O mnie
- TimeMashinka
- TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadkowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadkowie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 21 stycznia 2012
czwartek, 24 listopada 2011
Pozdrowienia z S-Bahna
Od kilku tygodni na myśl o tym miejscu wywoływała popłoch w pomysłach na pierwsze wersy i las palców w górę. "Mnie wybierz! Mnie opisz! O mnie pamiętaj!" Teraz, gdy siedzę sobie przed otwartym okienkiem bloga i mam coś napisać, zapanowała taka dziwna cisza...
Halo, halo, jest tam kto? Raz, dwa, raz, dwa, próba mikrofonu!
Ostatni wpis pochodzi z czerwca. Zdjęcie Milana na zjeżdżalni wydaje się prastare. Dziś jest to już prawie panicz Milan! Oj, muszę choćby w kilku punktach podsumować ostatnie kilka miesięcy:
- w lipcu zmieniliśmy miejsce gniazdowania. Teraz piszę z Monachium.
- w sierpniu tata Milana poszedł do nowej pracy, a Milan, jego mama i pokaźny brzuszek mamy zaczęli się na nowo poznawać. W efekcie ponad miesięcznej (trudnej) współpracy zadzierzgnęliśmy niezwykłe więzy przyjaźni :) Czy ktoś próbował zaprzyjaźnić się z dwuipółlatkiem? Powodzenia!
- we wrześniu Milan poszedł do nowego przedszkola. Okazało się, że wcale nie jest asocjalnym typkiem o co zaczęłam go już podejrzewać.
- we wrześniu przyjechała do nas ciocia Madzia. Doglądała nas pilnie i serdecznie. Będąc brzuchem na dwóch spuchniętych nogach niewiele mogłam już zdziałać wokół Milana-latawca (to rodzaj męski latawicy, nie odwrotnie).
- 24 września przyszła na świat Inka.
- przez cały październik poznawaliśmy się we czworo i ustalaliśmy nowy porządek w stadzie. Inka okazała się egzemplarzem łatwym w obsłudze. Jadła, spała, cierpliwie znosiła przewijanie. Potem zaczęła się uśmiechać i "gugać". Ku naszemy ogromnemu rozrzewnieniu. Milan awansował na stanowisko Starszego Brata. Poznał smak zazdrości o "jego dzidzię".
- 10 listopada Milan skończył 3 lata. Zaczął o sobie mówić "duży chłopiec". Zamienił swój mały, puchaty kocyk na dorosłą kołdrę. Kocyk pożyczył Ince. Zapewniłam go, że jak tylko będzie go potrzebował, może go wziąć, bo to zawsze będzie jego kocyk. Ech, dyplomacja...
Po drodze wydarzyło się wiele historii wartych kronik rodzinnych. Jedną z nich opowiedziała moja mama. Milan spędził u dziadków czas potrzebny nam na przeprowadzkę całego domostwa. Już wiemy, jak smakuje tęsknota za dzieckiem i powitanie po rozłące.
(Gwoli wstępu: u dziadków Milan poznał nowe zwierzęta - mrówki. Stały się hitem wakacji w Grudziądzu. Mrówka to, mrówka tamto. Przebierając paluszkami udawał mrówki. Mieliśmy mrówki dosłownie w całym domu :)
Pięknego lipcowego popołudnia Milan poszedł z dziadkami na nadwiślańskie błonia. Letnie słońce, ciepło, piach i trawa nad brzegiem rzeki, noga za nogą to z babcią, to z dziadkiem... Koń by się zmęczył, a co dopiero dwuipółlatek. Milan stanął więc przed babcią, wyciągnął łapki w górę i zakomenderował "Do góry! Do góry!" Babcia nie w ciemię bita. Nosić 13 kilo to żadna frajda. Próbuje więc przemówić do rozsądku Milana: "Miluś, babcia nie weźmie cię do góry. Każdy chodzi na swoich nóżkach, Miluś też. No pokaż, gdzie masz nóżki?" Miluś sprawdza obecność stópek i odpowiada: "Mrówki zjadły!"
Inna historia może służyć na otwarcie rozdziału życia w Monachium.
(Sierpień i wrzesień były wyjątkowo gorące. W weekendy jeździliśmy nad cudne jezioro w Karsfeld. Milan łapczywym wzrokiem gonił za kaczkami, piłkami, grillami i dmuchanymi dziwami. W pamięci utkwił mu szczególnie dmuchany materac i ręczna pompka...)
Milan wchodzi do kuchni ciągnąc za sobą żółty kocyk. Siada na nim i udaje, że pompuje wydając dźwięki "włyt, włyt, włyt...".
