by było, gdyby Kopciuszek miał taki sam rozmiar buta jak jedna z sióstr?).
Na tapet wzięłam Muzykantów z Bremy.
No to jedziemy:


Wszystko zaczęło się w Harpstedt niedaleko hanzeatyckiego miasta Brema. Młynarz miał jednego pomocnika – osła. Odziedziczył go po ojcu razem z interesem. Osioł był już tak stary, że szczecina na jego grzbiecie całkiem się wytarła od derki, którą młynarz kładł na grzbiet zwierzęcia zanim objuczył go workami z mąką. Długie uszy czujnie strzygły na lewo i prawo niedosłysząc. Oczy osła już dawno osnuła delikatna mgła starości. Jedynym, co w ośle pozostało młode, był głos. Gdy osioł ryczał, sąsiadki młynarza biegły zbierać garnki z płotów. Od przenikliwego oślego kastratu zwykły pękać.
Pewnego dnia osioł doznał objawienia. Kto powiedział, że osioł urodził się jedynie do pracy we młynie? Z takim głosem można zrobić karierę nawet w radiu! Ta wizja tak poruszyła osła, że z kopyta ruszył w drogę do największego miasta, jakie znał: do Bremy. Czuł się jakby zaraz wchodził na antenę.
Po kilkuset metrach tempo „z kopyta” zamieniło się w tempo iście ośle. Wiek i młynarska rutyna dały o sobie znać. Osioł parł jednak na północny-wschód jak czołg, co krok zmieniając taktykę automotywacji. Dzień był wprost stworzony do spacerów. Słońce stało wysoko nad horyzontem. Po niebie goniły się nieliczne cirrusy. Skowronki na wyprzódki wyśpiewaływały swe trele znacząc teren. Osioł próbował wyciągnąć skowronkowe wysokie C. Nie mógł wyjść z zadziwienia widząc ptaki opadające jak kamienie w łany jęczmienia, gdy tylko wchodził w górne rejestry. Podśpiewując, kopyto za kopytem, doszedł do lasu.
Spocony grzbiet osła okrył cień. Osioł opuścił głowę i przymknął oczy wsłuchując się w głosy nowych ptaków i próbując ułożyć swój pierwszy utwór a capella.
- Auuuuu! – spod oślich kopyt rozległo się nagle przenikliwe wycie. Na poboczu, w plamie słońca, leżał pies myśliwski. Zmęczony odpoczywał wyciągając łapy na drogę.
- Ihooooo rety! Przepraszam najmocniej. Uraziłem pańską łapę?
- I to jak! – pies dmuchał ze zbolałą miną w nieco spłaszczone pazury.
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie. Dlaczegóż pan jednak leżysz na drodze? Kopyta można sobie o pana połamać!
- Widzisz pan, życie jest pieskie. Niedowidzę. Niedosłyszę. Zęby mi się kolebią. Za zającem nie nadążam. Zanim lisa wyciągnę z nory, padam zziajany. Starość, panie, starość.
- Proszę mi uwierzyć, że na emeryturze można żyć inaczej. Nie tylko z jęzorem na brodzie za ptactwem się uganiać. Można kulturalnie. Można bez wysiłku. Można w poszanowaniu. Można w dostatku.
- Pan mi tu kitu nie wstawiaj! – zawarczał pies. Sierść stanęła mu na karku. – Coś pan, obwoźny sprzedawca, jakiś rep cholerny od OFE?
Osioł nie zrażał się ostrą ripostą psa. Między uszami zakiełkowała nagle pewna myśl i osioł aż zmarszczył się na mordzie szukając w głowie odpowiednich słów.
