Milan stoi sobie w piżamce. Ręce ma po łokcie w spodniach.
Milan: O! Mój siusiak jest duży.
Rodzice pełna konsternacja.
Ja: Siusiaki tak mają. Raz są duże, raz małe. Jak twój siusiak też jest raz duży, raz mały, to wszystko w porządku.
Od dziś TE rozmowy będą tylko bardziej zaawansowane, jak mi się wydaje :)
O mnie
- TimeMashinka
- TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 lutego 2012
środa, 25 stycznia 2012
Czytam straszną książkę. Po prostu potworność. Flaki z olejem. I zasmażka. Rzecz o komunikacji bez przemocy. Temat dość znany i pewnie bym się na książkę nie połaszczyła, gdyby nie szczególne pole zastosowania: dzieci. Jako mama pobudliwego trzylatka, którego koncentracja na jednej rzeczy trwa krócej niż bieg na setkę, chwytam się każdej metody, dzięki której mogłabym się lepiej porozumieć z synem.
Czytam więc o tym, żeby najpierw oprzeć się na „szkiełku i oku” i zawrzeć w słowach to, co się dzieje, co jest organoleptycznie do skonstatowania.
Następnie należy się skontaktować ze sferą uczuć. Własnych i dziecka. Co czuję w związku z tym, co się dzieje? Dla facetów amba z przerzutką. Czarna skrzynka. Dla kobitek częściej pewnie labirynt bez jednego najlepszego wyjścia. Dla odmiany skrzynka z guzikami. Podczas gdy jedna połowa mózgu kombinuje nad własnymi emocjami, druga połowa stara się odgadnąć, co się kręci w małej acz skomplikowanej główce dziecka. Najczęściej mały kwiczoł jeszcze nie wie albo nie umie nazwać tego, co każe mu się drzeć i walić pięściami w drzwi, ale my już wiemy, że jest to złość za ograniczenie wolności, przemożna chęć samodecydowania, pęd do zabawy itd. Autor radzi, nie bez racji, żeby podpowiedzieć maluchowi kilka opcji. A nuż widelec zgadnie i tym samym nauczy się co nie co o swoich emocjach.
Następnie należy ująć zgrabnie z słowa potrzebę, która mną targa. Może to być np. potrzeba spokojnego wieczoru, potrzeba szacunku ze strony dziecka, chęć zabezpieczenia młodzika przed zabójczym katarem albo napadem głodu. Analogicznie do powyższego należy nazwać potrzeby dziecka, np. chęć bycia zapytanym o zdanie we własnej sprawie, chęć zabawy, potrzeba uznania ze strony rówieśników. Również analogicznie należy ułatwić dziecku nazwanie jego potrzeb przez podpowiedź.
Na koniec, jak wisienka na torcie, należy sformułować prośbę. Już wiem, co widzę, co czujemy, co potrzebujemy, więc teraz mam poprosić dziecko o konkretne zachowanie. Tudzież tak sformułować pytanie, abyśmy wspólnie mogli wypracować rozwiązanie, które pozwoli nam zaspokoić nasze potrzeby.
Mniej więcej wygląda to tak: „Synu, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami. Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?” I tu, według teorii, następuje wspólne wypracowanie zadowalającego rozwiązania. W efekcie rodzic i dziecko np. w tym momencie ruszają na zakupy zabierając ze sobą auta, żeby dziecko mogło kontynuować zabawę.
Mogę sobie wyobrazić tę sytuację z Milanem.
Ja: Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami.
Milan: Wwwwww!!! Kaczał kaczał kaczał! (to za ZigZakiem McQuinnem – przyp. mamy) Mama, popatrz! Wwwwww!!! Kszzzz..... Wypadek!
Ja (staram się nadal nawiązać kontakt): Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś...
Milan: Ijo, ijo, ijo, polizei! Schau mal! Pan policjant jedzie!
Ja (no dobra, idę dalej z tematem): Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść...
Milan: Tyk, tyk, tyk, wrrr, wrrr, wrrr... Naprawiony! Wwwwww.... Popatrz, Majkel McQuinn jedzie! One-man-show!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ...
Milan: Nie! Nie na zakupy! Popatrz, McQuinn jedzie, wwwwww!!! Mam twoje auto. Masz, to twoje auto na wakacje. Jedziemy na wakacje!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację...
Milan: Je nie lubię kolacji. Jedziemy na wakacje? Masz, to twoje auto na wakacje.
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu.
Milan: Ja nie lubię kolacji. Nie burczy ci w brzuchu. Jedziemy na wakacje? Popatrz, ale tory! Taaakie duże! Jedziemy?
Ja: Milan, zaczyna mi burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?
Milan: Nie możemy nic zrobić. Nie lubię kolacji. Nie lubię się dobrze bawić. Nie lubię coś zjeść (mój syn używa pojedynczego przeczenia w zdaniu).
Ja: Może pojedziemy teraz razem na zakupy, wrócimy za pół godziny i będziesz mógł się dalej bawić?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pojedziemy razem na zakupy! Nie wrócimy za pół godziny! Nie będę mógł się dalej bawić!
Ja: To może pobawisz się teraz przez kwadrans, a potem pojedziemy na zakupy?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pobawię się teraz przez kwadrans! Nie pojedziemy potem na zakupy!
Ja: To może poprosimy tatę, żeby zrobił zakupy po drodze z pracy?
Milan: Nie nie nie! Nie poprosimy taty!
Ja: No to może...
Milan: NIE NIE NIE NIE!!!
To się nazywa pozamiatane.
Milan blokuje się na NIE. Neguje wszystko, co się rusza. Nawet Krecika, Bolka i Lolka. Ja jestem głodna jak wilk. W związku z tym jestem zła, bo nieprędko się najem tak, jakbym chciała. Milan nie chce się ani bawić, ani nie bawić, ani wypuścić mnie z pokoju. Ja chcę uciec i wrzucić na ruszt szybko cokolwiek, może być awokado wyżarte łyżeczką z łupinki.
Powyższy przykład nie znaczy jednak, że z trzylatkiem nie da się porozumieć bez przemocy. Można, tylko trzeba pokombinować. Na pewno skrócić zdania. Skrócić drogę myślową. Dawać jedką opcję na raz.
Z całej tej komunikacji bez przemocy u trzylatka z dużym prawdopodobieństwem zadziała jedno: odwołanie się do naszej biedy, bólu, głodu itd. Dzieciaki, nawet takie małe, są bardzo wrażliwe na krzywdę drugiego człowieka. Od razu chcą pomóc. Milan odstąpi nawet swoją czekoladkę, żeby mamę nakarmić. Choć normalnie za czekoladę dałby się pokroić.
Ogólnie sama koncepcja wydaje mi się więcej niż słuszna. Piękna, świadoma, wrażliwa, partnerska itd. Uczy empatii, decydowania, daje samopoznanie. Może powolutku i takie Milany będą w stanie po pierwsze oderwać się od zabawy, żeby wysłuchać mamy, a po drugie wysłuchać mamy od początku do końca na jeden raz? Nie poddaję się.
Czytam więc o tym, żeby najpierw oprzeć się na „szkiełku i oku” i zawrzeć w słowach to, co się dzieje, co jest organoleptycznie do skonstatowania.
