O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia baśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia baśnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 marca 2012

Zadanie domowe zaliczone

Zapisałam się na kurs pisania. To ci dopiero heca! Bawi mnie to z jednej strony, bo uwielbiam pisać i czuję się jak szczeniak aportujący patyk. Czuję się też zdyscyplinowana jak w prawdziwej klasie, z prawdziwą katedrą, prawdziwym panem "psorem" i prawdziwą klasą. Czytam i piszę codziennie. Serio serio. Nie ma żadnych wymówek.
Codzienne czytanie wdrażam już od pewnego czasu. W każdym kącie leży coś z literami. W tzw. jadalnym koło pilota od TV (najczęściej na pilocie). W kuchni na stole. W sypialni na nocnej szafce. W pokoju Milana na 4 półeczkach, dwupiętrowo. Nawet w toalecie mamy coś do czytania. Jest to nasza oficjalna czytelnia i każdy ma prawo odmówić otwarcia drzwi w trakcie pasjonującego artykułu o wspinaczce wysokogórskiej bez zabezpieczeń.

Niedawno dostaliśmy zadanie domowe. Mieliśmy pokazać wybraną cechę naszego bohatera w akcji, nie nazywając tej cechy wprost. Napisałam kilka scenek z życia Wiedźminki. Zamieszczam je poniżej. Przypomniałam sobie, że dawno temu pisałam już o Wiedźmince. Jak była w szkole. Jak cudowała na lekcji chemii. Jak naprawiała świat mając do dyspozycji szpulkę od nici i kawałek drutu. Podzieliłam się tymi historiami z dobrym kumplem z dawnych lat. Milek najpierw obśmiał moje bajanie sam, a potem czytał wspólnie z synami i tarzali się ze śmiechu. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy poczułam pisarską moc sprawczą. Wtedy nie wiedziałam, że jest to bardzo ważna umiejętność.

WIEDŹMINKA I JEDNA CECHA


Wiedźminka była spod znaku Ryb. Czytając swój horoskop nie potrafiła się zidentyfikować z takimi cechami jak bujanie w obłokach, płaczliwość, niezdecydowanie.
- Jestem okoniem. – stwierdziła i zamknęła gruby elementarz astrologiczny.
Okonia natura Wiedźminki brała górę przynajmniej trzydzieści razy dziennie. Od momentu, w którym zdała sobie sprawę z faktu, że ona to ona a nie jeszcze jedna noga mamy.
Jej mama wymarzyła sobie śliczną dziewczynkę z blond loczkami, lazurem wielkich oczu i w różu od stóp do głów. Wiedźminka urodziła się jako prawie ideał. Gdy jej mama pchała wózek przez miasto, przechodnie odwracali się zahipnotyzowani błękitem oczu maleństwa. Spod czapeczki wystawały koniuszki lnianych włosków. Mama postarała się o belę materiału w kolorze różowym i co wieczór z pasją szyła coraz to nowe ciuszki dla córeczki. Wiedźminka miała różowe kaftaniki, różowe pajacyki, różowe majteczki i obowiązkowo różowe spódniczki. 

Dwuipółletnia Wiedźminka spojrzała pewnego dnia w lustro i stwierdziła, że dziewczynka po drugiej stronie jest jej obca. Złapała kluskowatymi rączkami długą marchewkę i zamachnęła się tak, jak robiła to babcia Rumsztyk: rach, ciach, ciach, hokus, pokus, plums! Nagle zagrzmiało, zadymiło się, a lustro przechyliło się z jękiem drewnianej ramy na dziewczynkę. Wiedźminka podtrzymała zwierciadło i oparła z powrotem o ścianę. Spojrzała na własne odbicie i klasnęła dłońmi o uda z radości. Zaśmiała się bielą drobnych ząbków.
- To ja! – zawołała na widok płomiennorudych kosmyków i piegów, które usiały jej policzki jak złoty piasek.
Mama na jej widok również wydała głośny okrzyk. Niestety daleki od entuzjazmu Wiedźminki.