- Jestem właśnie w podróży. Udaję się do Bremy. Będę pracować w showbiznesie. Dzięki mojemu ośmiooktawowemu głosowi wybiję się ponad tłum przeciętnych piosenkarzyków. Jak słyszę, pan również dysponujesz potężnym organem. Co za szorstkość! Co za artystyczna chrypa! W pana głosie przebija się bluesowy ból istnienia! Jak zamknę oczy, widzę te pola bawełny w Luizjanie i słyszę skowyt psów pilnujących czarnych niewolników. Proszę uczynić mi ten zaszczyt i przyłączyć się do mnie. Jako duet przejdziemy do historii muzyki. Jakaż to będzie droga!
- Jaka droga? – zapytał pies zgubiwszy wątek. Ośla przemowa skołowała go nieco. Zagaił więc o jedyną rzecz, którą zapamiętał.
- Droga do Bremy, szanowny panie! Proszę mi mówić Maestro, nie bądźmy tacy sztywni. W naszym artystycznym gronie nie musimy. – osioł zamachnął się kopytem zarzucając niewidzialny biały szaliczek na szyję. Ruszył przed siebie ćwicząc dalej oktawy i nie oglądając się na psa. Rozumiało się samo przez się, że idą razem. W końcu pomysł osła był doskonały.
- Boniek jestem. – warknął pies w powietrze za oślim ogonem. Wstał, spojrzał w las nieco tęsknym wzrokiem, potem za osłem i westchnąwszy ruszył w ślad za nowym kolegą. Teraz już kolegą z zespołu.
Maestro i Boniek szli dalej. Maestro z głową do góry, szukając inspiracji w leśnym listowiu. Jego głos niósł się daleko po lesie budząc nawet żerujące nocą jeże. Boniek z nosem przy ziemi, charcząc i powarkując dla rozgrzewki. W pobliżu Klosterseelte ponad głos osła wybił się inny głos. Wysoki, rozpaczliwy, przepełniony żałością. Właścicielem głosu okazał się stary, wyliniały, bezzębny kocur. Oko osła błysnęło w przypływie geniuszu.
- Witam waćpana! – przywitał się Maestro szarmancko. – Cóż tak wybitna osobowość światowej sceny jazzowej robi na przydrożnym kamieniu?
- Miaaau...em ci ja młodość, miaaau...em ci ja myszy, teraz moją piosnkę tylko słoooonko słyyyyszyyyy! Miaaau...em ci ja kotki, mleko miaaau...em ci ja, teraz ni mam sierści, nawet zębów niii maaam! – odpowiedział wymijająco kot na nutę disco polo.
- Szanowny panie, serce się kraje, gdy się słyszy pana historię. Emeryci mają tak ogromny wkład w rozwój naszego społeczeństwa, a w ramach wdzięczności spycha się ich na margines, na jakieś przydrożne kamienie. To skandal! – wyżalał się osioł patrząc, jak w oczach kota budzi się błysk solidarności. – Zapraszam do naszego zespołu muzycznego. Jesteśmy z kolegą w drodze na szczyt kariery muzycznej. Ja jestem solistą, kolega śpiewa bluesa. Osiem oktaw, blues i jazz – czyż nie byłaby to fantastyczna konstelacja? Uszy bremeńskiego publikum tylko na to czekają, jestem więcej niż pewien.
- Ach, nie wiem, nie wiem... – kot krygował się liżąc łapę i wykonując nią zalotne ruchy w okolicy ucha. Widząc jednak, że jego kokieteria nie robi na ośle żadnego wrażenia, a na psie jeszcze mniejsze, zeskoczył z kamienia. – Na chrzcie dali mi co prawda Mruczek, ale wewnątrz artystyczna dusza łka. Mówcie mi Ray, OK?
To mówiąc kot wyciągnął spomiędzy fałd czarne okulary i wcisnął je na nos zawadiackim ruchem.