Następnie należy się skontaktować ze sferą uczuć. Własnych i dziecka. Co czuję w związku z tym, co się dzieje? Dla facetów amba z przerzutką. Czarna skrzynka. Dla kobitek częściej pewnie labirynt bez jednego najlepszego wyjścia. Dla odmiany skrzynka z guzikami. Podczas gdy jedna połowa mózgu kombinuje nad własnymi emocjami, druga połowa stara się odgadnąć, co się kręci w małej acz skomplikowanej główce dziecka. Najczęściej mały kwiczoł jeszcze nie wie albo nie umie nazwać tego, co każe mu się drzeć i walić pięściami w drzwi, ale my już wiemy, że jest to złość za ograniczenie wolności, przemożna chęć samodecydowania, pęd do zabawy itd. Autor radzi, nie bez racji, żeby podpowiedzieć maluchowi kilka opcji. A nuż widelec zgadnie i tym samym nauczy się co nie co o swoich emocjach.
Następnie należy ująć zgrabnie z słowa potrzebę, która mną targa. Może to być np. potrzeba spokojnego wieczoru, potrzeba szacunku ze strony dziecka, chęć zabezpieczenia młodzika przed zabójczym katarem albo napadem głodu. Analogicznie do powyższego należy nazwać potrzeby dziecka, np. chęć bycia zapytanym o zdanie we własnej sprawie, chęć zabawy, potrzeba uznania ze strony rówieśników. Również analogicznie należy ułatwić dziecku nazwanie jego potrzeb przez podpowiedź.
Na koniec, jak wisienka na torcie, należy sformułować prośbę. Już wiem, co widzę, co czujemy, co potrzebujemy, więc teraz mam poprosić dziecko o konkretne zachowanie. Tudzież tak sformułować pytanie, abyśmy wspólnie mogli wypracować rozwiązanie, które pozwoli nam zaspokoić nasze potrzeby.
Mniej więcej wygląda to tak: „Synu, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami. Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?” I tu, według teorii, następuje wspólne wypracowanie zadowalającego rozwiązania. W efekcie rodzic i dziecko np. w tym momencie ruszają na zakupy zabierając ze sobą auta, żeby dziecko mogło kontynuować zabawę.
Mogę sobie wyobrazić tę sytuację z Milanem.
Ja: Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami.
Milan: Wwwwww!!! Kaczał kaczał kaczał! (to za ZigZakiem McQuinnem – przyp. mamy) Mama, popatrz! Wwwwww!!! Kszzzz..... Wypadek!
Ja (staram się nadal nawiązać kontakt): Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś...
Milan: Ijo, ijo, ijo, polizei! Schau mal! Pan policjant jedzie!
Ja (no dobra, idę dalej z tematem): Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść...
Milan: Tyk, tyk, tyk, wrrr, wrrr, wrrr... Naprawiony! Wwwwww.... Popatrz, Majkel McQuinn jedzie! One-man-show!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ...
Milan: Nie! Nie na zakupy! Popatrz, McQuinn jedzie, wwwwww!!! Mam twoje auto. Masz, to twoje auto na wakacje. Jedziemy na wakacje!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację...
Milan: Je nie lubię kolacji. Jedziemy na wakacje? Masz, to twoje auto na wakacje.
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu.
Milan: Ja nie lubię kolacji. Nie burczy ci w brzuchu. Jedziemy na wakacje? Popatrz, ale tory! Taaakie duże! Jedziemy?
Ja: Milan, zaczyna mi burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?
Milan: Nie możemy nic zrobić. Nie lubię kolacji. Nie lubię się dobrze bawić. Nie lubię coś zjeść (mój syn używa pojedynczego przeczenia w zdaniu).
Ja: Może pojedziemy teraz razem na zakupy, wrócimy za pół godziny i będziesz mógł się dalej bawić?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pojedziemy razem na zakupy! Nie wrócimy za pół godziny! Nie będę mógł się dalej bawić!
Ja: To może pobawisz się teraz przez kwadrans, a potem pojedziemy na zakupy?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pobawię się teraz przez kwadrans! Nie pojedziemy potem na zakupy!
Ja: To może poprosimy tatę, żeby zrobił zakupy po drodze z pracy?
Milan: Nie nie nie! Nie poprosimy taty!
Ja: No to może...
Milan: NIE NIE NIE NIE!!!
To się nazywa pozamiatane.
Milan blokuje się na NIE. Neguje wszystko, co się rusza. Nawet Krecika, Bolka i Lolka. Ja jestem głodna jak wilk. W związku z tym jestem zła, bo nieprędko się najem tak, jakbym chciała. Milan nie chce się ani bawić, ani nie bawić, ani wypuścić mnie z pokoju. Ja chcę uciec i wrzucić na ruszt szybko cokolwiek, może być awokado wyżarte łyżeczką z łupinki.
Powyższy przykład nie znaczy jednak, że z trzylatkiem nie da się porozumieć bez przemocy. Można, tylko trzeba pokombinować. Na pewno skrócić zdania. Skrócić drogę myślową. Dawać jedką opcję na raz.
Z całej tej komunikacji bez przemocy u trzylatka z dużym prawdopodobieństwem zadziała jedno: odwołanie się do naszej biedy, bólu, głodu itd. Dzieciaki, nawet takie małe, są bardzo wrażliwe na krzywdę drugiego człowieka. Od razu chcą pomóc. Milan odstąpi nawet swoją czekoladkę, żeby mamę nakarmić. Choć normalnie za czekoladę dałby się pokroić.
Ogólnie sama koncepcja wydaje mi się więcej niż słuszna. Piękna, świadoma, wrażliwa, partnerska itd. Uczy empatii, decydowania, daje samopoznanie. Może powolutku i takie Milany będą w stanie po pierwsze oderwać się od zabawy, żeby wysłuchać mamy, a po drugie wysłuchać mamy od początku do końca na jeden raz? Nie poddaję się.
sobota, 10 grudnia 2011
Dorastanie do roli
Czasem mówi się gładko "dorosłaś / nie dorosłaś do roli matki". Kiedyś czytałam ten zwrot tak jakby rozumiał się sam przez się. Rola matki była tak niepodzielna jak złotówka w jednej monecie.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
wtorek, 26 kwietnia 2011
Przesłuchanie
Mam mało bajkowy nastrój. To przez święta. Raz, przyjeżdżam do rodziców z dzieckiem w gorączce, prosto od lekarza. Nie wiem, co będzie. Na szczęście gorączka spada następnego dnia. Ale następnego dnia, w sobotę (dwa), jest już robota. Kroimy sałatkę, robimy pisanki, kłótnia, kto idzie ze święconką itd. Szkoda, że w naszej rodzinie nie ma zwyczaju wspólnego przeżywania tego fajnego momentu, jak wszystko dopiero się staje. Jest mama i jej plan. I żadnych odstępstw od normy, bo mama ma kryzys.