Mama myślała, że gdy Wiedźminka pójdzie do szkoły, stanie się wreszcie spokojną, poukładaną dziewczynką. Taką „normalną” według mamy. Już drugiego września została wezwana do dyrektora na rozmowę. Według dyrektora, dziewczynka miała na fizyce odwracać kierunek poruszania się planet po orbitach. Nauczyciel opowiadał o Układzie Słonecznym pokazując model, a Wiedźminka pytała uporczywie „ale dlaczego?” i ciągnęła planety w odwrotnym kierunku doprowadzając tym do ogólnego chaosu w kosmosie.
Do legendy szkoły przeszła lekcja polskiego na temat Słowackiego. Gdy pani profesor zwana Panną Wanną powiedziała, że „Słowacki wielkim poetą był”, Wiedźminka parsknęła śmiechem.
- Proszę o ciszę! – zareagowała natychmiast Panna Wanna. – Agatko, proszę wytłumacz swój śmiech.
- Pan Julek umiał pisać tylko przy nowiu Księżyca, tylko pod wpływem naparu babci Rumsztyk i tylko jego szczęśliwym piórem.
- Słu – cham? – Panna Wanna wycedziła zniżając okularu na czubek nosa.
- Pan Julek miał takie szczęśliwe pióro. Od gęsi wędrownej. Mówił, że żadne inne go tak nie uskrzydla.
- Jaki pan Julek?
- Słowacki, pani profesor. Był może poetą, ale niezbyt wielkim, moim zdaniem. – dodała Wiedźminka kończąc składanie origami bez spoglądania. – W dodatku sadził ortografy. Ciocia Mela poprawiała mu teksty.
Polonistka wstała zza katedry, zdjęła okulary i nerwowym ruchem wycierała je z wymaigowanego okruszka. Jak to? Przecież „Słowacki wielkim poetą był”! Przecież tak jest napisane!
Prawdziwym wyzwaniem dla Wiedźminki był pan od matematyki zwany Sikorem. U Sikora wszystko musiało być idealnie poukładane. Dziennik klasowy leżał na środku biurka, po jego lewej stronie leżał liniał, po prawej długopis i ołówek. Kawałki kredy leżały pod tablicą według długości i koloru. Lekcja zaczynała się od odczytania listy obecności. Następnie Sikor wykładał krótko teorię, a potem przez pół godziny maglował uczniów przy tablicy. Pewnego poniedziałku wszyscy weszli do klasy i zastali chaos. Kreda porozrzucana, jakieś bohomazy na tablicy, na biurku ołówki i długopisy porozwalane jak bierki, krzesła poskładane na kupie w jednym kącie sali, a stoły w drugim. Dziennik lewitował pod lampą. Sikor zdębiał. Nie wszedł do klasy. Widać było, że ma ochotę zadzwonić pod 912. Z braku takiej możliwości czmychnął na skargę do dyrektora.

Wiedźminka starała się trzymać z daleka od ludzkich problemów. Wydawały jej się kompletnie nieistotne. Mieszała się tylko wtedy, gdy komuś działa się krzywda. Jak Kalinie. Mała Kalinka miała wadę wymowy. Nie potrafiła wymówić „r”. „Grubym rybom”, jak klasa nazywała paczkę Tomka, wydawało się to arcy-zabawne. Gdy Kalina mówiła „lowel” albo „geoglafia”, denerwowała się i zaczynała się dodatkowo jąkać. Wtedy chłopcy wpadali w świetny humor i przedrzeźniali koleżankę.
- Plo, plo, plo... Plosię mnie nie prze, prze, przedzieźniać! – małpowali Kalinkę.
Dziewczynka czerwieniała jak pomidor i odchodziła w kąt. Chłopcy szli za nią i tak długo wyśmiewali, aż Kalinka wybuchała płaczem i biegła do domu. Wiedźminka długo myślała nad tym, co może zrobić. Pewnego dnia, gdy banda „grubych ryb” już biegła w kierunku Kalinki, Wiedźminka machnęła w ich stronę krzywym kijaszkiem i coś wymamrotała. Nagle chłopcy dostali strasznej czkawki. Czkawka była nie do opanowania, silna aż do zachłystywania się, połączona z puszczaniem głośnych bąków. Zemsta Wiedźminki nie była wyrafinowana, ale skuteczna. Chłopcy omijali Kalinkę z daleka.
Taki był okoń z Wiedźminki.

środa, 29 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie 2

W dzień przestępny - czyn występny. Bajka braci Grimm w wersji niekanonicznej, ciąg dalszy.