Mama: Co robisz?
Milan: Zapompuję ci kocyk.
Chcę zrobić dobry żart, przykładam więc rękę do pleców Milana i też robię "włyt, włyt, włyt...".
Milan (wyrywa się dziko): "Nie tak! Nie pomp Milana, pomp tylko kocyk!"
(Niezaprzeczalną miłością Milana w Monachium stała się komunikacja miejska. S-Bahn, U-Bahn, Strassenbahn (czyli po poznańsku bimba) i autobusy poznaje po emblematach. Podczas podróży po mieście toczymy ciekawe rozmowy...)
Jedziemy z Milanem S-Bahnem. Za oknami przewijają się miejskie krajobrazy przeplatane egipskimi ciemnościami tuneli. Milan stroi śmieszne miny do własnych myśli. Jedna mina przypomina mi kota.
Mama: Milan, jak robi kotek? (oczekuję, oczywiście, "miau")
Milan: A jak robi bałwanek Krecika?
Mama: Nie wiem. Powiedz, jak robi bałwanek Krecika?
Milan (jednostajnie, na jednym tonie): Hi hi hi.
Do bycia dorosłym należy niezaprzeczalnie dorosłe używanie toalety.
Ciocia Madzia i Inka - dream team.
Halo, halo, jest tam kto? Raz, dwa, raz, dwa, próba mikrofonu!
Ostatni wpis pochodzi z czerwca. Zdjęcie Milana na zjeżdżalni wydaje się prastare. Dziś jest to już prawie panicz Milan! Oj, muszę choćby w kilku punktach podsumować ostatnie kilka miesięcy:
- w lipcu zmieniliśmy miejsce gniazdowania. Teraz piszę z Monachium.
- w sierpniu tata Milana poszedł do nowej pracy, a Milan, jego mama i pokaźny brzuszek mamy zaczęli się na nowo poznawać. W efekcie ponad miesięcznej (trudnej) współpracy zadzierzgnęliśmy niezwykłe więzy przyjaźni :) Czy ktoś próbował zaprzyjaźnić się z dwuipółlatkiem? Powodzenia!
- we wrześniu Milan poszedł do nowego przedszkola. Okazało się, że wcale nie jest asocjalnym typkiem o co zaczęłam go już podejrzewać.
- we wrześniu przyjechała do nas ciocia Madzia. Doglądała nas pilnie i serdecznie. Będąc brzuchem na dwóch spuchniętych nogach niewiele mogłam już zdziałać wokół Milana-latawca (to rodzaj męski latawicy, nie odwrotnie).
- 24 września przyszła na świat Inka.
- przez cały październik poznawaliśmy się we czworo i ustalaliśmy nowy porządek w stadzie. Inka okazała się egzemplarzem łatwym w obsłudze. Jadła, spała, cierpliwie znosiła przewijanie. Potem zaczęła się uśmiechać i "gugać". Ku naszemy ogromnemu rozrzewnieniu. Milan awansował na stanowisko Starszego Brata. Poznał smak zazdrości o "jego dzidzię".
- 10 listopada Milan skończył 3 lata. Zaczął o sobie mówić "duży chłopiec". Zamienił swój mały, puchaty kocyk na dorosłą kołdrę. Kocyk pożyczył Ince. Zapewniłam go, że jak tylko będzie go potrzebował, może go wziąć, bo to zawsze będzie jego kocyk. Ech, dyplomacja...
Po drodze wydarzyło się wiele historii wartych kronik rodzinnych. Jedną z nich opowiedziała moja mama. Milan spędził u dziadków czas potrzebny nam na przeprowadzkę całego domostwa. Już wiemy, jak smakuje tęsknota za dzieckiem i powitanie po rozłące.
(Gwoli wstępu: u dziadków Milan poznał nowe zwierzęta - mrówki. Stały się hitem wakacji w Grudziądzu. Mrówka to, mrówka tamto. Przebierając paluszkami udawał mrówki. Mieliśmy mrówki dosłownie w całym domu :)
Pięknego lipcowego popołudnia Milan poszedł z dziadkami na nadwiślańskie błonia. Letnie słońce, ciepło, piach i trawa nad brzegiem rzeki, noga za nogą to z babcią, to z dziadkiem... Koń by się zmęczył, a co dopiero dwuipółlatek. Milan stanął więc przed babcią, wyciągnął łapki w górę i zakomenderował "Do góry! Do góry!" Babcia nie w ciemię bita. Nosić 13 kilo to żadna frajda. Próbuje więc przemówić do rozsądku Milana: "Miluś, babcia nie weźmie cię do góry. Każdy chodzi na swoich nóżkach, Miluś też. No pokaż, gdzie masz nóżki?" Miluś sprawdza obecność stópek i odpowiada: "Mrówki zjadły!"