Trzy, w niedzielę idziemy do cioci, bo taka jest tradycja. U nas znaczy to znacznie więcej niż dobre imię dla dziewczynki. W naszej rodzinie postawiłabym słowo tradycja zaraz przy słowie świętość. Mama spięta, bo będą jeszcze 2 dodatkowe osoby, które ona uważa za "ą-ę". Madzia spięta, bo nie lubi pytań, a że jest dość tajemnicza, więc wszyscy pytają. Ogólnie jest fajnie. Ja dobrze się czuję. Milan szaleje. Christian może spokojnie zapalić papierosa na zewnątrz. Szukamy z chłopakami jajek od zająca. Łazimy po całym wielgachnym ogrodzie. Włazimy na drzewo. Gonimy kota. Wpadamy na jedzenie i wypadamy do ogrodu. Ale mama nadal na wdechu. Szepcze z babcią po kątach. Cztery, po nocy w domu mojej mamy babcia czuje się już prawie jak u siebie. Bierze mnie na "rozmowę" czyli monolog umoralniający. Milan bez chrztu. Co ja sobie wyobrażam, co ja mu robię, co ja robię babci i całej rodzinie. I w ten deseń długie dalej. Pięć, przy pożegnaniu wraca do tematu. Mam przemyśleć i zrobić jej prezent. JEJ PREZENT w postaci chrztu mojego dziecka.
Wyjeżdżam z ulgą. Dom otwieram wsłuchując się w znajomy szczęk klucza. Obwąchuję kąty jak pies. Przez kilka dni w nozdrzach panoszył się inny zapach. Ten mój, domowy, musi chwilkę krążyć po receptorach zanim wypuszczę powietrze i ułożę się jak pies na własnej, wytartej wycieraczce.
Co prawda "po szóste" już krąży po głowie - praca czeka. We wtorek trzeba ostro nadrobić stracony czas świąt. Moment przyjazdu jednak daje mięśniom chwilę wytchnienia. Po raz kolejny z moją siostrą obiecujemy sobie, że kolejne święta będą inne. Żadnego przymusu, żadnej tradycji, której nie lubimy, żadnego stresu. Zobaczymy, co będzie za rok.
Od rana dziś realizuję "po szóste". Telefony, maile, teksty. Nie mam weny do bajek. Nie mam weny w ogóle do niczego bardziej twórczego niż zmywanie naczyń. Mój brzuch współgra z nastrojem. Zaparł się na amen.
Trzy, w niedzielę idziemy do cioci, bo taka jest tradycja. U nas znaczy to znacznie więcej niż dobre imię dla dziewczynki. W naszej rodzinie postawiłabym słowo tradycja zaraz przy słowie świętość. Mama spięta, bo będą jeszcze 2 dodatkowe osoby, które ona uważa za "ą-ę". Madzia spięta, bo nie lubi pytań, a że jest dość tajemnicza, więc wszyscy pytają. Ogólnie jest fajnie. Ja dobrze się czuję. Milan szaleje. Christian może spokojnie zapalić papierosa na zewnątrz. Szukamy z chłopakami jajek od zająca. Łazimy po całym wielgachnym ogrodzie. Włazimy na drzewo. Gonimy kota. Wpadamy na jedzenie i wypadamy do ogrodu. Ale mama nadal na wdechu. Szepcze z babcią po kątach. Cztery, po nocy w domu mojej mamy babcia czuje się już prawie jak u siebie. Bierze mnie na "rozmowę" czyli monolog umoralniający. Milan bez chrztu. Co ja sobie wyobrażam, co ja mu robię, co ja robię babci i całej rodzinie. I w ten deseń długie dalej. Pięć, przy pożegnaniu wraca do tematu. Mam przemyśleć i zrobić jej prezent. JEJ PREZENT w postaci chrztu mojego dziecka.
Wyjeżdżam z ulgą. Dom otwieram wsłuchując się w znajomy szczęk klucza. Obwąchuję kąty jak pies. Przez kilka dni w nozdrzach panoszył się inny zapach. Ten mój, domowy, musi chwilkę krążyć po receptorach zanim wypuszczę powietrze i ułożę się jak pies na własnej, wytartej wycieraczce.
Co prawda "po szóste" już krąży po głowie - praca czeka. We wtorek trzeba ostro nadrobić stracony czas świąt. Moment przyjazdu jednak daje mięśniom chwilę wytchnienia. Po raz kolejny z moją siostrą obiecujemy sobie, że kolejne święta będą inne. Żadnego przymusu, żadnej tradycji, której nie lubimy, żadnego stresu. Zobaczymy, co będzie za rok.
Od rana dziś realizuję "po szóste". Telefony, maile, teksty. Nie mam weny do bajek. Nie mam weny w ogóle do niczego bardziej twórczego niż zmywanie naczyń. Mój brzuch współgra z nastrojem. Zaparł się na amen.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Dziewczynki piszą chłopcom
Dłuuuugo się wzbraniałam przed przeczytaniem "Płci mózgu" aż poleciła mi to kuzynka mojego taty, bardzo fajna pani pedagog. Stwierdziła, że wiedza zawarta w "Płci mózgu" bardzo jej się przydała w wychowaniu syna (dziś nastoletniego, sympatycznego chłopaka) i w obudzeniu w nim takich zainteresowań i talentów, których sam z siebie by nie rozwijał. No cóż, westchnęłam i wzięłam. Trudno, co robić...
Książka odleżała swoje na półce aż pewnego dnia po nią sięgnęłam. Po kilku stronach kartkowałam dalej. O dziwo, nie chciało mi się spać! Przeczytałam m.in. o tym, jak na naszą "mózgową" kobiecość-męskość działają hormony i co się kiedy dzieje. Ciekawa była też organizacja kilku ważnych ośrodków w mózgu kobiety i mężczyzny. To już wyjaśnia gros "dziwnych" zachowań osobników innego gatunku - mężczyzn. Wyłapywałam to, co mogło mieć znaczenie dla a) matki, b) bajkopisarza.
Zaczęłam pod innym kątem obserwować Milana. Okazał się 100% samcem, o ile można tak powiedzieć o dwulatku z groszami. Nastawiony na akcję, skupiony na przedmiotach, auta + klocki, naśladuje dźwięki wszystkiego, co się porusza. Zainteresowany ludźmi o tyle, o ile mogą mu się przydać w zabawie albo do załatwienia różnych spraw (np. ściągnięcia z górnej półki regału CD Bruce'a Springsteena). Jako wzrokowiec bezbłędnie odgaduje (odkąd skończył półtora roczku) marki samochodów i rozpoznaje reklamy w TV po pierwszym kadrze. W jednej książeczce ma strony z różnymi przedmiotami do nazywania. Stronę z ludźmi przewraca, jakby jej nie widział. Skupia się za to na stronach ze zwierzętami i oczywiście pojazdami. No i jego nieograniczona ciekawość świata... Puścić się w długą w wielkim centrum handlowym, w lesie, na dużym placu - to właśnie mój syn, mini-macho.