           Maestro, Boniek i Ray ruszyli w dalszą drogę. Fakt założenia zespołu dodał im takiego animuszu, że w księgach parafialnych mijanych miejscowości można znaleźć adnotacje o dziwnym pochodzie, którego ryki, kwiki i wycie zatrzymywało krowom produkcję mleka. Dochodzili do Leeste, gdy ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Na płocie siedziała kura. Pełnokrwista, dojrzała, obfita w kształtach kwoka. Z bliska okazało się, że jest nawet już nieco przejrzała i nieco zbyt obfita w kształtach, ale efekt pierwszego wrażenia trwał. Kura poprawiała makijaż, którego ilość mogłaby zawstydzić nawet charakteryzatorów teatralnych. Maestro przeczesał grzywę. Boniek wyprężył ogon i nabrał powietrza, żeby się wydać bardziej barczystym. Ray przejrzał się w okularach i stwierdził po raz kolejny, że Bóg stworzył ideał. Wysforował się przed osła i pierwszy dotarł do płotu.
- Kogóż to widzą moje piękne oczy? – zagaił kot miękkim głosem. – Cóż za kibić, jakaż delikatna pęcinka, fryz paryski... Oddech wielkiego świata na naszej skromnej drodze do showbiznesu.
Kwoka usłyszała słowo-klucz: showbiznes. Rzuciła ostatnie spojrzenie w lusterko, zgrabnym ruchem zamknęła czerwoną szminkę i sprawdziła dyskretnie czy czarny pieprzyk koło dzioba nadal się trzyma. Na jej dziób wypłynął uśmiech. Biodro zakołysało się delikatnie, a wraz z nim płot na całej długości.
- Ko, ko, ko, koteczku, bądź tak kooochanieńki i podaj ognia – kura wyciągnęła fifkę eksponując przy tym nadgarstek. Rzuciła Ray’owi powłóczyste spojrzenie spod lazurowo pomalowanych powiek. – Dokąd wiedzie wasza dróżka?
- Pani pozwoli, że się przedstawię. – osioł doszedł właśnie do płotu i przejął pałeczkę. – Jesteśmy prawie światowej sławy zespołem muzycznym. Ja jestem solistą, a panowie Boniek i Ray zapewniają tło. Wybitne, oczywiście. – dodał szybko widząc najeżone karki psa i kota. -  Może się pani zwracać do mnie Maestro.
- Trasa koncertowa? Jakież to fantastyczne! Kapitalne! Genialne! – kura zagdakała z zachwytu. – Czy znajdzie się jeden, jedniutki bilecik w ostatnim rzędzie dla malutkiej Marilyn? – kura zeskoczyła z płotu i podeszła do osła kołysząc biodrami. Podmuch wiatru podwiał jej pióra i oczom zebranych ukazały się kurze nogi w pełnej krasie i obfitości cellulitisu.
- Ach! – krzyknęła przyciskając pióra z powrotem do bioder i zastanawiając się, czy na jej policzki wypłynął rumieniec udawanego wstydu.
- Ach... – z trzech męskich piersi wydarł się cichy okrzyk zachwytu. W trzech głowach jednocześnie padło pytanie: „Kiedy to ja ostatnio widziałem kobiece uda?” i na trzech pyskach jednocześnie odmalowała się smutna zaduma.
Kura była w swoim żywiole. Zaczęła grzebać umalowanymi na czerwono tipsami jednej łapy w ziemi, niby to przełamując własną nieśmiałość.
- Panowie wybaczą, że o coś zapytam. Nie mogę się jednak oprzeć i nie darowałabym sobie nigdy w życiu, gdybym nie spróbowała spełnić mojego wielkiego życiowego marzenia.
Trzy pary oczu spojrzały na kurę maślanym wzrokiem.
- Zawsze marzyłam o podróżach, o sławie, o scenie. Życie jednak przeminęło pozostawiając mnie niespełnioną. Na wielką karierę sceniczną już nie te lata. – mówiła kura cichutkim, smutnym głosem, z głową spuszczoną nisko w pokorze. Spode łba łypała na artystów oceniając wrażenie, jakie zrobiła. A wrażenie było ogromne.
- Czy pozwolilibyście mi panowie towarzyszyć sobie w tej podróży? Jestem gotowa na każde... – tu kura zawiesiła głos – ...każde poświęcenie w hołdzie waszemu talentowi.
W osła, psa i kota jakby piorun strzelił.
