Milan stoi sobie w piżamce. Ręce ma po łokcie w spodniach.
Milan: O! Mój siusiak jest duży.
Rodzice pełna konsternacja.
Ja: Siusiaki tak mają. Raz są duże, raz małe. Jak twój siusiak też jest raz duży, raz mały, to wszystko w porządku.
Od dziś TE rozmowy będą tylko bardziej zaawansowane, jak mi się wydaje :)
O mnie
- TimeMashinka
- TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 lutego 2012
sobota, 11 lutego 2012
Paluszki
Milan bawi się bateriami. Ustawia je jak domino. Układa jak podkłady kolejowe. Pakuje jak śledzie do pudełka. Kręci bączki. Ileż jednak można wymyśleć? Po jakichś 20 minutach Milan porzuca baterie i znika. Cały korytarz jest upstrzony "paluszkami".
Tata: Milan! Chodź no tutaj i posprzątaj!
Milan: Nie!
Tata: Chodź natychmiast i pozbieraj te baterie!
Milan: Nie!
Tata: Pozbieraj te baterie! Ty je porozrzucałeś i masz je pozbierać!
Milan: Nie!
Tata: Milan, jak nie pozbierasz tych baterii, to... (tutaj czai się jakaś Straszliwa Kara w stylu "nie będzie bajek na komputerze" albo "nie dostaniesz gumisiów")
Milan patrzy spod byka na ojca. Brwi zmarszczone, usta ściągnięte, nawet nie zbliżył się do korytarza. Nic nie mówi. Afera wisi w powietrzu. Zaraz stary byk i młody byczek skoczą sobie do oczu i będzie draka, która nic nie da.
Mama: Milan, posłuchaj. Zaraz obudzi się Inka i będziemy częściej chodzić przez ten korytarz. Jak te baterie będą tutaj tak leżeć, to ktoś może się poślizgnąć i wybić sobie zęby. To niebezpieczne. Pozbieraj proszę baterie do pudełka, żeby można było bezpiecznie chodzić po domu.
Milan zbiera baterie. Robi to nawet z entuzjazmem! W końcu bezpieczeństwo to ważna rzecz. Pojmuje to nawet trzylatek.
Niepojęte, ale działa.
Tata: Milan! Chodź no tutaj i posprzątaj!
Milan: Nie!
Tata: Chodź natychmiast i pozbieraj te baterie!
Milan: Nie!
Tata: Pozbieraj te baterie! Ty je porozrzucałeś i masz je pozbierać!
Milan: Nie!
Tata: Milan, jak nie pozbierasz tych baterii, to... (tutaj czai się jakaś Straszliwa Kara w stylu "nie będzie bajek na komputerze" albo "nie dostaniesz gumisiów")
Milan patrzy spod byka na ojca. Brwi zmarszczone, usta ściągnięte, nawet nie zbliżył się do korytarza. Nic nie mówi. Afera wisi w powietrzu. Zaraz stary byk i młody byczek skoczą sobie do oczu i będzie draka, która nic nie da.
Mama: Milan, posłuchaj. Zaraz obudzi się Inka i będziemy częściej chodzić przez ten korytarz. Jak te baterie będą tutaj tak leżeć, to ktoś może się poślizgnąć i wybić sobie zęby. To niebezpieczne. Pozbieraj proszę baterie do pudełka, żeby można było bezpiecznie chodzić po domu.
Milan zbiera baterie. Robi to nawet z entuzjazmem! W końcu bezpieczeństwo to ważna rzecz. Pojmuje to nawet trzylatek.
Niepojęte, ale działa.
niedziela, 5 lutego 2012
N-ty raz Cars
Milan wałkuje Cars 1. Codziennie od 1,5 miesiąca. Na początku oglądał cały film. Bezrefleksyjnie. Potem extrasy. Teraz już wybiera poszczególne sceny. Chwilowo przeżywa moment, w którym Mack gubi McQueena. Siedzi wyprostowany na kanapie, nogi dyndają mu w powietrzu i całym organizmem jest w filmie. Po filmie odgrywa czasami sceny. Albo sam jest McQueenem, albo typuje jeden ze 100 podobnych samochodzików ze swojej kolekcji. I jazda! A to Mack gubi McQueena, a to Chick powoduje wypadek, a to Złomek jedzie do tyłu itd.
Zafascynowała go na początku szybkość. Milan jest szybciochem w natury, więc szaleńcze wyścigi, pościgi i auta trafiają dokładnie w jego temperament. Potem zaczęła do niego docierać akcja, kolejność zdarzeń. Teraz skupia się na poszczególnych scenach. Odezwał się we mnie mentor i postanowiłam przerobić z Milanem co nie co. Wartości. Ściganie się nie fair. Wyścig zgodny z regułami fair play. Przyjaźń. Waga obietnicy. Wartość pomagania. Szybki McQueen, sepleniący Złomek, burkliwy Doc, chamski Chick są postaciami tak wyrazistymi, że nawet trzylatek rozumie przesłanie filmu.
Przerabiamy, rzecz jasna, także podstawy bezpieczeństwa na drodze (które zresztą Milan już zna). Światła drogowe, dostosowanie prędkości, niebezpieczeństwo jazdy "na śpiocha" itd.
Super, że można dziecku zapodać coś łobuzerskiego, fajnego, prostego, nienachalnego a jednocześnie tak pozytywnego w przesłaniu.
Poza tym, trochę wstyd się przyznać, ale ja sama też się niejeden raz wzruszyłam. Autentycznie. Do zawilgocenia oczu. Zawsze trafia mnie na jednej scenie: jak McQueen ściga się w finale i odkrywa, że wiara z Radiator Springs przyjechała mu pomóc, trybuny szaleją na widok legendarnego Doca Hudsona. Nie wiem, dlaczego akurat ten moment trafia na wrażliwą strunę. Nie wiem nawet, dlaczego ta struna jest tak wrażliwa. Ale w sumie cieszę się z tego, że potrafię się jeszcze wzruszyć na bajce.
Zafascynowała go na początku szybkość. Milan jest szybciochem w natury, więc szaleńcze wyścigi, pościgi i auta trafiają dokładnie w jego temperament. Potem zaczęła do niego docierać akcja, kolejność zdarzeń. Teraz skupia się na poszczególnych scenach. Odezwał się we mnie mentor i postanowiłam przerobić z Milanem co nie co. Wartości. Ściganie się nie fair. Wyścig zgodny z regułami fair play. Przyjaźń. Waga obietnicy. Wartość pomagania. Szybki McQueen, sepleniący Złomek, burkliwy Doc, chamski Chick są postaciami tak wyrazistymi, że nawet trzylatek rozumie przesłanie filmu.
Przerabiamy, rzecz jasna, także podstawy bezpieczeństwa na drodze (które zresztą Milan już zna). Światła drogowe, dostosowanie prędkości, niebezpieczeństwo jazdy "na śpiocha" itd.
Super, że można dziecku zapodać coś łobuzerskiego, fajnego, prostego, nienachalnego a jednocześnie tak pozytywnego w przesłaniu.
Poza tym, trochę wstyd się przyznać, ale ja sama też się niejeden raz wzruszyłam. Autentycznie. Do zawilgocenia oczu. Zawsze trafia mnie na jednej scenie: jak McQueen ściga się w finale i odkrywa, że wiara z Radiator Springs przyjechała mu pomóc, trybuny szaleją na widok legendarnego Doca Hudsona. Nie wiem, dlaczego akurat ten moment trafia na wrażliwą strunę. Nie wiem nawet, dlaczego ta struna jest tak wrażliwa. Ale w sumie cieszę się z tego, że potrafię się jeszcze wzruszyć na bajce.
niedziela, 29 stycznia 2012
Naturalnie bez przemocy
Zamknęłam ostatnią stronę strasznej książki o komunikacji bez przemocy. Przespałam się z nią (jako tako, bo dzieciaki spały dziwacznie) całe dwie noce. Za dnia próbuję podchodzić Milana i z lekuchna indoktrynować go mądrościami. Trenuję tak już od jakichś dwóch miesięcy, w ciągu których poczytywałam książkę po akapicie. Na początku nie wiedziałam, jak to ugryźć. Potem zniechęciła mnie nasza położna Maria. Powiedziała, że po kilku eksperymentach na swoim pięcioletnim synu wrzuciła komunikację bez przemocy do okrągłego segregatora. Czyli do śmietnika. Faktycznie, jak idzie się prostą drogą, jak z dorosłym, to można dostać pryszczy na języku od ględzenia. Człowiek sam siebie nudzi.