Dziewczynki są (podobno) inne. Skupiają się na relacjach, na ludziach. Nie odchodzą tak daleko od rodziców. Trudniej im się pożegnać z rodzicami w żłobku/przedszkolu. Szybciej zaczynają mówić, ponieważ mają lepiej zorganizowany w mózgu ośrodek słuchu. Dlatego też w szkole szybciej zaczynają czytać - bazą czytania jest słyszenie, a nie oglądanie literek. Szybciej składają długie zdania. Może dane mi będzie się przekonać :)
Z mojego, dziewczyńskiego, punktu widzenia trudno się nie zgodzić z takim opisem. Podobno bardzo szybko zaczęłam mówić. Moment czytania pamiętam już sama - pięcioletnia Aga w żółtych podkolanówkach własnej ciotki siedzi na schodach u dziadków w Gołańczy i czyta młodszym dzieciakom bajkę. Buczałam czytając "Braci Lwie Serce", a "Pan Samochodzik" jakoś nie zrobił na mnie wrażenia (tylko dlaczego potem uwielbiałam "Old Surehanda" Karola Maya?). Orientacja na mapie albo w lesie = 368. odcinek "Zagubionych". Jak raz w szkole narysowałam na tablicy ostrosłup, to pan z matmy spojrzał na mnie wymownie i narysował jeszcze raz. Ludzie interesowali mnie od zawsze. W pewnym momencie zafiksowałam się nawet strasznie na relacjach i dopiero odejście od problemu na baaaaaaardzo daleki dystans pozwoliło mi się od tego odpępnić. Zabawki? Lalka i misiek, żadnych aut. Klocki pamiętam dobrze - nie wiedziałam, co z nich zrobić. Tacie za to szło genialnie. Ogromna ciekawość świata, którą "coś" tłumiło i kazało mi się zawsze trzymać w drugim rzędzie. Do tej pory uważałam, że jest to wynik wyłącznie ociosania przez różne systemy, ale może jednak była to jakaś "wada wrodzona mózgu"?
Sprawa z bajkami ma się jeszcze ciekawiej. Opowieści chłopców są podobno pełne akcji, nagłych zwrotów, drastycznych momentów i napięcia. Dziewczynki skupiają się na ludziach i opowiadają o cieple, spokoju i bezpieczeństwiej. Gdy tę samą historię opowiedzą chłopiec i dziewczynka, to raz dostaniemy bajkę o rabusiu, a za drugim razem bajkę z punktu widzenia ofiary. To ma niesamowite znaczenie z punktu widzenia bajkoterapii i bajkopisania w ogóle. Co więcej, patrząc na grono osób zajmujących się pisaniem opowieści dla dzieci i ich ilustrowaniem widać ogromną przewagę kobiet. Na bank ma to wpływ na sposób podania wiedzy o świecie. Mężczyzn w "branży" jest niewielu. Z pamięci wymienię na szybko tylko Bohdana Butenkę, Janoscha/Janosza, duet Sempe i Goscinny (seria o Mikołajku) i Michała Mordarskiego od pozytywnie zakręconych wierszyków. Jakaż szkoda! Bajki pisane przez facetów niezmiernie mi się podobają. Są takie... nieprzemoralizowane. Puszczając szelmowskie oko do czytelnika budzą we mnie małego łobuziaka - moją ukrytą chłopięcość ;)
(obrazek ze strony komiks.gildia.pl)
Książka odleżała swoje na półce aż pewnego dnia po nią sięgnęłam. Po kilku stronach kartkowałam dalej. O dziwo, nie chciało mi się spać! Przeczytałam m.in. o tym, jak na naszą "mózgową" kobiecość-męskość działają hormony i co się kiedy dzieje. Ciekawa była też organizacja kilku ważnych ośrodków w mózgu kobiety i mężczyzny. To już wyjaśnia gros "dziwnych" zachowań osobników innego gatunku - mężczyzn. Wyłapywałam to, co mogło mieć znaczenie dla a) matki, b) bajkopisarza.
Zaczęłam pod innym kątem obserwować Milana. Okazał się 100% samcem, o ile można tak powiedzieć o dwulatku z groszami. Nastawiony na akcję, skupiony na przedmiotach, auta + klocki, naśladuje dźwięki wszystkiego, co się porusza. Zainteresowany ludźmi o tyle, o ile mogą mu się przydać w zabawie albo do załatwienia różnych spraw (np. ściągnięcia z górnej półki regału CD Bruce'a Springsteena). Jako wzrokowiec bezbłędnie odgaduje (odkąd skończył półtora roczku) marki samochodów i rozpoznaje reklamy w TV po pierwszym kadrze. W jednej książeczce ma strony z różnymi przedmiotami do nazywania. Stronę z ludźmi przewraca, jakby jej nie widział. Skupia się za to na stronach ze zwierzętami i oczywiście pojazdami. No i jego nieograniczona ciekawość świata... Puścić się w długą w wielkim centrum handlowym, w lesie, na dużym placu - to właśnie mój syn, mini-macho.
Dziewczynki są (podobno) inne. Skupiają się na relacjach, na ludziach. Nie odchodzą tak daleko od rodziców. Trudniej im się pożegnać z rodzicami w żłobku/przedszkolu. Szybciej zaczynają mówić, ponieważ mają lepiej zorganizowany w mózgu ośrodek słuchu. Dlatego też w szkole szybciej zaczynają czytać - bazą czytania jest słyszenie, a nie oglądanie literek. Szybciej składają długie zdania. Może dane mi będzie się przekonać :)
Z mojego, dziewczyńskiego, punktu widzenia trudno się nie zgodzić z takim opisem. Podobno bardzo szybko zaczęłam mówić. Moment czytania pamiętam już sama - pięcioletnia Aga w żółtych podkolanówkach własnej ciotki siedzi na schodach u dziadków w Gołańczy i czyta młodszym dzieciakom bajkę. Buczałam czytając "Braci Lwie Serce", a "Pan Samochodzik" jakoś nie zrobił na mnie wrażenia (tylko dlaczego potem uwielbiałam "Old Surehanda" Karola Maya?). Orientacja na mapie albo w lesie = 368. odcinek "Zagubionych". Jak raz w szkole narysowałam na tablicy ostrosłup, to pan z matmy spojrzał na mnie wymownie i narysował jeszcze raz. Ludzie interesowali mnie od zawsze. W pewnym momencie zafiksowałam się nawet strasznie na relacjach i dopiero odejście od problemu na baaaaaaardzo daleki dystans pozwoliło mi się od tego odpępnić. Zabawki? Lalka i misiek, żadnych aut. Klocki pamiętam dobrze - nie wiedziałam, co z nich zrobić. Tacie za to szło genialnie. Ogromna ciekawość świata, którą "coś" tłumiło i kazało mi się zawsze trzymać w drugim rzędzie. Do tej pory uważałam, że jest to wynik wyłącznie ociosania przez różne systemy, ale może jednak była to jakaś "wada wrodzona mózgu"?