- Ależ szanowna pani! Jesteśmy zaszczyceni! Jesteśmy przeszczęśliwi! Cóż za wspaniały pomysł! – podskoczyli do kury i obcałowywali jej skrzydła od koniuszków lotek aż po pachy. – Czy zostanie pani naszym impresario? – dodał Maestro obniżonym głosem nachylając się nad kurą tak nisko, że włosy rosnące mu na brodzie połaskotały ją w nos.
Kura zatrzepotała wytuszowanymi starannie sztucznymi rzęsami.
- Ach! Co za cudowna propozycja! – zafalowała kurza pierś.
- Ach... Co za cudowne... – z trzech męskich piersi znowu wydarł się cichy okrzyk.
            W dalszą drogę ruszyli we czwórkę. Kura niemal biegła na czele peletonu oglądając się za siebie niespokojnie. Wzdłuż płotu biegała kobieta z siekierą w rękach krzycząc „Maryla! Maryyyyla! Ja cię dorwę, stara kwoko! Szykuj się do rosołu!”
Za wsią kura zwolniła. Nagle rozbolały ją nogi. Osioł szybko podskoczył i zaoferował swój grzbiet jako środek dalszej lokomocji. Kura nie omieszkała skorzystać. Po kilku kilometrach rozbolało ją siedzenie. Pies zaproponował, że weźmie ją na ręce. Niósł ją aż do granicy lasu. Wtedy kurę rozbolało wszystko. Pies ledwie łapał powietrze. Kota nie było nigdzie widać. Od samego początku wędrówki zwierzęta nie były tak cicho jak w tym momencie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc kapela postanowiła znaleźć miejsce na popas. Jak na zawołanie, w środku lasu pojawiła się polana, a na niej chata. W oknach paliły się światła. Czwórka podeszła zaciekawiona pod sam dom. Osioł wspiął się na zadnie nogi i zajrzał przez okno. Na bieżąco relacjonował to, co widział.
- Widzę dużą izbę. Na środku stoi wielki stół, a na nim... – osłu pociekła ślina. – Na nim stoją misy pełne jadła.
- Co jest? Co jest? – zwierzęta stłoczyły się pod parapetem.
- Boniek, jest golonka z wielką kością w środku. Ray, jest misa kaszanki i pasztet z...
- Z zająca! – dokończył zdanie kot wciągając powietrze w nozdrza.
- Droga Marilyn, czy zadowoliłaby się pani blinami i kołaczem? – osioł wytrzeszczał oczy starając się odgadnąć zawartość talerzy.
Kura nie odpowiedziała przełykając jedynie głośno ślinę.
- Za stołem siedzi ośmiu... nie, dziesięciu mężczyzn, po dwa metry każdy. Każdy ma po dwa długie noże i flintę. Jeden z nich ma rudą brodę. Jak mówi, wali pięścią w stół, a reszta pochyla głowy.
- To banda Czerwonobrodego. Rozbójnicy. Najsławniejsi po tej stronie Odry. – powiedziała kura jakby zamyślona. Banda często wpadała do jej wioski z wizytą. Po tych sąsiedzkich odwiedzinach pozostawały puste flaszki i opróżnione garnki we wszystkich zagrodach. Zostawała też pomięta pościel jej gospodyni...
Osioł zwołał naradę pod płotem.
- Jestem głodny jak wilk. Wszyscy jesteśmy głodni i zmęczeni. – dodał widząc długie pyski towarzyszy. – Ta kolacja musi być nasza. Zasłużyliśmy na nią. Nasze struny głosowe potrzebują pożywienia i godnego napitku. Jesteśmy dobrem narodowym! – osioł uderzył w patriotyczną strunę.
- Zgadzam się. Na przystawkę każdy z nas połknie po dwóch i pół rozbójnika, a potem zabieramy się do dania głównego. – kot sprowadził osła na ziemię.
Osioł zmitygował się w przywódczych zapędach.
- No dobrze. Racja. Kto ma pomysł, jak się pozbyć rozbójników?
Zapadła cisza. Psa zaczęła męczyć jakaś tajemnicza pchła na ogonie i odwrócił głowę. Kot wbił wzrok w pazury. Osioł pozostał z podniesionymi pytająco brwiami.
- Ja to załatwię. – powiedziała nagle kura i nie czekając na komentarz ujęła się pod boki i pomaszerowała w stronę chaty dziarskim krokiem. Odprowadzały ją trzy pary bardzo zdziwionych oczu. Zdziwionych i zachwyconych. Kura dochodziła już prawie do chaty, gdy panowie oprzytomnieli i jednomyślnie pomknęli chyłkiem do okna. Osioł stanął na zadnich łapach. Na jego grzbiet wdrapał się pies. Na grzbiet psa wskoczył kot. Wszyscy wsadzili pyski w okno.