Następnie przeczytałam ostatni rozdział, który wcześniej olałam. Jest o tym, jak implementowano komunikację bez przemocy w grupach przedszkolaków. Kopalnia pomysłów! Metoda "na żyrafę" jest świetna dla dzieciaków. Mała żyrafka zgubiła mamę i w ogóle zgubiła się w przestrzeni. Dzieciaki wspólnie główkują, co żyrafka czuje, czego potrzebuje, jak mogą jej pomóc. Na końcu znajduje się mama żyrafa i następuje ogólne party. Jest jedno "ale": dzieciaki dostają moduł zajęciowy w przedszkolu. Z praktyki wiem, że jak coś się dzieje, dzieciaki z automatu słuchają. Z własnym dzieckiem jest niestety inaczej...
Problem nr 1 - jak sprawić, żeby Milan skupił się na rozmowie. Ha! Często wygląda to tak, jak opisałam parę dni temu. Gadam, gadam, gadam... A on ma mnie w... *&TU*)P*UY&T^. Dokładnie tam. Czasem testuję jego uwagę i w środku zdania pytam: "Milan, chcesz czekoladę?" W 10 przypadkach na 10 okazuje się, że mały słucha mnie uważnie i oczywiście chce czekoladę. Już wiem, że uważa, więc resztę rozmowy można przeprowadzić od biedy tak jak w modlitewniku: obserwacja, uczucie, potrzeba, prośba. "Włala!"
Znalazłam też fantastyczny sposób na to, żeby nawet maluch rozpoznawał emocje. Milan rozpoznaje z całą pewnością złość, smutek i radość. Objawia się to np. tym, że celując we mnie paluchem i marszcząc brwi krzyczy "Jestem zły na ciebie!" Wielu dorosłym nie mieści się to w głowie, że taki pypeć mi się stawia. Mnie cieszy jednak to, że mały coś czuje, wie, co czuje i wyraża to bardzo jasno. Wtedy możemy rozmawiać. Autorzy książki o komunikacji bez przemocy radzą pokazywać obrazki z buźkami wyrażającymi różne emocje. Znalazłam coś lepszego - historyjki z serii Mr. Men autorstwa Rogera Hargreavesa. Mały siedzi nad Mr. Cheerful i cierpliwie ogląda obrazki, strona po stronie.
Od jakiegoś czasu zauważyłam, że lepiej się dogaduję z Milanem. Częściej przychodzi do mnie w momentach smutku czy radości. Częściej zaprasza mnie do zabawy. Rzadziej wybucha złością i agresją. Jestem w stanie przewidzieć, co go zdenerwuje i uspokoić, gdy się to już stanie. Jestem w stanie przewidzieć, co mnie samą zdenerwuje, dlaczego i opanować się, gdy coś takiego się stanie. Częściej potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak naprawdę chcę, żeby Milan zrobił to, o co go proszę. Niestety zdarza się, że wymagam od niego różnych rzeczy dla własnej wygody albo świętego spokoju. Ba, niektóre prośby bywają nieracjonalne. Dlaczego dziecko ma jeździć po torach tylko pociągami? Auta też się mieszczą i świetnie zjeżdżają z mostu. Dlaczego ma lubić spagetti tak samo jak świderki? Przecież to całkiem inny makaron. Dlaczego ma słuchać mamy? Tylko dlatego, że ja to ja?
Jako początkująca pisarka i początkująca mama myślę sobie, że książki dla dzieci powinno się pisać właśnie według komunikacji bez przemocy. Tak, żeby dla przyszłych dorosłych pewne rzeczy były oczywiste. To, że myślą o uczuciach drugiej osoby. To, że potrafią rozpoznać własne potrzeby stojące za prośbą. To, że zapraszają drugą osobę do rozmowy nad wspólnym rozwiązaniem. Dziecko to takie dziwne siteczko. Wlewasz, wlewasz, wlewasz i nigdy nie wiesz, co przeleci, a co zostanie. Często odkrywam, że w małej główce Milana zostały właśnie te ważne rzeczy. I to jest cud :)
Następnie przeczytałam ostatni rozdział, który wcześniej olałam. Jest o tym, jak implementowano komunikację bez przemocy w grupach przedszkolaków. Kopalnia pomysłów! Metoda "na żyrafę" jest świetna dla dzieciaków. Mała żyrafka zgubiła mamę i w ogóle zgubiła się w przestrzeni. Dzieciaki wspólnie główkują, co żyrafka czuje, czego potrzebuje, jak mogą jej pomóc. Na końcu znajduje się mama żyrafa i następuje ogólne party. Jest jedno "ale": dzieciaki dostają moduł zajęciowy w przedszkolu. Z praktyki wiem, że jak coś się dzieje, dzieciaki z automatu słuchają. Z własnym dzieckiem jest niestety inaczej...
Problem nr 1 - jak sprawić, żeby Milan skupił się na rozmowie. Ha! Często wygląda to tak, jak opisałam parę dni temu. Gadam, gadam, gadam... A on ma mnie w... *&TU*)P*UY&T^. Dokładnie tam. Czasem testuję jego uwagę i w środku zdania pytam: "Milan, chcesz czekoladę?" W 10 przypadkach na 10 okazuje się, że mały słucha mnie uważnie i oczywiście chce czekoladę. Już wiem, że uważa, więc resztę rozmowy można przeprowadzić od biedy tak jak w modlitewniku: obserwacja, uczucie, potrzeba, prośba. "Włala!"
Znalazłam też fantastyczny sposób na to, żeby nawet maluch rozpoznawał emocje. Milan rozpoznaje z całą pewnością złość, smutek i radość. Objawia się to np. tym, że celując we mnie paluchem i marszcząc brwi krzyczy "Jestem zły na ciebie!" Wielu dorosłym nie mieści się to w głowie, że taki pypeć mi się stawia. Mnie cieszy jednak to, że mały coś czuje, wie, co czuje i wyraża to bardzo jasno. Wtedy możemy rozmawiać. Autorzy książki o komunikacji bez przemocy radzą pokazywać obrazki z buźkami wyrażającymi różne emocje. Znalazłam coś lepszego - historyjki z serii Mr. Men autorstwa Rogera Hargreavesa. Mały siedzi nad Mr. Cheerful i cierpliwie ogląda obrazki, strona po stronie.
Od jakiegoś czasu zauważyłam, że lepiej się dogaduję z Milanem. Częściej przychodzi do mnie w momentach smutku czy radości. Częściej zaprasza mnie do zabawy. Rzadziej wybucha złością i agresją. Jestem w stanie przewidzieć, co go zdenerwuje i uspokoić, gdy się to już stanie. Jestem w stanie przewidzieć, co mnie samą zdenerwuje, dlaczego i opanować się, gdy coś takiego się stanie. Częściej potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak naprawdę chcę, żeby Milan zrobił to, o co go proszę. Niestety zdarza się, że wymagam od niego różnych rzeczy dla własnej wygody albo świętego spokoju. Ba, niektóre prośby bywają nieracjonalne. Dlaczego dziecko ma jeździć po torach tylko pociągami? Auta też się mieszczą i świetnie zjeżdżają z mostu. Dlaczego ma lubić spagetti tak samo jak świderki? Przecież to całkiem inny makaron. Dlaczego ma słuchać mamy? Tylko dlatego, że ja to ja?
Jako początkująca pisarka i początkująca mama myślę sobie, że książki dla dzieci powinno się pisać właśnie według komunikacji bez przemocy. Tak, żeby dla przyszłych dorosłych pewne rzeczy były oczywiste. To, że myślą o uczuciach drugiej osoby. To, że potrafią rozpoznać własne potrzeby stojące za prośbą. To, że zapraszają drugą osobę do rozmowy nad wspólnym rozwiązaniem. Dziecko to takie dziwne siteczko. Wlewasz, wlewasz, wlewasz i nigdy nie wiesz, co przeleci, a co zostanie. Często odkrywam, że w małej główce Milana zostały właśnie te ważne rzeczy. I to jest cud :)
środa, 25 stycznia 2012
Czytam straszną książkę. Po prostu potworność. Flaki z olejem. I zasmażka. Rzecz o komunikacji bez przemocy. Temat dość znany i pewnie bym się na książkę nie połaszczyła, gdyby nie szczególne pole zastosowania: dzieci. Jako mama pobudliwego trzylatka, którego koncentracja na jednej rzeczy trwa krócej niż bieg na setkę, chwytam się każdej metody, dzięki której mogłabym się lepiej porozumieć z synem.
Czytam więc o tym, żeby najpierw oprzeć się na „szkiełku i oku” i zawrzeć w słowach to, co się dzieje, co jest organoleptycznie do skonstatowania.