Sprawa z bajkami ma się jeszcze ciekawiej. Opowieści chłopców są podobno pełne akcji, nagłych zwrotów, drastycznych momentów i napięcia. Dziewczynki skupiają się na ludziach i opowiadają o cieple, spokoju i bezpieczeństwiej. Gdy tę samą historię opowiedzą chłopiec i dziewczynka, to raz dostaniemy bajkę o rabusiu, a za drugim razem bajkę z punktu widzenia ofiary. To ma niesamowite znaczenie z punktu widzenia bajkoterapii i bajkopisania w ogóle. Co więcej, patrząc na grono osób zajmujących się pisaniem opowieści dla dzieci i ich ilustrowaniem widać ogromną przewagę kobiet. Na bank ma to wpływ na sposób podania wiedzy o świecie. Mężczyzn w "branży" jest niewielu. Z pamięci wymienię na szybko tylko Bohdana Butenkę, Janoscha/Janosza, duet Sempe i Goscinny (seria o Mikołajku) i Michała Mordarskiego od pozytywnie zakręconych wierszyków. Jakaż szkoda! Bajki pisane przez facetów niezmiernie mi się podobają. Są takie... nieprzemoralizowane. Puszczając szelmowskie oko do czytelnika budzą we mnie małego łobuziaka - moją ukrytą chłopięcość ;)
(obrazek ze strony komiks.gildia.pl)
czwartek, 17 lutego 2011
Fantazje dwulatków
Dlaczego bajki dla dwulatków są takie... "dwuwymiarowe"? Krzyś poszedł do ogródka. Krzyś bawił się piłeczką. Krzyś pogłaskał kotka. Obserwuję moje dwuletnie dziecko i stwierdzam, że jego wyobraźnia jest daleko bardziej rozwinięta niż te proste obrazy. Dziś zastrzelił mnie następującą wiadomością: "Ja mam w brzuszku małą dzidzię. Malutką jak fasolka. A ty, mama, masz w brzuszku groszki." Niedawno oznajmił, że w kościółku mieszka krokodyl. Krokodyl w kościółku gotuje zupę dla Milana i dla babci. Albo że jedzie do Reala kupić dom dla dziadka Andrzeja. Skąd mu się takie wizje biorą? Ot, zagadka.
Skonsultowałam moje spostrzeżenie z koleżanką Hanią, mamą Mateusza, z którym Milan w jedną noc przyszedł na świat. Mateusz niedawno wymyślił, że dziadka Henia gonił dzik i dziadek uciekał na drzewo i krzyczał "latunku". Nasze chłopaki razem chodzą do żłobka i tam podobno wspólnie wożą towar do Lidla i gotują zupę. Zdolność do fantazjowania obejmuje również wyobrażanie sobie, że dane przedmioty są czymś innym. Milan ustawia klocki jeden za drugim i mówi, że to pociąg. "U uuuuu!" - jedziemy, mama.
Dziecięce fantazjowanie ma też ujemną stronę - lęki. Milan co noc wbiega w środku nocy do naszej sypialni i ze słowami "boję się, boję się" pakuje się między nas. Nie wiem, czy boi się ciemności, czy boi się spać sam, czy boi się jakichś cieni. On sam jeszcze nie wie, a gdy zadaję jakiekolwiek pytania zamknięte: "Czy boisz się ciemności?" odpowiada "Tak", obojętnie o co zapytam. Inna scena: na parkingu. Staje za mną i mówi, że się boi dużego auta. Jeszcze niedawno leciał przez parking dotykając każdego znaczka na aucie. Ostatnio wiele przedmiotów wzbudza w nim lęk. Łącznie z magiczną kupą w nocniku.
Z książeczek, które mamy na półce, Milan chętnie ogląda "literaturę faktu" czyli zdjęcia krów, niedźwiedzi, psów itd. Ale równie chętnie słucha opowieści o tym, jak papuga Nico uciekła i schowała się na obrazku. Potrafi parę minut siedzieć i szukać papuziego ogona wśród tysiąca detali na średnio realnym obrazku. Lubi też cienką książeczkę o tym, jak Świnka Peppa, jej brat Jacek i dinozaur Jacka idą do dentysty, pana Słonia. W efekcie oględzin dinozaur ma myte ząbki i płucze buzię specjalnym płynem. Kto widział pluszowego dinozaura na fotelu? Ale dzięki temu Milan chętniej myje zęby. Ja opowiadam historię o dinozaurze u dentysty, a on siedzi z dosłownie rozdziawioną paszczą. Więcej fantazji i odwagi z naszej - rodzicielskiej - strony, a może nasze dzieci będą śmielej i z większą wyobraźnią iść przez życie? Wyobraźnia jest potrzebna jak powietrze :)
Skonsultowałam moje spostrzeżenie z koleżanką Hanią, mamą Mateusza, z którym Milan w jedną noc przyszedł na świat. Mateusz niedawno wymyślił, że dziadka Henia gonił dzik i dziadek uciekał na drzewo i krzyczał "latunku". Nasze chłopaki razem chodzą do żłobka i tam podobno wspólnie wożą towar do Lidla i gotują zupę. Zdolność do fantazjowania obejmuje również wyobrażanie sobie, że dane przedmioty są czymś innym. Milan ustawia klocki jeden za drugim i mówi, że to pociąg. "U uuuuu!" - jedziemy, mama.
Dziecięce fantazjowanie ma też ujemną stronę - lęki. Milan co noc wbiega w środku nocy do naszej sypialni i ze słowami "boję się, boję się" pakuje się między nas. Nie wiem, czy boi się ciemności, czy boi się spać sam, czy boi się jakichś cieni. On sam jeszcze nie wie, a gdy zadaję jakiekolwiek pytania zamknięte: "Czy boisz się ciemności?" odpowiada "Tak", obojętnie o co zapytam. Inna scena: na parkingu. Staje za mną i mówi, że się boi dużego auta. Jeszcze niedawno leciał przez parking dotykając każdego znaczka na aucie. Ostatnio wiele przedmiotów wzbudza w nim lęk. Łącznie z magiczną kupą w nocniku.
Z książeczek, które mamy na półce, Milan chętnie ogląda "literaturę faktu" czyli zdjęcia krów, niedźwiedzi, psów itd. Ale równie chętnie słucha opowieści o tym, jak papuga Nico uciekła i schowała się na obrazku. Potrafi parę minut siedzieć i szukać papuziego ogona wśród tysiąca detali na średnio realnym obrazku. Lubi też cienką książeczkę o tym, jak Świnka Peppa, jej brat Jacek i dinozaur Jacka idą do dentysty, pana Słonia. W efekcie oględzin dinozaur ma myte ząbki i płucze buzię specjalnym płynem. Kto widział pluszowego dinozaura na fotelu? Ale dzięki temu Milan chętniej myje zęby. Ja opowiadam historię o dinozaurze u dentysty, a on siedzi z dosłownie rozdziawioną paszczą. Więcej fantazji i odwagi z naszej - rodzicielskiej - strony, a może nasze dzieci będą śmielej i z większą wyobraźnią iść przez życie? Wyobraźnia jest potrzebna jak powietrze :)
poniedziałek, 14 lutego 2011
Bo zabierze cię Cyganka!
Podobno do 8. roku życia w dziecku kształtują się najważniejsze postawy życiowe, przekonania, scenariusze postępowania i schematy działań skierowane na "wygraną" bądź "przegraną" (polecam stare ale jare Born to Win). Przypominam sobie w tym momencie nasze babcie i mamy, które mawiały do nas np. tak: Jak będziesz niegrzeczny, to zabierze cię Cyganka! Ukraińcom nie wierz jak psom. Dzieci i ryby głosu nie mają. Grzeczna dziewczynka nie krzyczy, nie złości i nie kłóci się z innymi. Nie wychylaj się. Jako kilkuletnia dziewczynka nie wiedziałam, skąd się biorą takie przekonania w mojej matriarchalnej rodzinie. Nie myślałam o wojnie, o powojennym głodzie, o tradycyjnych czy rewolucyjnych modelach wychowywania dziewczynek i chłopców. Nie wiedziałam o dziedzictwie kobiet, które ukształtowały mój fundament przekonań.