piątek, 3 czerwca 2011

Czewony Namiot

Głosy kobiet. Pod tym hasłem spotkałyśmy się wczoraj w Sztuka Puka z Beatą. Beata oprócz zacięcia do opowiadania magicznych historii dzieciakom fascynuje się kobiecymi motywami w opowieściach z różnych kultur. A że dwie koleżanki właśnie wyjeżdżają na fantastyczne misje wolontariackie (jedna do Ghany wykuwać lokalne liderki, druga do Gwatemali pomagać kobietom rozkręcać ich babską spółdzielnię rękodzieła), Beata przyjechała, żeby otworzyć im (i nam) oczy na kobiecą wspólnotę odbitą w opowieściach jak w lustrze.

I tutaj mam kłopot. Z jednej strony głowa wchłonęła porcję wiedzy i mówi mi, że wspólnota kobiet to coś pradawnego, naturalnego, mocnego jak wiązanie aromatyczne w pierścieniu węglowodorowym. Z drugiej strony moje ciało i dusza mają tak skąpe (i momentami przykre) doświadczenia z tym związane, że nie chcą się na to otworzyć.

Z jednej strony mam naszą polską kulturę, nowobogacką, rozpędzoną wielkomiejsko i „yuppiszonowsko”. Każdy jest molekułą. Każda rodzina zaczyna się na rodzicach i kończy na dzieciach. Babcie i dziadkowie są co najwyżej opiekunami wnuków i dawcami nowych bucików, samochodzików i polis posagowych. Zniknęła „samopomoc babska” rozumiana jako wielopokoleniowy krąg zapewniający kontinuum kobiecym mądrościom. Ja sama pewnie z tysiąc razy wyśmiałam „babcine mądrości”. Jasne, niektóre są czystymi przesądami (jak o mieszaniu ciasta w jedną stronę, żeby się udało). Być może jednak niektóre są prawdziwe jak życie. Np. to, żeby „mężczyźnie nigdy całego przyrodzenia nie pokazywać”. Ja się z tego śmiałam, a tutaj w tradycji afrykańskiej znalazła się przepiękna historia o tym, jak to mężczyzna-hiena chce skrzywdzić dziewczynę. Dziewczyna przeżywa tylko dlatego, że zachowuje część wiedzy o sobie samej w sekrecie przed mężczyzną. On nie jest w stanie dosięgnąć jej i zranić, bo nie może jej przeniknąć. Aktualne? Jak bardzo!
Mamy w naszej polskiej (a może ogólnie słowiańskiej?) kulturze babskie tematy tabu jak miesiączkę, inicjację seksualną czy małżeński erotyzm. I mamy nowoczesne remedium: pisma typu „Girl” i erotyzm pozamałżeński :) Ręka do góry, jeśli Twoja mama / babcia opowiedziały Ci pięknie o kobiecej krwi zanim stałaś się kobietą, jeśli przeprowadziły się przez te pierwsze, zaskakujące doświadczenie w taki sposób, że poczułaś się wyjątkowo. Ja mam z tych momentów wspomnienia wyjątkowe, fakt. Wyjątkowo upokarzające, odhumanizowujące i pozbawiające kobiecości. Do tej pory nie chcę o tym wspominać. Tak samo jest z pozostałymi tabu. Każda dziewczynka a potem kobieta uczy się tego sama, metodą prób i błędów. Tak jakby odkrywała Amerykę i nikt inny przed nią tego nie doświadczał. Tak jakby kwestia inicjacji seksualnej objawiała się światu np. 21 maja 2011, kiedy to nastoletnia Ania idzie z poznanym miesiąc wcześniej chłopakiem do łóżka. Nie bardzo wie, dlaczego, po co, co się z nią działo, co z tym zrobić, ale z kim ma się tym podzielić?
W sukurs naszej niewiedzy idzie medycyna i psychologia. Nasz świat seksualności, doświadczeń porodowych i macierzyńskich jest naszpikowany medycznymi określeniami. Wiemy, co się chemicznie, biologicznie, fizycznie dzieje z naszym ciałem. Reakcje naszego wnętrza skatalogowała psychologia. Nagle ten świat stał się i znany, i oddzielony od nas zarazem. Zniknęła gdzieś magia przeżywania go indywidualnie, dla siebie. W medycynie nie ma wiele miejsca na tak nienamacalne i nieuleczalne przypadłości jak „radość”. Przez poporodowe smutki pomoże Ci przejść lekarz przepisując Ci antydepresanty, a nie druga kobieta, która sama jest matką i rozumie Cię najlepiej na świecie. Dzięki medycynie poznajemy siebie i potrafimy się wsadzić w ramki określeń „introwertyczny, ze skłonnościami do depresji, uzdolniony muzycznie, genetycznie obciążony alergią”, ale tu i teraz nie mamy kontaktu z własnym wnętrzem.