Kura zapukała głośno do drzwi i pchnęła je mocno łapą. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Kura wkroczyła śmiało do izby. W jej kierunku poszybowało spojrzenie dziesięciu par oczu. Głodnych oczu.
- Oooo... – westchnęli zgodnie osioł, pies i kot w nagłym przypływie lęku o koleżankę. Niewystraszona spojrzeniami kura wskoczyła na stół. Stanęła na jego środku. Zwróciła się wprost do herszta bandy. Wzięła się pod boki. Powiedziała coś, po czym brwi wszystkich dziesięciu rozbójników poszybowały w górę. Czerwonobrody poczerwieniał i zerwał się z miejsca łapiąc za nóż. Kura stała niewzruszona. Wtem jeden z rozbójników wstał, rzucił na stół swoje noże, splunął z miną pełną obrzydzenia i wyszedł z chaty. Po nim kolejno wstawali i wychodzili pozostali rozbójnicy. Cała banda zniknęła w ciemnym lesie.
Za stołem został tylko Czerwonobrody. Patrzyli sobie z kurą w oczy długą chwilę. Nagle herszt odrzucił krzesło silnym ruchem, aż poleciało pod piec. Widać było, że oddycha szybko, a jego twarz skurczyła się w złości. Złapał swoje noże, zatknął je za pas, wziął flintę i wybiegł z chaty kierując się do wsi.
W chacie zapadła cisza. Pozostał zastawiony stół i kura na jego środku. Osioł, pies i kot nieśmiało weszli do izby.
- Marilyn, gdzie są rozbójnicy? Co takiego im powiedziałaś?
Kura zaczęła już ucztowanie i niechętnie oderwała się od blina.
- Powiedziałam, że moja pani cierpi na pewną przypadłość, którą z pewnością podzieliła się z Czerwonobrodym podczas intymnych igraszek. I że Czerwonobrody farbuje włosy... – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Fuuuuuuj! – na pyskach bądź co bądź męskich odmalował się wstręt.
Uczta trwała do północy. Zmęczone, objedzone do granic wytrzymałości zwierzęta zaczęły szukać miejsca do spania. Pies zwinął się na derce przy wejściu do chaty. Kot wymościł sobie posłanie na ciepłym zapiecku. Kura wlazła na belkę wiszącą u powały. Osioł postanowił wyjść na świeże powietrze.
- Dobranoc. Jutro z samego rana ruszamy do Bremen. - powiedział i z błogim wyrazem pyska zapadł w górę siana pod stodołą.
            Pierwsze promienie słońca zastały zwierzęta przewracające się na drugi bok. Drugie promienie słońca podgrzały powietrze i zwierzęta leniwie przeciągnęły się na posłaniach. Dopiero koło dziesiątej osioł jako pierwszy wyległ na światło dzienne. Wszedł do chaty i zaczął szukać resztek jedzenia. Dźwięk kopyt pobrzękujących na cynowych misach pobudził resztę towarzyszy.
- Wrzuciłby kot coś na ruszt! – kot zaprezentował pałąk chudego grzbietu nie pozostawiając wątpliwości co do tego, jakie ma priorytety.
Zanim śniadanie stanęło na stole, zanim wszyscy się najedli, zanim nieco ogarnęli chatę, było już popołudnie. Zapadła jednogłośna decyzja o pozostaniu do następnego dnia.
Następnego dnia okazało się, że w spiżarni jest zapas konserw mięsnych i chleba. Popas przedłużył się o kolejne dwa dni.
W sobotni wieczór kot wytrzasnął skądś buty i wybrał się na potańcówkę do wsi. Wrócił nad ranem w towarzystwie drobnej, rozchichotanej kotki. Oboje zniknęli na zapiecku. Pies odwrócił się dyskretnie. Kura odęła się na niestałego adoratora i wyszła na dwór. Pod stodołą siedział osioł wpatrzony w rozgwieżdżone niebo.
- Popatrz, Marilyn, to jest Kasjopeja. Tamto maleństwo to Plejady z gwiazdami drobnymi jak mąka krupczatka. A te duże, jasne gwiazdy to Orion. Jego pas przypomina mi dorodne ziarna pszenicy. – w ośle odezwały się wspomnienia.
Kura przycupnęła koło osła drżąc lekko od wieczornego chłodu. Wcale nie patrzyła na gwiazdy, a jej oczy jaśniały bardziej niż Syriusz.
- Ko, ko, ko, kocham pana, Maestro...   