Następnie należy się skontaktować ze sferą uczuć. Własnych i dziecka. Co czuję w związku z tym, co się dzieje? Dla facetów amba z przerzutką. Czarna skrzynka. Dla kobitek częściej pewnie labirynt bez jednego najlepszego wyjścia. Dla odmiany skrzynka z guzikami. Podczas gdy jedna połowa mózgu kombinuje nad własnymi emocjami, druga połowa stara się odgadnąć, co się kręci w małej acz skomplikowanej główce dziecka. Najczęściej mały kwiczoł jeszcze nie wie albo nie umie nazwać tego, co każe mu się drzeć i walić pięściami w drzwi, ale my już wiemy, że jest to złość za ograniczenie wolności, przemożna chęć samodecydowania, pęd do zabawy itd. Autor radzi, nie bez racji, żeby podpowiedzieć maluchowi kilka opcji. A nuż widelec zgadnie i tym samym nauczy się co nie co o swoich emocjach.
Następnie należy ująć zgrabnie z słowa potrzebę, która mną targa. Może to być np. potrzeba spokojnego wieczoru, potrzeba szacunku ze strony dziecka, chęć zabezpieczenia młodzika przed zabójczym katarem albo napadem głodu. Analogicznie do powyższego należy nazwać potrzeby dziecka, np. chęć bycia zapytanym o zdanie we własnej sprawie, chęć zabawy, potrzeba uznania ze strony rówieśników. Również analogicznie należy ułatwić dziecku nazwanie jego potrzeb przez podpowiedź.
Na koniec, jak wisienka na torcie, należy sformułować prośbę. Już wiem, co widzę, co czujemy, co potrzebujemy, więc teraz mam poprosić dziecko o konkretne zachowanie. Tudzież tak sformułować pytanie, abyśmy wspólnie mogli wypracować rozwiązanie, które pozwoli nam zaspokoić nasze potrzeby.
Mniej więcej wygląda to tak: „Synu, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami. Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?” I tu, według teorii, następuje wspólne wypracowanie zadowalającego rozwiązania. W efekcie rodzic i dziecko np. w tym momencie ruszają na zakupy zabierając ze sobą auta, żeby dziecko mogło kontynuować zabawę.
Mogę sobie wyobrazić tę sytuację z Milanem.
Ja: Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami.
Milan: Wwwwww!!! Kaczał kaczał kaczał! (to za ZigZakiem McQuinnem – przyp. mamy) Mama, popatrz! Wwwwww!!! Kszzzz..... Wypadek!
Ja (staram się nadal nawiązać kontakt): Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś...
Milan: Ijo, ijo, ijo, polizei! Schau mal! Pan policjant jedzie!
Ja (no dobra, idę dalej z tematem): Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść...
Milan: Tyk, tyk, tyk, wrrr, wrrr, wrrr... Naprawiony! Wwwwww.... Popatrz, Majkel McQuinn jedzie! One-man-show!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ...
Milan: Nie! Nie na zakupy! Popatrz, McQuinn jedzie, wwwwww!!! Mam twoje auto. Masz, to twoje auto na wakacje. Jedziemy na wakacje!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację...
Milan: Je nie lubię kolacji. Jedziemy na wakacje? Masz, to twoje auto na wakacje.
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu.
Milan: Ja nie lubię kolacji. Nie burczy ci w brzuchu. Jedziemy na wakacje? Popatrz, ale tory! Taaakie duże! Jedziemy?
Ja: Milan, zaczyna mi burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?
Milan: Nie możemy nic zrobić. Nie lubię kolacji. Nie lubię się dobrze bawić. Nie lubię coś zjeść (mój syn używa pojedynczego przeczenia w zdaniu).
Ja: Może pojedziemy teraz razem na zakupy, wrócimy za pół godziny i będziesz mógł się dalej bawić?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pojedziemy razem na zakupy! Nie wrócimy za pół godziny! Nie będę mógł się dalej bawić!
Ja: To może pobawisz się teraz przez kwadrans, a potem pojedziemy na zakupy?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pobawię się teraz przez kwadrans! Nie pojedziemy potem na zakupy!
Ja: To może poprosimy tatę, żeby zrobił zakupy po drodze z pracy?
Milan: Nie nie nie! Nie poprosimy taty!
Ja: No to może...
Milan: NIE NIE NIE NIE!!!
To się nazywa pozamiatane.
Milan blokuje się na NIE. Neguje wszystko, co się rusza. Nawet Krecika, Bolka i Lolka. Ja jestem głodna jak wilk. W związku z tym jestem zła, bo nieprędko się najem tak, jakbym chciała. Milan nie chce się ani bawić, ani nie bawić, ani wypuścić mnie z pokoju. Ja chcę uciec i wrzucić na ruszt szybko cokolwiek, może być awokado wyżarte łyżeczką z łupinki.
Powyższy przykład nie znaczy jednak, że z trzylatkiem nie da się porozumieć bez przemocy. Można, tylko trzeba pokombinować. Na pewno skrócić zdania. Skrócić drogę myślową. Dawać jedką opcję na raz.
Z całej tej komunikacji bez przemocy u trzylatka z dużym prawdopodobieństwem zadziała jedno: odwołanie się do naszej biedy, bólu, głodu itd. Dzieciaki, nawet takie małe, są bardzo wrażliwe na krzywdę drugiego człowieka. Od razu chcą pomóc. Milan odstąpi nawet swoją czekoladkę, żeby mamę nakarmić. Choć normalnie za czekoladę dałby się pokroić.
Ogólnie sama koncepcja wydaje mi się więcej niż słuszna. Piękna, świadoma, wrażliwa, partnerska itd. Uczy empatii, decydowania, daje samopoznanie. Może powolutku i takie Milany będą w stanie po pierwsze oderwać się od zabawy, żeby wysłuchać mamy, a po drugie wysłuchać mamy od początku do końca na jeden raz? Nie poddaję się.
Czytam więc o tym, żeby najpierw oprzeć się na „szkiełku i oku” i zawrzeć w słowach to, co się dzieje, co jest organoleptycznie do skonstatowania.
Następnie należy się skontaktować ze sferą uczuć. Własnych i dziecka. Co czuję w związku z tym, co się dzieje? Dla facetów amba z przerzutką. Czarna skrzynka. Dla kobitek częściej pewnie labirynt bez jednego najlepszego wyjścia. Dla odmiany skrzynka z guzikami. Podczas gdy jedna połowa mózgu kombinuje nad własnymi emocjami, druga połowa stara się odgadnąć, co się kręci w małej acz skomplikowanej główce dziecka. Najczęściej mały kwiczoł jeszcze nie wie albo nie umie nazwać tego, co każe mu się drzeć i walić pięściami w drzwi, ale my już wiemy, że jest to złość za ograniczenie wolności, przemożna chęć samodecydowania, pęd do zabawy itd. Autor radzi, nie bez racji, żeby podpowiedzieć maluchowi kilka opcji. A nuż widelec zgadnie i tym samym nauczy się co nie co o swoich emocjach.
Następnie należy ująć zgrabnie z słowa potrzebę, która mną targa. Może to być np. potrzeba spokojnego wieczoru, potrzeba szacunku ze strony dziecka, chęć zabezpieczenia młodzika przed zabójczym katarem albo napadem głodu. Analogicznie do powyższego należy nazwać potrzeby dziecka, np. chęć bycia zapytanym o zdanie we własnej sprawie, chęć zabawy, potrzeba uznania ze strony rówieśników. Również analogicznie należy ułatwić dziecku nazwanie jego potrzeb przez podpowiedź.
Na koniec, jak wisienka na torcie, należy sformułować prośbę. Już wiem, co widzę, co czujemy, co potrzebujemy, więc teraz mam poprosić dziecko o konkretne zachowanie. Tudzież tak sformułować pytanie, abyśmy wspólnie mogli wypracować rozwiązanie, które pozwoli nam zaspokoić nasze potrzeby.
Mniej więcej wygląda to tak: „Synu, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami. Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?” I tu, według teorii, następuje wspólne wypracowanie zadowalającego rozwiązania. W efekcie rodzic i dziecko np. w tym momencie ruszają na zakupy zabierając ze sobą auta, żeby dziecko mogło kontynuować zabawę.
Mogę sobie wyobrazić tę sytuację z Milanem.
Ja: Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś wspaniały tor kolejowy i jeździsz po nim autami.
Milan: Wwwwww!!! Kaczał kaczał kaczał! (to za ZigZakiem McQuinnem – przyp. mamy) Mama, popatrz! Wwwwww!!! Kszzzz..... Wypadek!
Ja (staram się nadal nawiązać kontakt): Milan, widzę, że dobrze się bawisz. Zbudowałeś...
Milan: Ijo, ijo, ijo, polizei! Schau mal! Pan policjant jedzie!
Ja (no dobra, idę dalej z tematem): Bardzo się cieszę, że tak miło spędzasz czas. Potrzebuję iść...