Po drugiej stronie Księżyca stoi świat, do którego wybierają się dziewczyny. Analfabetyczny, niezepsuty, tradycyjny świat kobiecych wspólnot. Indianki czy Afrykanki stają się kobietami, matkami, żonami, babkami dzięki innym kobietom, które pokazują im meandry całego procesu i są z nimi w ważnych chwilach. Siła kobiecości tkwi w tym, co natura uczyniła niedostępnym dla mężczyzn. Moc kobiecego kręgu podsycana jest pieczołowicie, niczym ogień przez Westalki. Żeby być kobietą, potrzebna jest siła. W każdej kulturze, ponieważ niezależnie od półkuli ziemskiej każda z nas staje się kobietą, matką, żoną. Ale też tylko my, kobiety, mamy moc odradzania się. W kulturach, które my nazywamy mniej cywilizowanymi, kobiety potrafią czerpać garściami ze wspólnotowej mocy. Mają swoje kobiece miejsca, okazje, spotkania, opowieści. Tego im zazdroszczę, bo czuję, że nie znalazłam jeszcze klamki od drzwi prowadzących do tego tajemnego pokoju. Może wygląda to inaczej? Może to ja krążę po pokoju, zamknięta w czterech ścianach własnych ograniczeń i nie znalazłam jeszcze wyjścia na świat? Świat, w którym czekają kobiety, spragnione bliskości drugiej kobiety, gotowe podzielić się swoją siłą? Świat, w którego centrum stoi Czerwony Namiot? 


 Beata Frankowska, Grupa Studnia O.

czwartek, 5 maja 2011

Bajki 3D dla ludzi 2D

Mój teść in spe kupił sobie nowy telewizor. Nic w tym dziwnego. Tyle że inny nowy telewizor stoi zapakowany, z gwarancją, na strychu. Nie sprawdził się. Był o kilka cali za mały (42 tylko) i nie był 3D. Ten nowy to dopiero sprzęcior! Wielki tak, że nie mieści się w przeznaczonym miejscu. Płaski oczywiście. No i te efekty specjalne 3D i HD, i coś tam jeszcze Woda się na ciebie wychlapuje, łoś wybiega przed kanapę, auto wyjeżdża prosto na ciebie! Widzisz każdy włos na włochatej nodze pająka!
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.

Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.

Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.

Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.

Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

6 bajek na śniadanie

Dziś było intro do jutrzejszych warsztatów dla opowiadaczy. Spektakl Grupy Studni O. 6 opowieści na dwie osoby i kilkanaście głosów. Była opowieść m.in. lapońska, żydowska, afrykańska, litewska. Wszystkie barwne i bliskie natury. Pełne pieśni i uczuć najbliższych każdemu człowiekowi. Obrazy malowane gestami, słowami i muzyką. Niezależnie od kraju i stulecia.
Pewnie, niektóre zwyczaje już dawno się zmieniły. Dziś kto by pomyślał, że dziewczyna po kwadransie przekomarzania się z chłopakiem może zadecydować, że gość niczego sobie, ot zostanę z nim na całe życie. Albo że jakaś rada mędrców ma prawo zadecydować, że jakiś obcy koleś zostanie z kobitką i będzie jej służył za męża. Tak to drzewiej bywało :)
Opowieści miały tyle warstw, że każdy się wciągnął. Dorośli próbowali nadążać i za fabułą, i za wartościami przemycanymi między wierszami, i za morałem całej opowieści. Dzieciaki łapały pojedyncze obrazy i szczegóły, starały się odgadnąć, dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Jak to jest, że nagle zaczynasz takie opowieści po prostu rozumieć? Nie pamiętam etapu przejściowego. Nie wiem, czy to było w podstawówce, czy w liceum.