wtorek, 28 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie

Zapisałam się na kurs pisania. Zadanie pierwsze - wybierz jakiś znany utwór i napisz go po swojemu zmieniając jeden fakt (np. co by było, gdyby Kopciuszek miał taki sam rozmiar buta jak jedna z sióstr?).
Na tapet wzięłam Muzykantów z Bremy.
No to jedziemy:


Wszystko zaczęło się w Harpstedt niedaleko hanzeatyckiego miasta Brema. Młynarz miał jednego pomocnika – osła. Odziedziczył go po ojcu razem z interesem. Osioł był już tak stary, że szczecina na jego grzbiecie całkiem się wytarła od derki, którą młynarz kładł na grzbiet zwierzęcia zanim objuczył go workami z mąką. Długie uszy czujnie strzygły na lewo i prawo niedosłysząc. Oczy osła już dawno osnuła delikatna mgła starości. Jedynym, co w ośle pozostało młode, był głos. Gdy osioł ryczał, sąsiadki młynarza biegły zbierać garnki z płotów. Od przenikliwego oślego kastratu zwykły pękać.
Pewnego dnia osioł doznał objawienia. Kto powiedział, że osioł urodził się jedynie do pracy we młynie? Z takim głosem można zrobić karierę nawet w radiu! Ta wizja tak poruszyła osła, że z kopyta ruszył w drogę do największego miasta, jakie znał: do Bremy. Czuł się jakby zaraz wchodził na antenę.
Po kilkuset metrach tempo „z kopyta” zamieniło się w tempo iście ośle. Wiek i młynarska rutyna dały o sobie znać. Osioł parł jednak na północny-wschód jak czołg, co krok zmieniając taktykę automotywacji. Dzień był wprost stworzony do spacerów. Słońce stało wysoko nad horyzontem. Po niebie goniły się nieliczne cirrusy. Skowronki na wyprzódki wyśpiewaływały swe trele znacząc teren. Osioł próbował wyciągnąć skowronkowe wysokie C. Nie mógł wyjść z zadziwienia widząc ptaki opadające jak kamienie w łany jęczmienia, gdy tylko wchodził w górne rejestry. Podśpiewując, kopyto za kopytem, doszedł do lasu.
Spocony grzbiet osła okrył cień. Osioł opuścił głowę i przymknął oczy wsłuchując się w głosy nowych ptaków i próbując ułożyć swój pierwszy utwór a capella.
- Auuuuu! – spod oślich kopyt rozległo się nagle przenikliwe wycie. Na poboczu, w plamie słońca, leżał pies myśliwski. Zmęczony odpoczywał wyciągając łapy na drogę.
- Ihooooo rety! Przepraszam najmocniej. Uraziłem pańską łapę?
- I to jak! – pies dmuchał ze zbolałą miną w nieco spłaszczone pazury.
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie. Dlaczegóż pan jednak leżysz na drodze? Kopyta można sobie o pana połamać!
- Widzisz pan, życie jest pieskie. Niedowidzę. Niedosłyszę. Zęby mi się kolebią. Za zającem nie nadążam. Zanim lisa wyciągnę z nory, padam zziajany. Starość, panie, starość.
- Proszę mi uwierzyć, że na emeryturze można żyć inaczej. Nie tylko z jęzorem na brodzie za ptactwem się uganiać. Można kulturalnie. Można bez wysiłku. Można w poszanowaniu. Można w dostatku.
- Pan mi tu kitu nie wstawiaj! – zawarczał pies. Sierść stanęła mu na karku. – Coś pan, obwoźny sprzedawca, jakiś rep cholerny od OFE?
Osioł nie zrażał się ostrą ripostą psa. Między uszami zakiełkowała nagle pewna myśl i osioł aż zmarszczył się na mordzie szukając w głowie odpowiednich słów.