Milan: Tyk, tyk, tyk, wrrr, wrrr, wrrr... Naprawiony! Wwwwww.... Popatrz, Majkel McQuinn jedzie! One-man-show!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ...
Milan: Nie! Nie na zakupy! Popatrz, McQuinn jedzie, wwwwww!!! Mam twoje auto. Masz, to twoje auto na wakacje. Jedziemy na wakacje!
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację...
Milan: Je nie lubię kolacji. Jedziemy na wakacje? Masz, to twoje auto na wakacje.
Ja: Potrzebuję iść po zakupy, ponieważ lodówka jest pusta i nie ma nic na kolację, a mi zaczyna burczeć w brzuchu.
Milan: Ja nie lubię kolacji. Nie burczy ci w brzuchu. Jedziemy na wakacje? Popatrz, ale tory! Taaakie duże! Jedziemy?
Ja: Milan, zaczyna mi burczeć w brzuchu. Jak sądzisz, co możemy zrobić, abyś zarówno ty mógł dobrze się bawić jak i ja w końcu coś zjeść?
Milan: Nie możemy nic zrobić. Nie lubię kolacji. Nie lubię się dobrze bawić. Nie lubię coś zjeść (mój syn używa pojedynczego przeczenia w zdaniu).
Ja: Może pojedziemy teraz razem na zakupy, wrócimy za pół godziny i będziesz mógł się dalej bawić?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pojedziemy razem na zakupy! Nie wrócimy za pół godziny! Nie będę mógł się dalej bawić!
Ja: To może pobawisz się teraz przez kwadrans, a potem pojedziemy na zakupy?
Milan: Nie, nie, nie! Nie pobawię się teraz przez kwadrans! Nie pojedziemy potem na zakupy!
Ja: To może poprosimy tatę, żeby zrobił zakupy po drodze z pracy?
Milan: Nie nie nie! Nie poprosimy taty!
Ja: No to może...
Milan: NIE NIE NIE NIE!!!
To się nazywa pozamiatane.
Milan blokuje się na NIE. Neguje wszystko, co się rusza. Nawet Krecika, Bolka i Lolka. Ja jestem głodna jak wilk. W związku z tym jestem zła, bo nieprędko się najem tak, jakbym chciała. Milan nie chce się ani bawić, ani nie bawić, ani wypuścić mnie z pokoju. Ja chcę uciec i wrzucić na ruszt szybko cokolwiek, może być awokado wyżarte łyżeczką z łupinki.
Powyższy przykład nie znaczy jednak, że z trzylatkiem nie da się porozumieć bez przemocy. Można, tylko trzeba pokombinować. Na pewno skrócić zdania. Skrócić drogę myślową. Dawać jedką opcję na raz.
Z całej tej komunikacji bez przemocy u trzylatka z dużym prawdopodobieństwem zadziała jedno: odwołanie się do naszej biedy, bólu, głodu itd. Dzieciaki, nawet takie małe, są bardzo wrażliwe na krzywdę drugiego człowieka. Od razu chcą pomóc. Milan odstąpi nawet swoją czekoladkę, żeby mamę nakarmić. Choć normalnie za czekoladę dałby się pokroić.
Ogólnie sama koncepcja wydaje mi się więcej niż słuszna. Piękna, świadoma, wrażliwa, partnerska itd. Uczy empatii, decydowania, daje samopoznanie. Może powolutku i takie Milany będą w stanie po pierwsze oderwać się od zabawy, żeby wysłuchać mamy, a po drugie wysłuchać mamy od początku do końca na jeden raz? Nie poddaję się.
sobota, 10 grudnia 2011
Dorastanie do roli
Czasem mówi się gładko "dorosłaś / nie dorosłaś do roli matki". Kiedyś czytałam ten zwrot tak jakby rozumiał się sam przez się. Rola matki była tak niepodzielna jak złotówka w jednej monecie.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
Dziś sama jestem mamą. Mam swoją mamę. Moja mama ma swoją mamę. I każda z nas - mam - jest inna. Rolę dyktują nam dzieci. Malutki reżyser potrzebuje karmicielki, właścicielki ciepłych ramion i ostoi w razie "W". Trochę większy reżyser wymaga czytania bajek, udziału w zabawie i tłumaczenia "co to jest" i "dlaczego". Potem przyjdzie pewnie moment na bycie czasem dalej, czasem bliżej, zwiększanie kredytu zaufania, radzenie sobie raz z bankrutem, innym razem wypłacanie odsetek... Nadejdzie też taki dzień, kiedy trzeba będzie pozwolić dziecku odejść. Przecinanie pępowiny jest bardziej bolesne dla matki niż dla dziecka. Dzieci są na to gotowe. Matki przeważnie nie - i nigdy nie będą.
W ten sposób pewnego dnia spotykamy się my-dorosłe dzieci i my-dorosłe matki. I czasem zapada taka niezręczna cisza... Jak tu poradzić sobie z dwiema rolami na raz? Jak rozmawiać na trudne tematy jak dwoje dorosłych ludzi, nie wbijając się znów w za ciasne spodnie matki czy dziecka? Jak zachować dystans i bliskość jednocześnie?
W ten sposób wykreślam niepodzielność roli matki z mojej świadomości. Ta rola nigdy się nie kończy na jednym scenopisie. Trzeba się jej uczyć całe życie. Trzeba do niej dorastać cały czas od nowa. Patrząc na mojego trzylatka mam w dodatku wrażenie, że życie dziecka składa się z samych faz buntu. Bunt dwulatka, trzylatka, sześciolatka, burza hormonalna nastolatka (a więc kontestacja wszystkiego, co się rusza), poszukiwanie samodzielności studenta, potem rycząca czterdziestka, kryzys wieku średniego... Przychodzi do ciebie twoje dziecko zawiązane w swoich buntach na supeł i czegoś od ciebie oczekuje. Za każdym razem czegoś innego. Czapki z głów przed mamą, która zawsze wie, który scenopis wyciągnąć.
piątek, 3 czerwca 2011
Czewony Namiot
Głosy kobiet. Pod tym hasłem spotkałyśmy się wczoraj w Sztuka Puka z Beatą. Beata oprócz zacięcia do opowiadania magicznych historii dzieciakom fascynuje się kobiecymi motywami w opowieściach z różnych kultur. A że dwie koleżanki właśnie wyjeżdżają na fantastyczne misje wolontariackie (jedna do Ghany wykuwać lokalne liderki, druga do Gwatemali pomagać kobietom rozkręcać ich babską spółdzielnię rękodzieła), Beata przyjechała, żeby otworzyć im (i nam) oczy na kobiecą wspólnotę odbitą w opowieściach jak w lustrze.
I tutaj mam kłopot. Z jednej strony głowa wchłonęła porcję wiedzy i mówi mi, że wspólnota kobiet to coś pradawnego, naturalnego, mocnego jak wiązanie aromatyczne w pierścieniu węglowodorowym. Z drugiej strony moje ciało i dusza mają tak skąpe (i momentami przykre) doświadczenia z tym związane, że nie chcą się na to otworzyć.
Z jednej strony mam naszą polską kulturę, nowobogacką, rozpędzoną wielkomiejsko i „yuppiszonowsko”. Każdy jest molekułą. Każda rodzina zaczyna się na rodzicach i kończy na dzieciach. Babcie i dziadkowie są co najwyżej opiekunami wnuków i dawcami nowych bucików, samochodzików i polis posagowych. Zniknęła „samopomoc babska” rozumiana jako wielopokoleniowy krąg zapewniający kontinuum kobiecym mądrościom. Ja sama pewnie z tysiąc razy wyśmiałam „babcine mądrości”. Jasne, niektóre są czystymi przesądami (jak o mieszaniu ciasta w jedną stronę, żeby się udało). Być może jednak niektóre są prawdziwe jak życie. Np. to, żeby „mężczyźnie nigdy całego przyrodzenia nie pokazywać”. Ja się z tego śmiałam, a tutaj w tradycji afrykańskiej znalazła się przepiękna historia o tym, jak to mężczyzna-hiena chce skrzywdzić dziewczynę. Dziewczyna przeżywa tylko dlatego, że zachowuje część wiedzy o sobie samej w sekrecie przed mężczyzną. On nie jest w stanie dosięgnąć jej i zranić, bo nie może jej przeniknąć. Aktualne? Jak bardzo!