Zdjęcie ze strony Grupy Studni O (http://www.studnia.org/about-2/)

piątek, 8 kwietnia 2011

Baterie na 100%

Nie wiem, o czym napisać najpierw. Może chronologicznie.

Wzięłam udział w warsztatach opowiadania. Nic trudnego? Tak mi się wydawało. W końcu każdy z nas jakoś gada. Nie ma to jednak nic wspólnego z opowiadaniem. Przyjechał pan Michał z Muzeum Bajek w Konstancinie. Jego pasją jest kolekcjonowanie opowieści z całego świata i krzewienie tradycji słowa mówionego.
Najpierw, o dziwo, kazał nam się zamknąć i ruszać. Oj, wyszło szydło z wora! Skostniałe, biurowe ruchy próbowały odegrać spotkanie ze zwierzęciem. Potem było pełniej, śmielej, różnorodniej. Poruszało się całe ciało. Anektowało całą dostępną przestrzeń. Dołączyły do tego słowa. Mówione głosem wysokim jak szczypior albo niskim jak burak. Dołączyła głowa. Musiała zapanować na słowotokiem albo niezręczną pustką w głowie. Musiała poukładać sylaby w zgrabne słowa, słowa w rytmiczne wersy, wersy w melodyjne zdania, zdania w kształtne akapity. Dołączyło serce, aby móc wzbudzić emocje w odbiorcach.
Dla mnie osobiście spotkanie z opowiadaniem na tym etapie było spotkaniem ze mną samą. Musiałam się skonfrontować z własnymi wstydami i lękami. Z ograniczeniami. Z rutyną. Chciałam tego, więc na końcu padłam zmęczona, ale szczęśliwa.
Wieczorem wpisałam się na listę uczestników projektu Opowiadacze Świata. Będę przechodzić to jeszcze raz. Potem opowiem coś grupie dzieci, które na podstawie mojej opowieści stworzą COŚ. Ciekawe co. Czy coś w ogóle?

 To jest właśnie Michał w akcji (zdjęcie ze strony www.storytellermuseum.org)

Następnego dnia, jeszcze naładowana warsztatami, spotkałam się z osobą, w której błękicie oczu utonęłam. OK, to nie była ślepa miłość do obywatela płci odmiennej. To było pierwsze spotkanie z Kasią Bajerowicz. Kasia to fantastyczna mama 3 świnek, ilustratorka i graficzka. Gdy wlazłam głębiej w jej blogi, odkryłam, że spod Kasi rąk wychodzą same cuda. Fantazyjne kołtuniaki, malowanki na talerzach i jedzenie, jedzenie, jedzenie. Ma po prostu dar jakiś tajemny. Chętnie przegadałabym z nią nie 2,5 a 25 godzin hurtem.
Kasia spojrzała na moją biedną książeczkę dla nieśmiałków. Popatrzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. I chyba coś w niej znalazła. Coś fajnego. Obracała stronę za stroną. Widać było, że patrzy też na warsztat - akapity, dosunięcia do krawędzi, kolory, kształty itp. Dała mi mnóstwo praktycznych rad. Co ciekawego, powiedziała, że na jednym obrazku widać, że świetnie się bawiłam. Na sąsiednim bawiłam się mniej. Tego to nawet ja nie wiedziałam!
Czekam na kontakt z jej strony. Ciekawe, czy będzie chciała ze mną pracować... Jakby co, wszystkie 4 kciuki mam zaciśnięte. Tak mocno, że trudno mi się skupić na czymkolwiek.