Inna historia może służyć na otwarcie rozdziału życia w Monachium.
(Sierpień i wrzesień były wyjątkowo gorące. W weekendy jeździliśmy nad cudne jezioro w Karsfeld. Milan łapczywym wzrokiem gonił za kaczkami, piłkami, grillami i dmuchanymi dziwami. W pamięci utkwił mu szczególnie dmuchany materac i ręczna pompka...)
Milan wchodzi do kuchni ciągnąc za sobą żółty kocyk. Siada na nim i udaje, że pompuje wydając dźwięki "włyt, włyt, włyt...".
Mama: Co robisz?
Milan: Zapompuję ci kocyk.
Chcę zrobić dobry żart, przykładam więc rękę do pleców Milana i też robię "włyt, włyt, włyt...".
Milan (wyrywa się dziko): "Nie tak! Nie pomp Milana, pomp tylko kocyk!"
(Niezaprzeczalną miłością Milana w Monachium stała się komunikacja miejska. S-Bahn, U-Bahn, Strassenbahn (czyli po poznańsku bimba) i autobusy poznaje po emblematach. Podczas podróży po mieście toczymy ciekawe rozmowy...)
Jedziemy z Milanem S-Bahnem. Za oknami przewijają się miejskie krajobrazy przeplatane egipskimi ciemnościami tuneli. Milan stroi śmieszne miny do własnych myśli. Jedna mina przypomina mi kota.
Mama: Milan, jak robi kotek? (oczekuję, oczywiście, "miau")
Milan: A jak robi bałwanek Krecika?
Mama: Nie wiem. Powiedz, jak robi bałwanek Krecika?
Milan (jednostajnie, na jednym tonie): Hi hi hi.
Do bycia dorosłym należy niezaprzeczalnie dorosłe używanie toalety.
Ciocia Madzia i Inka - dream team.
czwartek, 5 maja 2011
Bajki 3D dla ludzi 2D
Mój teść in spe kupił sobie nowy telewizor. Nic w tym dziwnego. Tyle że inny nowy telewizor stoi zapakowany, z gwarancją, na strychu. Nie sprawdził się. Był o kilka cali za mały (42 tylko) i nie był 3D. Ten nowy to dopiero sprzęcior! Wielki tak, że nie mieści się w przeznaczonym miejscu. Płaski oczywiście. No i te efekty specjalne 3D i HD, i coś tam jeszcze Woda się na ciebie wychlapuje, łoś wybiega przed kanapę, auto wyjeżdża prosto na ciebie! Widzisz każdy włos na włochatej nodze pająka!
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.
Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.
Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.
Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.
Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.
Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.
Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.
Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.
Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)
poniedziałek, 28 marca 2011
Dziadkowie - skarb narodowy
No i kolejną wizytę dziadków zapisujemy w annałach rodzinnych familii Spiżewska-Triebsch jako niezwykle udaną. Ja w każdym razie wypoczęłam przednio. Milan wychichrał się i wylatał na tydzień do przodu. Nie wiem, jak dziadkowie, bo wyjeżdżając wyglądali na dość zmęczonych ;)
Milan od progu adorował babcię. Pokazał jej wszystkie autka w swoim auto parku. Oczywiście wszystkie te, które nie zdołały wjechać pod szafy i kanapy. Zaliczali codziennie długie spacery połączone z tarzaniem się w piachu, zjeżdżaniem ze zjeżdżalni, ganianiem po krzakach, czekaniem na pociągi, odwiedzinami u pani w "naszym" sklepie za rogiem, itd. Moja mama jest kopalnią wychowawczych (lub mniej) powiedzonek typu "nie dłub w nosie, boś nie prosię".
Milan codziennie katował moich rodziców swoimi bajkowymi hitami. Pewnego dnia wstałam, a oni siedzieli przy stole i czytali moją małą bajeczkę o kupie. Nie wierzyłam własnym oczom, jak Milan przekładał stronę po stronie i mówił teksty z pamięci!
Drugi hit to Wallace i Gromit. Codziennie. Przynajmniej dwa razy. Wallace, Gromit i bułeczki. Albo Wallace, Gromit i króliczki. Albo Wallace, Gromit i owce. Rano i wieczorem. Wiecie, z czego Milan zawsze się śmieje? Jak Wallace'owi i Gromitowi psuje się dozownik owsianki i Wallace dostaje z 10 porcji owsianej brei prosto w twarz. Siedzę zahipnotyzowana patrząc, jak Milan zanosi się śmiechem widząc beżowe kleksy lecące na łysinę Wallace'a.