Mamy w naszej polskiej (a może ogólnie słowiańskiej?) kulturze babskie tematy tabu jak miesiączkę, inicjację seksualną czy małżeński erotyzm. I mamy nowoczesne remedium: pisma typu „Girl” i erotyzm pozamałżeński :) Ręka do góry, jeśli Twoja mama / babcia opowiedziały Ci pięknie o kobiecej krwi zanim stałaś się kobietą, jeśli przeprowadziły się przez te pierwsze, zaskakujące doświadczenie w taki sposób, że poczułaś się wyjątkowo. Ja mam z tych momentów wspomnienia wyjątkowe, fakt. Wyjątkowo upokarzające, odhumanizowujące i pozbawiające kobiecości. Do tej pory nie chcę o tym wspominać. Tak samo jest z pozostałymi tabu. Każda dziewczynka a potem kobieta uczy się tego sama, metodą prób i błędów. Tak jakby odkrywała Amerykę i nikt inny przed nią tego nie doświadczał. Tak jakby kwestia inicjacji seksualnej objawiała się światu np. 21 maja 2011, kiedy to nastoletnia Ania idzie z poznanym miesiąc wcześniej chłopakiem do łóżka. Nie bardzo wie, dlaczego, po co, co się z nią działo, co z tym zrobić, ale z kim ma się tym podzielić?
W sukurs naszej niewiedzy idzie medycyna i psychologia. Nasz świat seksualności, doświadczeń porodowych i macierzyńskich jest naszpikowany medycznymi określeniami. Wiemy, co się chemicznie, biologicznie, fizycznie dzieje z naszym ciałem. Reakcje naszego wnętrza skatalogowała psychologia. Nagle ten świat stał się i znany, i oddzielony od nas zarazem. Zniknęła gdzieś magia przeżywania go indywidualnie, dla siebie. W medycynie nie ma wiele miejsca na tak nienamacalne i nieuleczalne przypadłości jak „radość”. Przez poporodowe smutki pomoże Ci przejść lekarz przepisując Ci antydepresanty, a nie druga kobieta, która sama jest matką i rozumie Cię najlepiej na świecie. Dzięki medycynie poznajemy siebie i potrafimy się wsadzić w ramki określeń „introwertyczny, ze skłonnościami do depresji, uzdolniony muzycznie, genetycznie obciążony alergią”, ale tu i teraz nie mamy kontaktu z własnym wnętrzem.
Po drugiej stronie Księżyca stoi świat, do którego wybierają się dziewczyny. Analfabetyczny, niezepsuty, tradycyjny świat kobiecych wspólnot. Indianki czy Afrykanki stają się kobietami, matkami, żonami, babkami dzięki innym kobietom, które pokazują im meandry całego procesu i są z nimi w ważnych chwilach. Siła kobiecości tkwi w tym, co natura uczyniła niedostępnym dla mężczyzn. Moc kobiecego kręgu podsycana jest pieczołowicie, niczym ogień przez Westalki. Żeby być kobietą, potrzebna jest siła. W każdej kulturze, ponieważ niezależnie od półkuli ziemskiej każda z nas staje się kobietą, matką, żoną. Ale też tylko my, kobiety, mamy moc odradzania się. W kulturach, które my nazywamy mniej cywilizowanymi, kobiety potrafią czerpać garściami ze wspólnotowej mocy. Mają swoje kobiece miejsca, okazje, spotkania, opowieści. Tego im zazdroszczę, bo czuję, że nie znalazłam jeszcze klamki od drzwi prowadzących do tego tajemnego pokoju. Może wygląda to inaczej? Może to ja krążę po pokoju, zamknięta w czterech ścianach własnych ograniczeń i nie znalazłam jeszcze wyjścia na świat? Świat, w którym czekają kobiety, spragnione bliskości drugiej kobiety, gotowe podzielić się swoją siłą? Świat, w którego centrum stoi Czerwony Namiot?
Beata Frankowska, Grupa Studnia O.
środa, 25 maja 2011
Kupa - happy end
No to mamy w domu małego chłopca. Sama nie wierzę, że to się stało tak szybko . Jeszcze dwa tygodnie temu biegałam z pieluszkami i za pieluszkami, a dziś poklepuję śliczne dziecięce pośladeczki odziane tylko w majtusie i spodenki (ze względu na mikry rozmiar owych pozwalam sobie na infantylne zdrobnienia).
Zaczęło się od chodzenia siku wtedy, jak chciał Jaśko, serdeczny przyjaciel Milana. Jaśko sikał - sikał też Milan. Jak Cygan, co dla towarzystwa dał się powiesić. Zaczęliśmy nagradzać każde siku do nocnika. Zaczął się szał, a potem cwaniakowanie. Milan potrafił co 5 minut lecieć na nocnik z 5 kropelkami, żeby zaraz potem, z majtkami wokół kostek, lecieć do kuchni po "naglode": groszki z czekolady, sezamka, kostkę czekoladki i takie tam. Potem my staliśmy się cwani i dawaliśmy pół nagrody albo wcale. Ale Milan też się zmądrzył i zaczął wybrzydzać: nie groszki tylko Mambę, nie sezamka tylko Rafaello.
Sytuacja przejściowa była taka: w żłobku bezawaryjnie, w domu różnie. Z tendencją ku lepszemu. Aż pewnego dnia zero wpadki i radość wieczorem. Tak się zaczęło wołanie "Mamo, ja chcę siku".
Pewnego dnia Milan usiadł na nocnik w wiadomym celu. Dałam mu do zabawy jakieś autko, on się zagapił mędzy "wrrrrr" i "ziuuuuuu" i tak przez przypadek zrobił kupę. Zdeprymowało go to jakoś i zaskoczyło. Jak dostał sutą nagrodę, to od razu polubił robienie kupy na nocnik. Historia z dzieleniem na raty powtórzyła się, ale byliśmy na to już przygotowani.
Wtedy znowu poszukał swojej bajki o kupie. Dziwne, ale oglądał ją z innym wyrazem twarzy, z jakąś radością nie podszytą podejrzeniem. Przewracał śmiało i koncentrował się na całkiem innych obrazkach niż kiedyś - właśnie na tych, na których bohater robi kupę na nocnik albo leci wyrzucić kupę do kibelka i spuścić wodę.
W niedzielę chłopaki pojechali do marketu budowlanego. W promocji były dziecięce deseczki na sedes (takie nakładki służące temu, aby dziecięca mini-pupa nie wpadała do toalety). Już wieczorem Milan zaprzyjaźnił się z Kubusiem Puchatkiem naklejonym na deseczkę. Nocnik poszedł do kąta.
I tak "Mamo, tato, ja chcę siku / kupę" stało się jednym z najczęściej słyszanych w naszym domu zdań. Zaraz po "Masz auto, jedziemy!". Jak patrzę na moje dziecko, które przed chwilą było pakietem wręczonym mi w szpitalu z całym dobrodziejstwem pomarszczenia na buzi, to nie dowierzam. Tyle "majlstounów" (czyli kamieni milowych) już za nami. Tak szybko?
Fajnie, choć przyznam, że łza się w oku kręci.
Zaczęło się od chodzenia siku wtedy, jak chciał Jaśko, serdeczny przyjaciel Milana. Jaśko sikał - sikał też Milan. Jak Cygan, co dla towarzystwa dał się powiesić. Zaczęliśmy nagradzać każde siku do nocnika. Zaczął się szał, a potem cwaniakowanie. Milan potrafił co 5 minut lecieć na nocnik z 5 kropelkami, żeby zaraz potem, z majtkami wokół kostek, lecieć do kuchni po "naglode": groszki z czekolady, sezamka, kostkę czekoladki i takie tam. Potem my staliśmy się cwani i dawaliśmy pół nagrody albo wcale. Ale Milan też się zmądrzył i zaczął wybrzydzać: nie groszki tylko Mambę, nie sezamka tylko Rafaello.
Sytuacja przejściowa była taka: w żłobku bezawaryjnie, w domu różnie. Z tendencją ku lepszemu. Aż pewnego dnia zero wpadki i radość wieczorem. Tak się zaczęło wołanie "Mamo, ja chcę siku".
Pewnego dnia Milan usiadł na nocnik w wiadomym celu. Dałam mu do zabawy jakieś autko, on się zagapił mędzy "wrrrrr" i "ziuuuuuu" i tak przez przypadek zrobił kupę. Zdeprymowało go to jakoś i zaskoczyło. Jak dostał sutą nagrodę, to od razu polubił robienie kupy na nocnik. Historia z dzieleniem na raty powtórzyła się, ale byliśmy na to już przygotowani.
Wtedy znowu poszukał swojej bajki o kupie. Dziwne, ale oglądał ją z innym wyrazem twarzy, z jakąś radością nie podszytą podejrzeniem. Przewracał śmiało i koncentrował się na całkiem innych obrazkach niż kiedyś - właśnie na tych, na których bohater robi kupę na nocnik albo leci wyrzucić kupę do kibelka i spuścić wodę.