piątek, 25 lutego 2011

"Bajki naścienne"

Od wczoraj zabieram się za pisanie. Gardło mnie rozbolało, chrypa chwyciła krtań mocną garścią i pisanie stało się jedyną bezbolesną formą komunikacji.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, czy są bajki dla dorosłych. Tak strasznie zresztą nie musiałam się wysilać, bo oczywiście są. Mamy cała gamę dzieł science-fiction, w różnej proporcji science i fiction. Mamy fantasy. Mamy też "real fantasy", jak nazywam produkcje typu "Mamma mia" czy "Ja cię kocham, a ty śpisz". Te ostatnie ogląda się najlepiej z pudłem lodów pod ręką, "ku pokrzepieniu serc". Doszłam jednak do wniosku, że najlepszymi bajkami zakrawającymi na bajki psychoedukacyjne jest literatura korporacyjna.

Co to jest za zwierz? Ha! Dla niezorientowanych, są to wewnętrzne gazetki, prezentacje, hasła przewodnie wiszące na ścianach, polityki i przemówienia skierowane od wodzów do ludu pracującego. Ich celem, jak każdej szanującej się bajki psychoedukacyjnej, jest dokonanie w odbiorcach jakiejś zmiany wewnętrznej, aby możliwa była zmiana zewnętrzna. "Bajki naścienne" (to chyba adekwatna nazwa dla czegoś, co wisi na ścianie) są wypracowaniami wypełnionymi górnolotnymi słowami po dyskretne, pseudo-eleganckie antyramy. Wartości firmy to oczywiście koleżeńskość, wespół w zespół, uczciwość, rzetelność, poświęcenie dla firmy, pokłonienie się celom firmowym, wiara w słowo wodza, służenie klientowi, itp. W prezentacjach pokazywanych na spotkaniach ze starszyzną plemienną pokazuje się piękne zdjęcia, uśmiechnięte buzie, radosne produkty, szczęśliwych klientów - ku chwale firmy! Gdy prezentowany jest nowy system motywacyjny, zazwyczaj jest on tak skomplikowany, że trzeba go uprościć chłopu od kielni i młota mówiąc: "Chłopie, możesz zarobić więcej!".
Moimi ulubionymi są jednak gazetki firmowe. Od pierwszej do ostatniej strony. Życzenia świąteczne od prezesa i jego rodziny, którzy to wszyscy są przecież ludźmi takimi jak prosty pracownik: spełnienia zawodowego, motywacji, zapału, wytrwałości w realizacji celów. I szczęścia w życiu osobistym, bo to ważne. W tle choinka z Photoshopa, góra prezentów z Photoshopa i dzieci pewnie też z Photoshopa. Normalny człowiek musi sobie tę choinkę po prostu kupić za pieniądze zarobione w nowym systemie motywacyjnym. O dziwo, choinka wypada o pół metra niższa niż w zeszłym roku. Strona druga - dlaczego nasza firma jest najlepsza. Strona trzecia - dzień codzienny naszego fantastycznego działu kontroli wewnętrznej. Strona czwarta - pracownicy miesiąca. Strona piąta - wartości naszej firmy. Ostatnia strona zazwyczaj jest "luzacka": żarciki, komiksiki, przepisiki na klopsiki.

Produkcja "bajek naściennych" zajmuje firmom zazwyczaj sporo czasu i pochłania konkretne pieniądze. Powinna więc działać. Dlaczego więc typowy "szczurek korporacyjny" chodzi niezmiennie niezadowolony, naburmuszony, agresywny, poirytowany i wrogo nastawiony do bliźniego? Dlaczego wszystkie korporacyjne bla bla bla ma głęboko w... poważaniu i pilnuje jedynie pozorów? Dlaczego o swojej firmie mówi źle albo wcale?

Może dlatego, że w tych "bajkach naściennych" nie ma ani krzty magii?