Zastanawialiście się nad bajkami, jakich słuchaliśmy w dzieciństwie? Kopciuszek - wzór do naśladowania. Biedny, pogardzany, przepracowany, skromny, milczący, rozmarzony. Rozkwita dopiero u boku księcia. Królewna Śnieżka - odrzucona przez macochę, wypędzona do lasu, skromna, pracowita itd. Budzi ją do życia pocałunek księcia. O smoku - szewczyk dzięki sprytowi zabija smoka i w nagrodę dostaje królewnę i pół królestwa. Ciekawe, ile w nas pozostało z Kopciuszków poświęcających się w oczekiwaniu na tego Jedynego, który nas wyrwie z niewoli?
Po latach zaczynam odsiewać to, co we mnie "moje" a co "wyuczone". Oj, jest tego osadu! Zaprzęgając mózg można dotrzeć do prawdziwego siebie i zacząć od nowa pracować nad schematami myślenia i modelami zachowań. O ile jednak dzieciom taka nauka przychodzi z łatwością, dla nas, dorosłych, jest to niezła ścieżka zdrowia.
Dlatego piszę takie bajki, w których i dziewczynki, i chłopcy mają w swoim życiu moc sprawczą, podejmują odpowiedzialność na swoją miarę, aktywnie rozwiązują problemy i podejmują walkę z własnymi lękami. Wierzę, że dzieci, które wyrosną na takich bajkach, będą szczęśliwsze.
Dziś trzeci odcinek bajki "Kto schował Julkę?" Czekam na wrażenia tych, którzy jej jeszcze nie czytali.
Wiedźminka posłała jej szeorki uśmiech i odpowiedziała: – Chcę się przyjrzeć twojej różowej spince do włosów. Mogę?
- Proszę – odrzekła Julka i podała spinkę Wiedźmince.
Wiedźminka oglądała spinkę bardzo dokładnie.
- Hmmmm... Tak jak myślałam – powiedziała – No chodź tu! – dodała rozkazującym głosem i złapała palcami coś, co siedziało na samym czubku kwiatka na spince.
- Co to?! Fuj! – krzyknęła Julka. Na ręku Wiedźminki leżał malusieńki robaczek. Julka nigdy go nie zauważyła, bo robaczek był cały różowy, jak spinka. Dziewczynka zaczęła machać gwałtownie głową. Bała się robaków! A może we włosach krył się jeszcze jeden? Albo nawet dwa?
- Nie bój się! To Robaczek-Chowaczek. Zobacz, mam Wielki Atlas Robali. Tu jest napisane tak: „Robaczek-Chowaczek to niewielki robak z rodziny dżdżowników, żyje na ciele ludzi i powoduje u nich nieśmiałość. Poza tym nieszkodliwy. Objawy: człowiek zaatakowany przez Robaczka-Chowaczka chowa się i ucieka przed innymi ludźmi. Leczenie: Robaczek-Chowaczek doskonale czuje się w lesie. Należy zanieść go do lasu, położyć pod drzewem i nakryć liściem.” – przeczytała Wiedźminka fragment z grubej książki.
- No to chodź, wyniesiemy go! – Julka zerwała się na nogi. Oczywiście bała się Robaczka-Chowaczka, ale postanowiła przełamać strach. Dziewczynki wzięły pudełko po zapałkach i włożyły do niego robaka.
- Dokąd chcesz go wynieść? – spytała Wiedźminka.
- Plac zabaw jest w parku. Tam rośnie dużo drzew. Robaczkowi na pewno się tam spodoba – zapewniła Julka.
Dziewczynki ruszyły żwawo w kierunku placu zabaw. Chciały jak najszybciej pozbyć się różowego robaka.
Gdy po chwili Julka i Wiedźminka dotarły na miejsce, dzieci na placu bawiły się właśnie w bezludną wyspę.
- To moja ulubiona zabawa – oznajmiła Julka.
- Zatem pobawmy się razem z nimi! – zawołała Wiedźminka.
Julka zamilkła – jak zawsze w takiej sytuacji. Chwyciła silniej swojego pieska i ukryła buzię w jego futerku. Wiedziała już, że to Robaczek-Chowaczek w pudełku kazał jej znowu się schować. Nie potrafiła jeszcze nie słuchać podszeptów robaczka.
- Nie, ja nie idę – zdecydowała.
- No dobrze, pozbądźmy się najpierw robaka, a potem zobaczymy – odrzekła Wiedźminka.
Dziewczynki rozejrzały się dookoła szukając odpowiedniego drzewa dla Robaczka-Chowaczka. Wybrały wysoki klon nie za blisko ulicy i nie za blisko placu zabaw. Położyły robaczka pod drzewem i nakryły ładnym, dużym liściem.
- Cześć robaczku – powiedziała Julka. – Będzie ci tu dobrze.
- No to co? Idziemy się teraz pobawić? – niecierpliwiła się Wiedźminka.
- Idziemy! – Julka podskoczyła z radości. – Tylko... Ja nie wiem jak... Nie znam nikogo... – dodała smutnym i niepewnym głosem.
- Ja też nie znam nikogo. Ale tak bardzo chcę się pobawić w bezludną wyspę! Wiesz co? Chodźmy do nich i przedstawmy się – zaproponowała Wiedźminka.
piątek, 4 lutego 2011
Po przerwie
Milan po raz pierwszy zachorował tak, że musiał posiedzieć kilka dni w domu. Z jednej strony masakra, bo gorączkował, kaszlał, smarkał i nie chciał jeść tabletek. Z drugiej strony masakra, bo nie jadł, marudził i nic mu się nie podobało. Po każdym dniu miałam wrażenie, że mój mózg się zresetował. Nie byłam w stanie nie tylko myśleć o bajkach, ale w ogóle myśleć. A przecież to było tylko kilka dni!
Z tymi tabletkami to była cała historia. Faktycznie są gorzkie jak nieszczęście. Milan kategorycznie odmówił ich przyjmowania. Próbowałam wszelkich sposobów: wmieszania w serek (udało się tylko raz, potem się zorientował), rozpuszczenia w soku (nadal było gorzkie i ewidentnie pływało), oczywiście tłumaczenia racjonalnego "na dorosłego". I nic. Przed samym snem wymyśliliśmy z Christianem taką bajeczkę: tata też jest chory i musi brać tabletki i syropki. Nalałam chłopakom "po kieliszku", rozpuściłam Milanowi tabletkę i panowie stuknęli się ceremonialnie i wychylili razem kieliszki. Obaj się skrzywili, przytulili i poszli czytać książeczki. Ufff...