W niedzielę chłopaki pojechali do marketu budowlanego. W promocji były dziecięce deseczki na sedes (takie nakładki służące temu, aby dziecięca mini-pupa nie wpadała do toalety). Już wieczorem Milan zaprzyjaźnił się z Kubusiem Puchatkiem naklejonym na deseczkę. Nocnik poszedł do kąta.
I tak "Mamo, tato, ja chcę siku / kupę" stało się jednym z najczęściej słyszanych w naszym domu zdań. Zaraz po "Masz auto, jedziemy!". Jak patrzę na moje dziecko, które przed chwilą było pakietem wręczonym mi w szpitalu z całym dobrodziejstwem pomarszczenia na buzi, to nie dowierzam. Tyle "majlstounów" (czyli kamieni milowych) już za nami. Tak szybko?
Fajnie, choć przyznam, że łza się w oku kręci.
poniedziałek, 14 marca 2011
Siedzę w nowych obrazkach
Oczami wyobraźni widzę, jak genialny fotograf-grafik-filozof Michał składa moją pierwszą książeczkę dla nieśmiałych dziewczynek od nowa i wychodzi z niej cudo. To znaczy cudo już było, teraz będzie cudo nad cuda :) Ja tymczasem siedzę z ołówkiem nad chłopięcą wersją historii i w zasadzie rysuję wszystko od nowa. Co się zmieni? Marzę o tym, żeby było więcej dynamiki, więcej życia w tych rysunkach. Żeby kolor był intensywniejszy, bardziej soczysty. Wymyśliłam sobie kilka ciekawych perspektyw, mniej "dorosłych". Próbuję oddać mimikę prostą kreską.
Waźne są też zmiany w tekście. Uświadomiła mi to "Płeć mózgu". Chłopiec nie przytula pluszowej zabawki na pocieszenie albo ukojenie lęku. Nie podskakuje ze strachu na widok robaka. Śmiało sprawdza magiczność kubka Wiedźminki. Nadal się boi, ale szybciej wychodzi ze swojej skorupki. Jest po prostu bardziej chłopięcy.
Pozostała Wiedźminka. Kuskus nadal chowa się na każdej stronie. Barni nadal wędruje po nocach. No i jest Robaczek-Chowaczek.
Nie mogę się doczekać, aż te dwie książeczki wreszcie ujrzą światło dzienne. Pewnie gdyby nie mój perfekcjonizm, już byłyby "w obiegu". Tylko dla mnie są "jeszcze nie nadające się do publikacji". Ciekawe, kiedy będę wiedziała, że to jest TO?
Do pisania podwójnych wersji jednej historii, dla dziewczynek i chłopców, skłoniło mnie kilka refleksji. Rozmowa z koleżanką-"psycholożką". Obserwacja Milana. Wywiad w żłobku. Książki. Przeczytałam o ciekawym doświadczeniu. W Izraelu próbowano w kibucu wychować pokolenie dziewczynek i chłopców zrównanych w prawach i obowiązkach. Mieli zostać pozbawieni tego, co niesie ich płeć, a co w kibucu wydawało się zbędne. Po latach okazało się, że dziewczynki wychowane jak chłopcy nadal wskakiwały w buty ich matek i kontynuowały swoje kobiece role. Eksperyment się więc nie powiódł. Kobiecość mamy zapisaną głębiej niż w tradycji. Potem ciocia Ania ze żłobka opowiedziała mi o swojej znajomej, która miała synka i wychowywała go z różowym kolorem, wózkiem do lalek itd. Nie wiem, w czym leżał problem, ale chłopiec wkrótce stał się pośmiewiskiem klasy. Bał się. Nikt nie chciał się z nim bawić. On nie chciał się z nikim bawić. Odstawał od grupy. Wniosek - przyjdzie czas, jak nawet mój synek złapie za jakiś plastikowy pistolet, nawet jeśli wychowujemy go na pacyfistę. Natura upomni się o swoje.
Waźne są też zmiany w tekście. Uświadomiła mi to "Płeć mózgu". Chłopiec nie przytula pluszowej zabawki na pocieszenie albo ukojenie lęku. Nie podskakuje ze strachu na widok robaka. Śmiało sprawdza magiczność kubka Wiedźminki. Nadal się boi, ale szybciej wychodzi ze swojej skorupki. Jest po prostu bardziej chłopięcy.
Pozostała Wiedźminka. Kuskus nadal chowa się na każdej stronie. Barni nadal wędruje po nocach. No i jest Robaczek-Chowaczek.
Nie mogę się doczekać, aż te dwie książeczki wreszcie ujrzą światło dzienne. Pewnie gdyby nie mój perfekcjonizm, już byłyby "w obiegu". Tylko dla mnie są "jeszcze nie nadające się do publikacji". Ciekawe, kiedy będę wiedziała, że to jest TO?
Do pisania podwójnych wersji jednej historii, dla dziewczynek i chłopców, skłoniło mnie kilka refleksji. Rozmowa z koleżanką-"psycholożką". Obserwacja Milana. Wywiad w żłobku. Książki. Przeczytałam o ciekawym doświadczeniu. W Izraelu próbowano w kibucu wychować pokolenie dziewczynek i chłopców zrównanych w prawach i obowiązkach. Mieli zostać pozbawieni tego, co niesie ich płeć, a co w kibucu wydawało się zbędne. Po latach okazało się, że dziewczynki wychowane jak chłopcy nadal wskakiwały w buty ich matek i kontynuowały swoje kobiece role. Eksperyment się więc nie powiódł. Kobiecość mamy zapisaną głębiej niż w tradycji. Potem ciocia Ania ze żłobka opowiedziała mi o swojej znajomej, która miała synka i wychowywała go z różowym kolorem, wózkiem do lalek itd. Nie wiem, w czym leżał problem, ale chłopiec wkrótce stał się pośmiewiskiem klasy. Bał się. Nikt nie chciał się z nim bawić. On nie chciał się z nikim bawić. Odstawał od grupy. Wniosek - przyjdzie czas, jak nawet mój synek złapie za jakiś plastikowy pistolet, nawet jeśli wychowujemy go na pacyfistę. Natura upomni się o swoje.
sobota, 5 marca 2011
Anty-Puchatkowe książki dla dzieci
Byłam dziś na Targach Książki dla Dzieci i Młodzieży w Poznaniu. Nabiłam sobie do głowy Minimini i spodziewałam się tłumu kopii Mani, kotka Jessa, Roztańczonej Angeliny, Olinka Okrąglinka i innych telewizyjnych hitów. Oczekiwałam landrynkowych kolorów "emanujących bezpieczeństwem", radosnych, pogodnych i inne srutututu.
Obejrzałam książki nominowane do różnych nagród i te nagrodzone. Obejrzałam wystawę polskich ilustratorów. Przeszłam po stoiskach wydawnictw książek dla dzieci. Polscy ilustratorzy "dali czadu"! Byłam zaskoczona tym, co i jak proponują dzieciom. Po pierwsze, postacie dalekie od pluszakowatości, krągłości i dziecięcych proporcji. Plejada gwiazd: długie, z charakterystycznymi nosami, bezkształtne, brzydkie, abstrakcyjne, proste, skomplikowane... Anty-Puchatki, tak bym to określiła w skrócie. I na ten widok już się rozchmurzyłam :)
Po drugie, żadnych bzdurnych kolorków. Więcej w zasadzie kolorów mocnych, żywych, zdecydowanych. Często kolory były ograniczone do kilku-kilkunastu w jednej książce. Po trzecie, łączenie technik i mnogość tychże. Zdjęcia + rysowanie. Czarne tło i białe kreski. Malowanie pędzlem i rysowanie ołówkiem. Malowanie + wydzieranki z gazet. Niesamowite efekty.
Po czwarte, liternictwo jest tak samo ważne jak grafika i stanowi część konceptu strony. Specjalnie dobrane, "niedzieciowe" fonty. Litery zakomponowane w bloki, bloki wrzucone prosto albo krzywo, niektóre sformułowania celowo powiększone albo pomniejszone. Wszystko, co z liter można wycisnąć na rzecz koncepcji, weszło do książek dla dzieci. Dzięki temu wyglądają one bardziej na świetnie złożone, ultra-nowoczesne katalogi dla dorosłych.
Po piąte, dużo abstrakcji. Jak opisać abstrakcję? Może przykładem, bo nic innego nie przychodzi mi na myśl. W tekście jest "Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem", a na obrazku jeden duży czarny kleks i kilka czarnych, małych kleksów. Niby pies i ślady psa. I cała książka biało-czarno-czerwona. Rewelacja!
Jeśli mój synek ma dorastać na takich ilustracjach i takich historiach, to TAK, TAK, TAK!
