O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka o kupie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka o kupie. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

Jedziemy dziś z Milanem samochodem. Poduszka powietrzna obowiązkowo wyłączona i Milan jedzie obok mnie (w swoim foteliku). Między nami leży pudełeczko naszych samochodowych landrynek. Daję je Milanowi.
- Poczęstuj się. Mi też daj jednego. Czerwonego.
- Masz mama czerwonego. A ja chcę... grünowego!







Jedziemy dalej. Umówiliśmy się, że jemy po jednej landrynce. Widzę, że mały wciąga już trzecią łypiąc na mnie. Pewnie ma nadzieję, że nie widzę.
- Milan, ile zjadłeś?
- Fünf.
- A ile miałeś zjeść? Umawialiśmy się na jednego! DAWAJ TU NATYCHMIAST TE CZTERY CUKIERKI! - grożę małemu na żarty i macham ręką koło jego buzi udając, że chcę mu wyciągać cukierki z gardła.
- Nie, nie, nie! - Milan krzyczy przez perlisty śmiech.
- Jak natychmiast nie wyplujesz cukierków, to poczekam aż wypadną z drugiej strony! - zmieniam strategię.
- Nie wypadną. - mówi Milan rezolutnie, ale niepewnym głosem.
- Jak nie wypadną? A co wypadnie?
- Kupa wypadnie. Zielona kupa. I czerwona kupa.

Ze śmiechu prawie umarłam, wypadłam z papci i posikałam się jednocześnie.


środa, 25 maja 2011

Kupa - happy end

No to mamy w domu małego chłopca. Sama nie wierzę, że to się stało tak szybko . Jeszcze dwa tygodnie temu biegałam z pieluszkami i za pieluszkami, a dziś poklepuję śliczne dziecięce pośladeczki odziane tylko w majtusie i spodenki (ze względu na mikry rozmiar owych pozwalam sobie na infantylne zdrobnienia).
Zaczęło się od chodzenia siku wtedy, jak chciał Jaśko, serdeczny przyjaciel Milana. Jaśko sikał - sikał też Milan. Jak Cygan, co dla towarzystwa dał się powiesić. Zaczęliśmy nagradzać każde siku do nocnika. Zaczął się szał, a potem cwaniakowanie. Milan potrafił co 5 minut lecieć na nocnik z 5 kropelkami, żeby zaraz potem, z majtkami wokół kostek, lecieć do kuchni po "naglode": groszki z czekolady, sezamka, kostkę czekoladki i takie tam. Potem my staliśmy się cwani i dawaliśmy pół nagrody albo wcale. Ale Milan też się zmądrzył i zaczął wybrzydzać: nie groszki tylko Mambę, nie sezamka tylko Rafaello.

Sytuacja przejściowa była taka: w żłobku bezawaryjnie, w domu różnie. Z tendencją ku lepszemu. Aż pewnego dnia zero wpadki i radość wieczorem. Tak się zaczęło wołanie "Mamo, ja chcę siku".

Pewnego dnia Milan usiadł na nocnik w wiadomym celu. Dałam mu do zabawy jakieś autko, on się zagapił mędzy "wrrrrr" i "ziuuuuuu" i tak przez przypadek zrobił kupę. Zdeprymowało go to jakoś i zaskoczyło. Jak dostał sutą nagrodę, to od razu polubił robienie kupy na nocnik. Historia z dzieleniem na raty powtórzyła się, ale byliśmy na to już przygotowani.

Wtedy znowu poszukał swojej bajki o kupie. Dziwne, ale oglądał ją z innym wyrazem twarzy, z jakąś radością nie podszytą podejrzeniem. Przewracał śmiało i koncentrował się na całkiem innych obrazkach niż kiedyś - właśnie na tych, na których bohater robi kupę na nocnik albo leci wyrzucić kupę do kibelka i spuścić wodę. 

W niedzielę chłopaki pojechali do marketu budowlanego. W promocji były dziecięce deseczki na sedes (takie nakładki służące temu, aby dziecięca mini-pupa nie wpadała do toalety). Już wieczorem Milan zaprzyjaźnił się z Kubusiem Puchatkiem naklejonym na deseczkę. Nocnik poszedł do kąta.