Taki sam manewr zadziałał, jak Milan nie chciał spać. Wzięłam jego misia i miś powiedział "Jestem chory i bardzo zmęczony. W dodatku jest mi zimno, bo mam gorączkę. Przykryjmy się kocykiem, będzie nam ciepło. Chodź, położymy się na poduszce. Ty tutaj, a ja tutaj." I miś potuptał po kocyk i nakrył Milana i siebie po same głowy. Milan posłuchał! Nie czuł się sam, wiedział, że miś czuje się tak samo jak on i że ma na to radę. Fajnie jest tak rozbudzać wyobraźnię dwulatka włączając go w takie "bajeczki live".
Kiedyś, dawno temu, zamarzyło mi się, żeby pisać bajki. Ale po pierwsze, takie bajki, które pomagają i bawią. Po drugie takie, w których dziecko zobaczy siebie. Wpadła mi do ręki bardzo mądra lektura na ten temat - książki o bajkoterapii Marii Molickiej. Przeczytałam dużo o dziecięcych lękach. Nie wiedziałam, że na drodze przez dzieciństwo czai się aż tyle strachów! Gdzie są te legendy o szczęśliwym dzieciństwie? Najpierw pierwotny lęk przed byciem opuszczonym przez mamę, potem lęki - psikusy własnej wyobraźni (potwory pod łóżkiem i spółka), następnie lęk o własny wizerunek (np. lęk przed byciem zawstydzonym).
Przeczytałam o tym wszystkim w mądrych słowach psychologa i złapałam się za głowę. Potem zagłębiłam się we wspomnieniach...
Pamiętam scenę, jedną jedyną, jak mama tak bardzo pokłóciła się z tatą, że wyrzuciła jego rzeczy z szafy i kazała mu się wyprowadzać. Nie pamiętam powodu. Nic dalej się nie wydarzyło. A jednak pamiętam ten strach, że tata może zniknąć.
Pamiętam bajkę o duszku, który mieszkał na strychu. Nazywał się Ruprecht. Oglądałam ją z zapartym tchem i wytrzeszczonymi oczami. Bałam się jak licho. Siedziałam jednak od początku do końca. Potem nie mogłam spać. Wstawałam w nocy i gadałam przez sen.
Pamiętam też takie zdarzenie, jak mama wysłała mnie po coś do znajomych mieszkających kilka bloków dalej. Poszłam, zapukałam i otworzył mi pan Stasiu w szlafroku sięgającym kolan. Mój tata miał długi szlafrok, więc powiedziałam w domu, że pan Stasiu był w przykrótkiej podomce. Gdy spotkaliśmy się z tymi znajomymi, mama oczywiście wszystko wygadała. Oblałam się purpurą i pamiętam ten wstyd do dziś.
Pamiętam też mój pierwszy dzień w przedszkolu. Nie bałam się tego, że mama po mnie nie przyjdzie, a w każdym razie tego nie pamiętam. Pamiętam za to szaro-burą sukienkę, w którą mama mnie przyodziała. Nie cierpiałam jej szczerze i protestowałam z całych sił. Ale kto w tamtych czasach pytał dziecko o zdanie? Sukienka została ubrana bez gadania i do widzenia. Czułam się jak półtora nieszczęścia. Miałam wrażenie, że wszystkie dzieci gapią się na moją sukienkę w kolorze szmaty do podłogi. Było mi wstyd i na nikogo nie patrzyłam. Dzieci tańczyły akurat w parach. Podszedł do mnie blondynek Marcin i wziął za ręce. Nadal czułam się jak kotlet na patelni, ale teraz przynajmniej ruszający się kotlet. Jestem wdzięczna Marcinowi do dziś, że pomógł mi rozproszyć stres i skierować uwagę na coś innego.
We wszystkich trzech sytuacjach miałam kilka lat, a żywe wspomnienie stresu pozostało gdzieś w ciele. Pamiętam nie tyle wydarzenie, ile to, co mnie przestraszyło i uczucie lęku.
Szkoda, że nikt mi wtedy nie opowiedział żadnej mądrej bajki.
Z tymi tabletkami to była cała historia. Faktycznie są gorzkie jak nieszczęście. Milan kategorycznie odmówił ich przyjmowania. Próbowałam wszelkich sposobów: wmieszania w serek (udało się tylko raz, potem się zorientował), rozpuszczenia w soku (nadal było gorzkie i ewidentnie pływało), oczywiście tłumaczenia racjonalnego "na dorosłego". I nic. Przed samym snem wymyśliliśmy z Christianem taką bajeczkę: tata też jest chory i musi brać tabletki i syropki. Nalałam chłopakom "po kieliszku", rozpuściłam Milanowi tabletkę i panowie stuknęli się ceremonialnie i wychylili razem kieliszki. Obaj się skrzywili, przytulili i poszli czytać książeczki. Ufff...
Taki sam manewr zadziałał, jak Milan nie chciał spać. Wzięłam jego misia i miś powiedział "Jestem chory i bardzo zmęczony. W dodatku jest mi zimno, bo mam gorączkę. Przykryjmy się kocykiem, będzie nam ciepło. Chodź, położymy się na poduszce. Ty tutaj, a ja tutaj." I miś potuptał po kocyk i nakrył Milana i siebie po same głowy. Milan posłuchał! Nie czuł się sam, wiedział, że miś czuje się tak samo jak on i że ma na to radę. Fajnie jest tak rozbudzać wyobraźnię dwulatka włączając go w takie "bajeczki live".
Kiedyś, dawno temu, zamarzyło mi się, żeby pisać bajki. Ale po pierwsze, takie bajki, które pomagają i bawią. Po drugie takie, w których dziecko zobaczy siebie. Wpadła mi do ręki bardzo mądra lektura na ten temat - książki o bajkoterapii Marii Molickiej. Przeczytałam dużo o dziecięcych lękach. Nie wiedziałam, że na drodze przez dzieciństwo czai się aż tyle strachów! Gdzie są te legendy o szczęśliwym dzieciństwie? Najpierw pierwotny lęk przed byciem opuszczonym przez mamę, potem lęki - psikusy własnej wyobraźni (potwory pod łóżkiem i spółka), następnie lęk o własny wizerunek (np. lęk przed byciem zawstydzonym).
Przeczytałam o tym wszystkim w mądrych słowach psychologa i złapałam się za głowę. Potem zagłębiłam się we wspomnieniach...
Pamiętam scenę, jedną jedyną, jak mama tak bardzo pokłóciła się z tatą, że wyrzuciła jego rzeczy z szafy i kazała mu się wyprowadzać. Nie pamiętam powodu. Nic dalej się nie wydarzyło. A jednak pamiętam ten strach, że tata może zniknąć.
Pamiętam bajkę o duszku, który mieszkał na strychu. Nazywał się Ruprecht. Oglądałam ją z zapartym tchem i wytrzeszczonymi oczami. Bałam się jak licho. Siedziałam jednak od początku do końca. Potem nie mogłam spać. Wstawałam w nocy i gadałam przez sen.
Pamiętam też takie zdarzenie, jak mama wysłała mnie po coś do znajomych mieszkających kilka bloków dalej. Poszłam, zapukałam i otworzył mi pan Stasiu w szlafroku sięgającym kolan. Mój tata miał długi szlafrok, więc powiedziałam w domu, że pan Stasiu był w przykrótkiej podomce. Gdy spotkaliśmy się z tymi znajomymi, mama oczywiście wszystko wygadała. Oblałam się purpurą i pamiętam ten wstyd do dziś.