P.S. Na własne oczy widziałam Bohdana Butenkę live! :)
Obejrzałam książki nominowane do różnych nagród i te nagrodzone. Obejrzałam wystawę polskich ilustratorów. Przeszłam po stoiskach wydawnictw książek dla dzieci. Polscy ilustratorzy "dali czadu"! Byłam zaskoczona tym, co i jak proponują dzieciom. Po pierwsze, postacie dalekie od pluszakowatości, krągłości i dziecięcych proporcji. Plejada gwiazd: długie, z charakterystycznymi nosami, bezkształtne, brzydkie, abstrakcyjne, proste, skomplikowane... Anty-Puchatki, tak bym to określiła w skrócie. I na ten widok już się rozchmurzyłam :)
Po drugie, żadnych bzdurnych kolorków. Więcej w zasadzie kolorów mocnych, żywych, zdecydowanych. Często kolory były ograniczone do kilku-kilkunastu w jednej książce. Po trzecie, łączenie technik i mnogość tychże. Zdjęcia + rysowanie. Czarne tło i białe kreski. Malowanie pędzlem i rysowanie ołówkiem. Malowanie + wydzieranki z gazet. Niesamowite efekty.
Po czwarte, liternictwo jest tak samo ważne jak grafika i stanowi część konceptu strony. Specjalnie dobrane, "niedzieciowe" fonty. Litery zakomponowane w bloki, bloki wrzucone prosto albo krzywo, niektóre sformułowania celowo powiększone albo pomniejszone. Wszystko, co z liter można wycisnąć na rzecz koncepcji, weszło do książek dla dzieci. Dzięki temu wyglądają one bardziej na świetnie złożone, ultra-nowoczesne katalogi dla dorosłych.
Po piąte, dużo abstrakcji. Jak opisać abstrakcję? Może przykładem, bo nic innego nie przychodzi mi na myśl. W tekście jest "Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem", a na obrazku jeden duży czarny kleks i kilka czarnych, małych kleksów. Niby pies i ślady psa. I cała książka biało-czarno-czerwona. Rewelacja!
Jeśli mój synek ma dorastać na takich ilustracjach i takich historiach, to TAK, TAK, TAK!
P.S. Na własne oczy widziałam Bohdana Butenkę live! :)
wtorek, 1 marca 2011
Kupa a sprawa polska
Allle mnie w piątek wzięło! I na auto-ironiczne rozrachunki, i na chorowanie. Przez weekend symulowałam życie ograniczając się do fizjologii. W poniedziałek odzyskałam głos. Dziś jest wtorek i czuję, że żyję. Na razie przez malutkie "ż", ale kierunek jest już prawidłowy.
Meldunek ze żłobka: synek grzecznie chodzi z innymi dziećmi na nocnik. Za każdym razem wydusi przysłowiową kropelkę. Ewidentnie cieszy go to niesamowite zjawisko :) Kupa nadal leży w sferze lęków i unika wtedy wzroku ludzkiego, jak tylko może. Niemniej jesteśmy bliżej celu. Myślę, że pomaga mu w tym trochę narysowana naprędce bajeczka. Nawet dwulatek pojmuje, że kupa się robi z jedzenia. Że jak jedzenie vel kupa leży w brzuszku, to brzuch boli. Dlatego kupę robić jest dobrze i kupa jest OK. Kupa oczywiście śmierdzi - nie będę mu wciskać, że jest inaczej, bo już tyle rozumie nawet bez pomocy mamusi. Ale jak się kupę z nocnika przerzuci do toalety i spuści wodę, to i nie śmierdzi, i zabawa jest przednia. Mój pierworodny przekłada dzielnie karteczki, mruczy coś sobie pod nosem, czasem woła głosem godnym odkrycia Ameryki "KUPA ŚMIERDZI! FFFFUJ!". Jest w tym jednak samo życie. Kupa to nie miód i maliny.
Kiedyś oglądałam prześmieszną bajeczkę o kupie. Skandynawską. Pamiętam, że narysowano w niej różne rodzaje kupy: małą, dużą, poskręcaną itd. Dzieci mogły się też dowiedzieć, skąd się biorą śmierdzące bąki. I różne inne rzeczy a propos wydalania. Myślę, że to fantastyczna rzecz, żeby dzieciom mówić o takich sprawach zanim wejdą w fazę naturalnego (niestety czasem sięgającego niezdrowego poziomu) wstydu. Potem jest już trudniej odwrócić skrępowanie i oddać dziecku naturalną zdolność poruszania wszystkich tematów i zadawania wszelkich pytań.
Czy ja aby nie przesadzam? Patrzę po pokoleniu naszych dziadków, rodziców, nas samych może już coraz mniej. Nasi dziadkowie i tatusiowie nie mówili o kłopotach z prostatą. Po prostu chorowali. Nie mówiono też o jelicie grubym ani odbycie - tylko skąd nagle wysyp reklam środków przeciw hemoroidom? Wiele tematów było jeszcze niedawno tabu. Dziś ludzie wychodzą na ulicę i chcą o tym krzyczeć, bo z milczenia czasem trudno przejść do spokojnego dialogu.
Meldunek ze żłobka: synek grzecznie chodzi z innymi dziećmi na nocnik. Za każdym razem wydusi przysłowiową kropelkę. Ewidentnie cieszy go to niesamowite zjawisko :) Kupa nadal leży w sferze lęków i unika wtedy wzroku ludzkiego, jak tylko może. Niemniej jesteśmy bliżej celu. Myślę, że pomaga mu w tym trochę narysowana naprędce bajeczka. Nawet dwulatek pojmuje, że kupa się robi z jedzenia. Że jak jedzenie vel kupa leży w brzuszku, to brzuch boli. Dlatego kupę robić jest dobrze i kupa jest OK. Kupa oczywiście śmierdzi - nie będę mu wciskać, że jest inaczej, bo już tyle rozumie nawet bez pomocy mamusi. Ale jak się kupę z nocnika przerzuci do toalety i spuści wodę, to i nie śmierdzi, i zabawa jest przednia. Mój pierworodny przekłada dzielnie karteczki, mruczy coś sobie pod nosem, czasem woła głosem godnym odkrycia Ameryki "KUPA ŚMIERDZI! FFFFUJ!". Jest w tym jednak samo życie. Kupa to nie miód i maliny.
Kiedyś oglądałam prześmieszną bajeczkę o kupie. Skandynawską. Pamiętam, że narysowano w niej różne rodzaje kupy: małą, dużą, poskręcaną itd. Dzieci mogły się też dowiedzieć, skąd się biorą śmierdzące bąki. I różne inne rzeczy a propos wydalania. Myślę, że to fantastyczna rzecz, żeby dzieciom mówić o takich sprawach zanim wejdą w fazę naturalnego (niestety czasem sięgającego niezdrowego poziomu) wstydu. Potem jest już trudniej odwrócić skrępowanie i oddać dziecku naturalną zdolność poruszania wszystkich tematów i zadawania wszelkich pytań.
Czy ja aby nie przesadzam? Patrzę po pokoleniu naszych dziadków, rodziców, nas samych może już coraz mniej. Nasi dziadkowie i tatusiowie nie mówili o kłopotach z prostatą. Po prostu chorowali. Nie mówiono też o jelicie grubym ani odbycie - tylko skąd nagle wysyp reklam środków przeciw hemoroidom? Wiele tematów było jeszcze niedawno tabu. Dziś ludzie wychodzą na ulicę i chcą o tym krzyczeć, bo z milczenia czasem trudno przejść do spokojnego dialogu.
piątek, 25 lutego 2011
"Bajki naścienne"
Od wczoraj zabieram się za pisanie. Gardło mnie rozbolało, chrypa chwyciła krtań mocną garścią i pisanie stało się jedyną bezbolesną formą komunikacji.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, czy są bajki dla dorosłych. Tak strasznie zresztą nie musiałam się wysilać, bo oczywiście są. Mamy cała gamę dzieł science-fiction, w różnej proporcji science i fiction. Mamy fantasy. Mamy też "real fantasy", jak nazywam produkcje typu "Mamma mia" czy "Ja cię kocham, a ty śpisz". Te ostatnie ogląda się najlepiej z pudłem lodów pod ręką, "ku pokrzepieniu serc". Doszłam jednak do wniosku, że najlepszymi bajkami zakrawającymi na bajki psychoedukacyjne jest literatura korporacyjna.