- Jestem właśnie w podróży. Udaję się do Bremy. Będę pracować w showbiznesie. Dzięki mojemu ośmiooktawowemu głosowi wybiję się ponad tłum przeciętnych piosenkarzyków. Jak słyszę, pan również dysponujesz potężnym organem. Co za szorstkość! Co za artystyczna chrypa! W pana głosie przebija się bluesowy ból istnienia! Jak zamknę oczy, widzę te pola bawełny w Luizjanie i słyszę skowyt psów pilnujących czarnych niewolników. Proszę uczynić mi ten zaszczyt i przyłączyć się do mnie. Jako duet przejdziemy do historii muzyki. Jakaż to będzie droga!
- Jaka droga? – zapytał pies zgubiwszy wątek. Ośla przemowa skołowała go nieco. Zagaił więc o jedyną rzecz, którą zapamiętał.
- Droga do Bremy, szanowny panie! Proszę mi mówić Maestro, nie bądźmy tacy sztywni. W naszym artystycznym gronie nie musimy. – osioł zamachnął się kopytem zarzucając niewidzialny biały szaliczek na szyję. Ruszył przed siebie ćwicząc dalej oktawy i nie oglądając się na psa. Rozumiało się samo przez się, że idą razem. W końcu pomysł osła był doskonały.
- Boniek jestem. – warknął pies w powietrze za oślim ogonem. Wstał, spojrzał w las nieco tęsknym wzrokiem, potem za osłem i westchnąwszy ruszył w ślad za nowym kolegą. Teraz już kolegą z zespołu.
Maestro i Boniek szli dalej. Maestro z głową do góry, szukając inspiracji w leśnym listowiu. Jego głos niósł się daleko po lesie budząc nawet żerujące nocą jeże. Boniek z nosem przy ziemi, charcząc i powarkując dla rozgrzewki. W pobliżu Klosterseelte ponad głos osła wybił się inny głos. Wysoki, rozpaczliwy, przepełniony żałością. Właścicielem głosu okazał się stary, wyliniały, bezzębny kocur. Oko osła błysnęło w przypływie geniuszu.
- Witam waćpana! – przywitał się Maestro szarmancko. – Cóż tak wybitna osobowość światowej sceny jazzowej robi na przydrożnym kamieniu?
- Miaaau...em ci ja młodość, miaaau...em ci ja myszy, teraz moją piosnkę tylko słoooonko słyyyyszyyyy! Miaaau...em ci ja kotki, mleko miaaau...em ci ja, teraz ni mam sierści, nawet zębów niii maaam! – odpowiedział wymijająco kot na nutę disco polo.
- Szanowny panie, serce się kraje, gdy się słyszy pana historię. Emeryci mają tak ogromny wkład w rozwój naszego społeczeństwa, a w ramach wdzięczności spycha się ich na margines, na jakieś przydrożne kamienie. To skandal! – wyżalał się osioł patrząc, jak w oczach kota budzi się błysk solidarności. – Zapraszam do naszego zespołu muzycznego. Jesteśmy z kolegą w drodze na szczyt kariery muzycznej. Ja jestem solistą, kolega śpiewa bluesa. Osiem oktaw, blues i jazz – czyż nie byłaby to fantastyczna konstelacja? Uszy bremeńskiego publikum tylko na to czekają, jestem więcej niż pewien.
- Ach, nie wiem, nie wiem... – kot krygował się liżąc łapę i wykonując nią zalotne ruchy w okolicy ucha. Widząc jednak, że jego kokieteria nie robi na ośle żadnego wrażenia, a na psie jeszcze mniejsze, zeskoczył z kamienia. – Na chrzcie dali mi co prawda Mruczek, ale wewnątrz artystyczna dusza łka. Mówcie mi Ray, OK?
To mówiąc kot wyciągnął spomiędzy fałd czarne okulary i wcisnął je na nos zawadiackim ruchem.

środa, 8 lutego 2012

Jedziemy dziś z Milanem samochodem. Poduszka powietrzna obowiązkowo wyłączona i Milan jedzie obok mnie (w swoim foteliku). Między nami leży pudełeczko naszych samochodowych landrynek. Daję je Milanowi.
- Poczęstuj się. Mi też daj jednego. Czerwonego.
- Masz mama czerwonego. A ja chcę... grünowego!