Pamiętam też mój pierwszy dzień w przedszkolu. Nie bałam się tego, że mama po mnie nie przyjdzie, a w każdym razie tego nie pamiętam. Pamiętam za to szaro-burą sukienkę, w którą mama mnie przyodziała. Nie cierpiałam jej szczerze i protestowałam z całych sił. Ale kto w tamtych czasach pytał dziecko o zdanie? Sukienka została ubrana bez gadania i do widzenia. Czułam się jak półtora nieszczęścia. Miałam wrażenie, że wszystkie dzieci gapią się na moją sukienkę w kolorze szmaty do podłogi. Było mi wstyd i na nikogo nie patrzyłam. Dzieci tańczyły akurat w parach. Podszedł do mnie blondynek Marcin i wziął za ręce. Nadal czułam się jak kotlet na patelni, ale teraz przynajmniej ruszający się kotlet. Jestem wdzięczna Marcinowi do dziś, że pomógł mi rozproszyć stres i skierować uwagę na coś innego.
We wszystkich trzech sytuacjach miałam kilka lat, a żywe wspomnienie stresu pozostało gdzieś w ciele. Pamiętam nie tyle wydarzenie, ile to, co mnie przestraszyło i uczucie lęku.
Szkoda, że nikt mi wtedy nie opowiedział żadnej mądrej bajki.
niedziela, 23 stycznia 2011
Bajka w każdym kącie
W każdym kącie naszego domu kryją się jakieś bajki. Ponieważ tata Milana, Christian, jest Niemcem, bajki mamy w dwóch językach i w dwóch językach czytamy je Małemu. Mamy więc Brzechwę i Tuwima, ale także braci Grimm i wierszowane przygody Maxa i Morritza pióra Wilhelma Buscha.
Za dnia Milan jest w żłobku i tam często słuchają piosenek, które Mały podchwytuje i przynosi do domu. Wieczorem, gdy nadchodzi pora spania, Christian bierze książkę np. o małym, strachliwym króliczku albo o Vitku i czyta Milanowi na głos. Milan potrafi więc powiedzieć na pamięć piosenkę o Dorotce, co tańcowała dokoluśka. Nie rozumie za to w ząb ani "dokoluśka", ani "chodzi senek". O przygodach Vitka w pociągu do Pragi potrafi całkiem nieźle rozprawiać ciągnąć temat po swojemu, a więc rozumie to, co mu tata czyta. Ja czytam lub śpiewam mu najchętniej wierszowanki typu "Wy nie wiecie, a ja wiem..." albo "Jak pan może, panie pomidorze?". Milan patrzy na obrazki i słucha tekstów - wszystko koduje!
Starałam się ostatnio przypomnieć bajki, które moi rodzice czytali, gdy byłyśmy z siostrą małe. Hmmm... Była bajka o kijach-samobijach. Opowiadała nam ją mama. Treści nie pamiętam. Tata czytał nam "Pana Tadeusza". Niestety jedyny egzemplarz wpadł nam do wanny i mama zakazała "głupot". Jak miałyśmy 5 lat, umiałyśmy już same czytać. Żadne księżniczki na ziarnku grochu czy siedmiu krasnoludków nie byli w stanie nam zaimponować. Pamiętam za to "Old Surehanda" i "Starą baśń". Pamiętam "Dzieci z Bullerbyn" i "Braci Lwie Serce". Obie z Madzią byłyśmy molami książkowymi, więc czytałyśmy książki na kilogramy. Większość tytułów umknęła mi z pamięci.
Grzebałam we wczesnych wspomnieniach o bajkach dlatego, że moim zdaniem bajki zostawiają okruchy w umyśle. Może nawet w duszy. Przekazują wzorce zachowań. Robią skalę dla wartości moralnych na wzór tej z termometru za oknem. Ciekawe, co zostawiły we mnie? Szkoda, że tak mało pamiętam.
Tak sobie pomyślałam o tym, co dzieci lubią. Lubią oglądać ładne ilustracje (przy czym nie odkryłam jeszcze kryteriów tej "ładności"). Zwracają uwagę na detale. Lubią czegoś szukać. Lubią oglądać siebie na zdjęciu. Słuchają z uwagą. Zapamiętują. Wracają do ulubionych książek.
Dlaczego więc nie zrobić dla dzieci książeczki, która będzie o nich samych?
Technicznie do zrobienia.
Teraz idę walczyć z katarem.
Za dnia Milan jest w żłobku i tam często słuchają piosenek, które Mały podchwytuje i przynosi do domu. Wieczorem, gdy nadchodzi pora spania, Christian bierze książkę np. o małym, strachliwym króliczku albo o Vitku i czyta Milanowi na głos. Milan potrafi więc powiedzieć na pamięć piosenkę o Dorotce, co tańcowała dokoluśka. Nie rozumie za to w ząb ani "dokoluśka", ani "chodzi senek". O przygodach Vitka w pociągu do Pragi potrafi całkiem nieźle rozprawiać ciągnąć temat po swojemu, a więc rozumie to, co mu tata czyta. Ja czytam lub śpiewam mu najchętniej wierszowanki typu "Wy nie wiecie, a ja wiem..." albo "Jak pan może, panie pomidorze?". Milan patrzy na obrazki i słucha tekstów - wszystko koduje!
Starałam się ostatnio przypomnieć bajki, które moi rodzice czytali, gdy byłyśmy z siostrą małe. Hmmm... Była bajka o kijach-samobijach. Opowiadała nam ją mama. Treści nie pamiętam. Tata czytał nam "Pana Tadeusza". Niestety jedyny egzemplarz wpadł nam do wanny i mama zakazała "głupot". Jak miałyśmy 5 lat, umiałyśmy już same czytać. Żadne księżniczki na ziarnku grochu czy siedmiu krasnoludków nie byli w stanie nam zaimponować. Pamiętam za to "Old Surehanda" i "Starą baśń". Pamiętam "Dzieci z Bullerbyn" i "Braci Lwie Serce". Obie z Madzią byłyśmy molami książkowymi, więc czytałyśmy książki na kilogramy. Większość tytułów umknęła mi z pamięci.
Grzebałam we wczesnych wspomnieniach o bajkach dlatego, że moim zdaniem bajki zostawiają okruchy w umyśle. Może nawet w duszy. Przekazują wzorce zachowań. Robią skalę dla wartości moralnych na wzór tej z termometru za oknem. Ciekawe, co zostawiły we mnie? Szkoda, że tak mało pamiętam.
Tak sobie pomyślałam o tym, co dzieci lubią. Lubią oglądać ładne ilustracje (przy czym nie odkryłam jeszcze kryteriów tej "ładności"). Zwracają uwagę na detale. Lubią czegoś szukać. Lubią oglądać siebie na zdjęciu. Słuchają z uwagą. Zapamiętują. Wracają do ulubionych książek.
Dlaczego więc nie zrobić dla dzieci książeczki, która będzie o nich samych?
Technicznie do zrobienia.
Teraz idę walczyć z katarem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