Ciekawe, w jaki sposób dzieciakom kształtuje się poczucie humoru?
(zdjęcie ze stronki expert-technomarkt.de)
Milan od progu adorował babcię. Pokazał jej wszystkie autka w swoim auto parku. Oczywiście wszystkie te, które nie zdołały wjechać pod szafy i kanapy. Zaliczali codziennie długie spacery połączone z tarzaniem się w piachu, zjeżdżaniem ze zjeżdżalni, ganianiem po krzakach, czekaniem na pociągi, odwiedzinami u pani w "naszym" sklepie za rogiem, itd. Moja mama jest kopalnią wychowawczych (lub mniej) powiedzonek typu "nie dłub w nosie, boś nie prosię".
Milan codziennie katował moich rodziców swoimi bajkowymi hitami. Pewnego dnia wstałam, a oni siedzieli przy stole i czytali moją małą bajeczkę o kupie. Nie wierzyłam własnym oczom, jak Milan przekładał stronę po stronie i mówił teksty z pamięci!
Drugi hit to Wallace i Gromit. Codziennie. Przynajmniej dwa razy. Wallace, Gromit i bułeczki. Albo Wallace, Gromit i króliczki. Albo Wallace, Gromit i owce. Rano i wieczorem. Wiecie, z czego Milan zawsze się śmieje? Jak Wallace'owi i Gromitowi psuje się dozownik owsianki i Wallace dostaje z 10 porcji owsianej brei prosto w twarz. Siedzę zahipnotyzowana patrząc, jak Milan zanosi się śmiechem widząc beżowe kleksy lecące na łysinę Wallace'a.
Ciekawe, w jaki sposób dzieciakom kształtuje się poczucie humoru?
(zdjęcie ze stronki expert-technomarkt.de)
poniedziałek, 21 marca 2011
Gotowe!
Minęło kilka fantastycznych (i "fantastycznych inaczej") dni. Raz się czułam świetnie, innym razem wykładałam nogi z niemocy. Przyjechali teściowie (in spe) i odjechali do domu. Milan wymyślił kilka nowych zabaw, kilkadziesiąt nowych zdań i wywalił jeden skaner z krzesła na podłogę. Jest poniedziałek i czas zacząć pisać nowy słupek, który za parę dni będzie można tak ładnie podsumować.
Najważniejsza rzecz: Robaczek-Chowaczek dla chłopców jest GOTOWY! Jest żywy tekst obejrzany z każdej strony czujnym okiem Agnes. Są ilustracje wyssane z ołówka i wymoczone z farb. Są nawet awatary, w których dziecko będzie mogło sobie wybrać "siebie". Od pierwszej do ostatniej strony wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Z jednej strony czuję się tak, jakby mój obowiązek był w tym momencie spełniony. Jakby był to koniec pasjonującej drogi z wieloma zakrętami. Z drugiej strony głowa wie, że to dopiero początek. Czeka mnie jeszcze matczyne czuwanie nad składaniem wszystkiego do tak zwanej kupy przez Michała-anioła. A następnie straszliwa, bezduszna komercjalizacja, dzięki której książeczka trafi do rumieniących się przesadnie Kubusiów, Marcinów, Dawidów czy Mateuszów. W zasadzie to dopiero będzie spełnieniem moich marzeń :)
Załączam jeden z obrazków nowego Robaczka-Chowaczka.
Najważniejsza rzecz: Robaczek-Chowaczek dla chłopców jest GOTOWY! Jest żywy tekst obejrzany z każdej strony czujnym okiem Agnes. Są ilustracje wyssane z ołówka i wymoczone z farb. Są nawet awatary, w których dziecko będzie mogło sobie wybrać "siebie". Od pierwszej do ostatniej strony wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Z jednej strony czuję się tak, jakby mój obowiązek był w tym momencie spełniony. Jakby był to koniec pasjonującej drogi z wieloma zakrętami. Z drugiej strony głowa wie, że to dopiero początek. Czeka mnie jeszcze matczyne czuwanie nad składaniem wszystkiego do tak zwanej kupy przez Michała-anioła. A następnie straszliwa, bezduszna komercjalizacja, dzięki której książeczka trafi do rumieniących się przesadnie Kubusiów, Marcinów, Dawidów czy Mateuszów. W zasadzie to dopiero będzie spełnieniem moich marzeń :)
Załączam jeden z obrazków nowego Robaczka-Chowaczka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