I tak "Mamo, tato, ja chcę siku / kupę" stało się jednym z najczęściej słyszanych w naszym domu zdań. Zaraz po "Masz auto, jedziemy!". Jak patrzę na moje dziecko, które przed chwilą było pakietem wręczonym mi w szpitalu z całym dobrodziejstwem pomarszczenia na buzi, to nie dowierzam. Tyle "majlstounów" (czyli kamieni milowych) już za nami. Tak szybko?
Fajnie, choć przyznam, że łza się w oku kręci.


wtorek, 1 marca 2011

Kupa a sprawa polska

Allle mnie w piątek wzięło! I na auto-ironiczne rozrachunki, i na chorowanie. Przez weekend symulowałam życie ograniczając się do fizjologii. W poniedziałek odzyskałam głos. Dziś jest wtorek i czuję, że żyję. Na razie przez malutkie "ż", ale kierunek jest już prawidłowy.

Meldunek ze żłobka: synek grzecznie chodzi z innymi dziećmi na nocnik. Za każdym razem wydusi przysłowiową kropelkę. Ewidentnie cieszy go to niesamowite zjawisko :) Kupa nadal leży w sferze lęków i unika wtedy wzroku ludzkiego, jak tylko może. Niemniej jesteśmy bliżej celu. Myślę, że pomaga mu w tym trochę narysowana naprędce bajeczka. Nawet dwulatek pojmuje, że kupa się robi z jedzenia. Że jak jedzenie vel kupa leży w brzuszku, to brzuch boli. Dlatego kupę robić jest dobrze i kupa jest OK. Kupa oczywiście śmierdzi - nie będę mu wciskać, że jest inaczej, bo już tyle rozumie nawet bez pomocy mamusi. Ale jak się kupę z nocnika przerzuci do toalety i spuści wodę, to i nie śmierdzi, i zabawa jest przednia. Mój pierworodny przekłada dzielnie karteczki, mruczy coś sobie pod nosem, czasem woła głosem godnym odkrycia Ameryki "KUPA ŚMIERDZI! FFFFUJ!". Jest w tym jednak samo życie. Kupa to nie miód i maliny.

Kiedyś oglądałam prześmieszną bajeczkę o kupie. Skandynawską. Pamiętam, że narysowano w niej różne rodzaje kupy: małą, dużą, poskręcaną itd. Dzieci mogły się też dowiedzieć, skąd się biorą śmierdzące bąki. I różne inne rzeczy a propos wydalania. Myślę, że to fantastyczna rzecz, żeby dzieciom mówić o takich sprawach zanim wejdą w fazę naturalnego (niestety czasem sięgającego niezdrowego poziomu) wstydu. Potem jest już trudniej odwrócić skrępowanie i oddać dziecku naturalną zdolność poruszania wszystkich tematów i zadawania wszelkich pytań.

Czy ja aby nie przesadzam? Patrzę po pokoleniu naszych dziadków, rodziców, nas samych może już coraz mniej. Nasi dziadkowie i tatusiowie nie mówili o kłopotach z prostatą. Po prostu chorowali. Nie mówiono też o jelicie grubym ani odbycie - tylko skąd nagle wysyp reklam środków przeciw hemoroidom? Wiele tematów było jeszcze niedawno tabu. Dziś ludzie wychodzą na ulicę i chcą o tym krzyczeć, bo z milczenia czasem trudno przejść do spokojnego dialogu.

piątek, 11 lutego 2011

Wstydliwa sprawa

Każdy robi, a nikt o tym nie mówi oprócz mam małych dzieci. Kupa. Odwieczna tajemnica. Wchodzi jajecznica - wychodzi śmierdząca kiełbaska. Wchodzi bułka z pomidorem - wychodzi śmierdząca kiełbaska. I bądź tu mądry!
Pamiętam, jak spędzałam kiedyś wakacje na mazurskiej wsi. Właściciele mieli córeczkę Matyldę. Matylda miała wtedy ok. 2 lat. Było lato i czas odzwyczajania od pieluszki. Ciepło, miło, zazwyczaj dzieciom w to graj. W dziewczynkę jakby piorun strzelił. Jak chciała iść siusiu albo nie daj boże kupę, chowała się za krzakami i urządzała prawdziwy teatr. Nie wolno było do niej podejść, patrzeć w jej stronę, zagadywać ją, nawet dać znać, że się coś wie lub widzi. Matylda chciała być niewidzialna.
Myślałam, że to przypadek dziwaczny i odosobniony. Aż trafił mi się mój synek, który ma te same objawy: chowa się pod stół, unika wzroku, wygania wszystkich ze swojego kącika, gdy "czyta książki", jak mawia. Nocnik nigdy na niego nie spadł ani nie zmuszaliśmy synka nigdy do siadania na nocnik. Teoretycznie powinien być wolny od traumy. A jednak coś sprawia, że dziecko mówi "nie".
Z dwulatkiem jeszcze specjalnie nie pogadasz. Nie zracjonalizujesz problemu. Dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego się boi. Boi się i już. Nie chce i już. Podrapałam się więc w głowę i wymyśliłam dla niego specjalną bajeczkę o Milanie, który zjadł duże śniadanko. Jak tylko trochę ją obrobię w komputerze i będzie wyglądała "po ludzku", nie omieszkam się nią podzielić.
Najważniejsze, żeby działała - to będę sprawdzać w najbliższym czasie.