Jedziemy dalej. Umówiliśmy się, że jemy po jednej landrynce. Widzę, że mały wciąga już trzecią łypiąc na mnie. Pewnie ma nadzieję, że nie widzę.
- Milan, ile zjadłeś?
- Fünf.
- A ile miałeś zjeść? Umawialiśmy się na jednego! DAWAJ TU NATYCHMIAST TE CZTERY CUKIERKI! - grożę małemu na żarty i macham ręką koło jego buzi udając, że chcę mu wyciągać cukierki z gardła.
- Nie, nie, nie! - Milan krzyczy przez perlisty śmiech.
- Jak natychmiast nie wyplujesz cukierków, to poczekam aż wypadną z drugiej strony! - zmieniam strategię.
- Nie wypadną. - mówi Milan rezolutnie, ale niepewnym głosem.
- Jak nie wypadną? A co wypadnie?
- Kupa wypadnie. Zielona kupa. I czerwona kupa.

Ze śmiechu prawie umarłam, wypadłam z papci i posikałam się jednocześnie.


wtorek, 29 listopada 2011

Bezzębny joker

Urodziło nam się bezobsługowe dziecko. Tak nam się wydawało na początku. Jadło, spało, jadło, spało... Przewijaliśmy je z własnej inicjatywy. Gdyby nie nasze widzimisię, że dziecko musi nosić świeżą pieluszkę, Ince nie przeszkadzałaby nawet tygodniowa "bielizna".

Pewnego razu dziecko zaczęło otwierać oczy przytomniej niż zwykle i koncentrować się na mojej twarzy. Zrobiło mi się nieswojo. Nie lubię, jak ktoś się na mnie gapi. Wydaje mi się wtedy, że mam kawałek natki pietruszki między zębami. Pomyślałam, że może to przez przypadek. Przesunęłam twarz w lewo. Oczy dziecka przesunęły się w lewo. Przesunęłam twarz w prawo. Oczy dziecka przesunęły się w prawo.
Nasze manewry trwały dni kilka. Dziecko nabrało wprawy w zabawie w berka. Pewnego dnia przesunęło oczy w pogoni za moją twarzą i powiedziało "y". Konsternacja. Co dziecko ma na myśli? "Y" padło jeszcze kilka razy i nic więcej się nie wydarzyło. Uznałam więc, że jest to kolejny poziom gry i zaczęliśmy wymieniać samogłoski jak karty w grze w wojnę. "Y" dziecka służyło za jokera i brało wszystkie karty.
Kolejnym poziomem trudności w naszej grze była wymiana min. Zaczęliśmy od uśmiechów. Potem dołączyły dąsy, smutasy, zadziwki, szokencje, gryzacze, gargulce, ojojce i wiele innych. Gra zrobiła się bardzo skomplikowana. Bardziej niż gry z reklam w TV, w których trzeba się ruszać, żeby ludzik na ekranie zechciał grać w tenisa albo tańczyć. W naszej grze trzeba było się ruszać, mówić i stroić miny jednocześnie. Bez gwarancji, że efekt po drugiej stronie będzie zgodny z oczekiwanym. Inka cały czas była górą.

Pewnego razu złapałam stópki Inki w dłonie i zaczęłam delikatnie głaskać. Na twarz dziecka wypłynął niepohamowany, błogi uśmiech. Uśmiech nie znikał tak długo, jak długo masowałam maleńkie stópki. Zaczęłam mówić dziecku o tym, jak fajnie się z nim guga i gargoli. Jak bardzo wszyscy je kochają. Jak delikatnie brat Milan głaszcze maleńką główkę. Jak cudnie będzie się przejść razem na spacer. Jak niedługo dziecko wyskoczy z wózka i pobiegnie na własnych nogach na plac zabaw. Jak bardzo cała rodzina czeka na pierwsze spotkanie. Jak daleko pojedziemy, żeby dziecko mogło się nacieszyć świętami po polsku. Jak wiele frajdy czeka nas podczas podróży.
Dziecko zapatrzyło się w twarz opowiadacza i słuchało, słuchało, słuchało...

wtorek, 24 maja 2011

Fotki z bajania

Nareszcie mam fotki :)
Nie gadam więc dłużej tylko umieszczam je ku własnej uciesze.

P.S. 24. tydzień. Przypominam słonicę w namiocie... Za 16 tygodni chyba nie będę się już mieścić w drzwiach. RATUNKU!