Póki co, zapraszam do przeczytania drugiego odcinka opowieści mrożącej krew w żyłach "Kto schował Julkę".

- Uaaaaaa! – rozległo się kolejne ziewnięcie, po czym drzwi domku otworzyły się i wyszła... mała dziewczynka z marchewkowymi włosami. Ubrana była w trawiastozieloną sukienkę i śmieszny kapelusik tego samego koloru.
 




- O! Dzień dobry! – zwróciła się do Julki. – Jestem Wiedźminka. Umiem czarować. To jest mój domek. Ma na imię Barni. Mam jeszcze kota Kuskusa, ale gdzieś sobie poszedł. Przedstawię ci go przy okazji.

Julka zaczerwieniła się. Nie miała pomysłu na to, co można by powiedzieć. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle chciała być niewidzialna. Coś kazało jej się ukryć. Schowała się szybko za krzakiem i zasłoniła twarz rękami. Może jeśli ona nie widzi czarodziejki, to czarodziejka też nie widzi Julki? Spomiędzy palców patrzyła jednak na Wiedźminkę z ciekawością. Ta dziewczynka była taka odważna!

Wiedźminka uśmiechnęła się. Dziewczynka z pluszowym psem wydała jej się bardzo miła.
- Jak masz na imię? – zapytała Wiedźminka.
- Julka –głosik zza krzaków zabrzmiał tak cicho, że prawie nie było go słychać.
- Miło mi cię poznać – odpowiedziała Wiedźminka przyjaźnie.

Julka chętnie zadałaby Wiedźmince sto pytań! Była bardzo ciekawa, jakim sposobem mały domek na kurzych nóżkach pojawił się na jej podwórku. Zamiast zapytać stała jak wmurowana. Tak jakby ktoś zawiązał jej sznurówki w butach.

- Dlaczego tak cicho mówisz i dlaczego się chowasz? – zdziwiła się Wiedźminka.
Julka nie wiedziała jednak dlaczego. Zawstydzona zaczerwieniła się mocno. Wiedziała, że jej policzki przypominają teraz dojrzałe pomidory i z tego powodu jeszcze bardziej chciała się zapaść pod ziemię.

Wiedźminka poprosiła Julkę, żeby wyszła zza krzaka. Sama przyniosła z wnętrza Barniego dwa kubki parującego kakao. Na nosie miała dziwne, olbrzymie okulary ze szkłami jak denka od butelek. Przez te okulary oczy Wiedźminki wydawały się ogromne.

- Proszę. To kakao w moim magicznym kubku-niekapku. Możesz odwrócić kubek do góry nogami i kakao się nie wyleje – oznajmiła i podała Julce kubek.
- Dziękuję – wyszeptała Julka. – Mmmm… Bardzo smaczne to kakao – dodała i oblizała z apetytem piankę z ust. Przechyliła kubek, żeby sprawdzić jego magiczną moc. Kakao faktycznie zatrzymało się na brzegu i ani kropla się nie wylała.

- Cieszę się, że ci smakuje – powiedziała Wiedźminka i siorbnęła głośno. – Może opowiesz mi coś o sobie, o twoim psie i o okolicy? Jestem tutaj pierwszy raz i nie znam nikogo.

Julka wypiła jeszcze kilka łyczków. Łyczki były naprawdę bardzo malutkie – najchętniej piłaby to kakao całą wieczność, żeby tylko nie musieć się odzywać. Widziała jednak, że Wiedźminka jest bardzo miła i że naprawdę ciekawi ją wszystko dookoła. Julka opowiedziała o tym, jak bawi się w swoim pokoju lalkami i misiami. Wyznała też, że bardzo chce się bawić z dziećmi na placu, ale zamiast tam pójść, nie wiadomo dlaczego, chowa się za mamę.

Gdy Julka skończyła opowieść, bąknęła nieśmiało:
- Aaa... czy ja też mogę cię o coś zapytać?
- No jasne! – uśmiechnęła się Wiedźminka na zachętę.
- Czy możesz mi powiedzieć... To znaczy... Eeee... Zastanawiałam się... No... – Julka jąkała się i czerwieniła. Wreszcie wzięła głęboki wdech i zapytała: – Po co ci te okulary?