Co to jest za zwierz? Ha! Dla niezorientowanych, są to wewnętrzne gazetki, prezentacje, hasła przewodnie wiszące na ścianach, polityki i przemówienia skierowane od wodzów do ludu pracującego. Ich celem, jak każdej szanującej się bajki psychoedukacyjnej, jest dokonanie w odbiorcach jakiejś zmiany wewnętrznej, aby możliwa była zmiana zewnętrzna. "Bajki naścienne" (to chyba adekwatna nazwa dla czegoś, co wisi na ścianie) są wypracowaniami wypełnionymi górnolotnymi słowami po dyskretne, pseudo-eleganckie antyramy. Wartości firmy to oczywiście koleżeńskość, wespół w zespół, uczciwość, rzetelność, poświęcenie dla firmy, pokłonienie się celom firmowym, wiara w słowo wodza, służenie klientowi, itp. W prezentacjach pokazywanych na spotkaniach ze starszyzną plemienną pokazuje się piękne zdjęcia, uśmiechnięte buzie, radosne produkty, szczęśliwych klientów - ku chwale firmy! Gdy prezentowany jest nowy system motywacyjny, zazwyczaj jest on tak skomplikowany, że trzeba go uprościć chłopu od kielni i młota mówiąc: "Chłopie, możesz zarobić więcej!".
Moimi ulubionymi są jednak gazetki firmowe. Od pierwszej do ostatniej strony. Życzenia świąteczne od prezesa i jego rodziny, którzy to wszyscy są przecież ludźmi takimi jak prosty pracownik: spełnienia zawodowego, motywacji, zapału, wytrwałości w realizacji celów. I szczęścia w życiu osobistym, bo to ważne. W tle choinka z Photoshopa, góra prezentów z Photoshopa i dzieci pewnie też z Photoshopa. Normalny człowiek musi sobie tę choinkę po prostu kupić za pieniądze zarobione w nowym systemie motywacyjnym. O dziwo, choinka wypada o pół metra niższa niż w zeszłym roku. Strona druga - dlaczego nasza firma jest najlepsza. Strona trzecia - dzień codzienny naszego fantastycznego działu kontroli wewnętrznej. Strona czwarta - pracownicy miesiąca. Strona piąta - wartości naszej firmy. Ostatnia strona zazwyczaj jest "luzacka": żarciki, komiksiki, przepisiki na klopsiki.
Produkcja "bajek naściennych" zajmuje firmom zazwyczaj sporo czasu i pochłania konkretne pieniądze. Powinna więc działać. Dlaczego więc typowy "szczurek korporacyjny" chodzi niezmiennie niezadowolony, naburmuszony, agresywny, poirytowany i wrogo nastawiony do bliźniego? Dlaczego wszystkie korporacyjne bla bla bla ma głęboko w... poważaniu i pilnuje jedynie pozorów? Dlaczego o swojej firmie mówi źle albo wcale?
Może dlatego, że w tych "bajkach naściennych" nie ma ani krzty magii?
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, czy są bajki dla dorosłych. Tak strasznie zresztą nie musiałam się wysilać, bo oczywiście są. Mamy cała gamę dzieł science-fiction, w różnej proporcji science i fiction. Mamy fantasy. Mamy też "real fantasy", jak nazywam produkcje typu "Mamma mia" czy "Ja cię kocham, a ty śpisz". Te ostatnie ogląda się najlepiej z pudłem lodów pod ręką, "ku pokrzepieniu serc". Doszłam jednak do wniosku, że najlepszymi bajkami zakrawającymi na bajki psychoedukacyjne jest literatura korporacyjna.
Co to jest za zwierz? Ha! Dla niezorientowanych, są to wewnętrzne gazetki, prezentacje, hasła przewodnie wiszące na ścianach, polityki i przemówienia skierowane od wodzów do ludu pracującego. Ich celem, jak każdej szanującej się bajki psychoedukacyjnej, jest dokonanie w odbiorcach jakiejś zmiany wewnętrznej, aby możliwa była zmiana zewnętrzna. "Bajki naścienne" (to chyba adekwatna nazwa dla czegoś, co wisi na ścianie) są wypracowaniami wypełnionymi górnolotnymi słowami po dyskretne, pseudo-eleganckie antyramy. Wartości firmy to oczywiście koleżeńskość, wespół w zespół, uczciwość, rzetelność, poświęcenie dla firmy, pokłonienie się celom firmowym, wiara w słowo wodza, służenie klientowi, itp. W prezentacjach pokazywanych na spotkaniach ze starszyzną plemienną pokazuje się piękne zdjęcia, uśmiechnięte buzie, radosne produkty, szczęśliwych klientów - ku chwale firmy! Gdy prezentowany jest nowy system motywacyjny, zazwyczaj jest on tak skomplikowany, że trzeba go uprościć chłopu od kielni i młota mówiąc: "Chłopie, możesz zarobić więcej!".
Moimi ulubionymi są jednak gazetki firmowe. Od pierwszej do ostatniej strony. Życzenia świąteczne od prezesa i jego rodziny, którzy to wszyscy są przecież ludźmi takimi jak prosty pracownik: spełnienia zawodowego, motywacji, zapału, wytrwałości w realizacji celów. I szczęścia w życiu osobistym, bo to ważne. W tle choinka z Photoshopa, góra prezentów z Photoshopa i dzieci pewnie też z Photoshopa. Normalny człowiek musi sobie tę choinkę po prostu kupić za pieniądze zarobione w nowym systemie motywacyjnym. O dziwo, choinka wypada o pół metra niższa niż w zeszłym roku. Strona druga - dlaczego nasza firma jest najlepsza. Strona trzecia - dzień codzienny naszego fantastycznego działu kontroli wewnętrznej. Strona czwarta - pracownicy miesiąca. Strona piąta - wartości naszej firmy. Ostatnia strona zazwyczaj jest "luzacka": żarciki, komiksiki, przepisiki na klopsiki.
Produkcja "bajek naściennych" zajmuje firmom zazwyczaj sporo czasu i pochłania konkretne pieniądze. Powinna więc działać. Dlaczego więc typowy "szczurek korporacyjny" chodzi niezmiennie niezadowolony, naburmuszony, agresywny, poirytowany i wrogo nastawiony do bliźniego? Dlaczego wszystkie korporacyjne bla bla bla ma głęboko w... poważaniu i pilnuje jedynie pozorów? Dlaczego o swojej firmie mówi źle albo wcale?
Może dlatego, że w tych "bajkach naściennych" nie ma ani krzty magii?
czwartek, 17 lutego 2011
Fantazje dwulatków
Dlaczego bajki dla dwulatków są takie... "dwuwymiarowe"? Krzyś poszedł do ogródka. Krzyś bawił się piłeczką. Krzyś pogłaskał kotka. Obserwuję moje dwuletnie dziecko i stwierdzam, że jego wyobraźnia jest daleko bardziej rozwinięta niż te proste obrazy. Dziś zastrzelił mnie następującą wiadomością: "Ja mam w brzuszku małą dzidzię. Malutką jak fasolka. A ty, mama, masz w brzuszku groszki." Niedawno oznajmił, że w kościółku mieszka krokodyl. Krokodyl w kościółku gotuje zupę dla Milana i dla babci. Albo że jedzie do Reala kupić dom dla dziadka Andrzeja. Skąd mu się takie wizje biorą? Ot, zagadka.
Skonsultowałam moje spostrzeżenie z koleżanką Hanią, mamą Mateusza, z którym Milan w jedną noc przyszedł na świat. Mateusz niedawno wymyślił, że dziadka Henia gonił dzik i dziadek uciekał na drzewo i krzyczał "latunku". Nasze chłopaki razem chodzą do żłobka i tam podobno wspólnie wożą towar do Lidla i gotują zupę. Zdolność do fantazjowania obejmuje również wyobrażanie sobie, że dane przedmioty są czymś innym. Milan ustawia klocki jeden za drugim i mówi, że to pociąg. "U uuuuu!" - jedziemy, mama.
Dziecięce fantazjowanie ma też ujemną stronę - lęki. Milan co noc wbiega w środku nocy do naszej sypialni i ze słowami "boję się, boję się" pakuje się między nas. Nie wiem, czy boi się ciemności, czy boi się spać sam, czy boi się jakichś cieni. On sam jeszcze nie wie, a gdy zadaję jakiekolwiek pytania zamknięte: "Czy boisz się ciemności?" odpowiada "Tak", obojętnie o co zapytam. Inna scena: na parkingu. Staje za mną i mówi, że się boi dużego auta. Jeszcze niedawno leciał przez parking dotykając każdego znaczka na aucie. Ostatnio wiele przedmiotów wzbudza w nim lęk. Łącznie z magiczną kupą w nocniku.
Z książeczek, które mamy na półce, Milan chętnie ogląda "literaturę faktu" czyli zdjęcia krów, niedźwiedzi, psów itd. Ale równie chętnie słucha opowieści o tym, jak papuga Nico uciekła i schowała się na obrazku. Potrafi parę minut siedzieć i szukać papuziego ogona wśród tysiąca detali na średnio realnym obrazku. Lubi też cienką książeczkę o tym, jak Świnka Peppa, jej brat Jacek i dinozaur Jacka idą do dentysty, pana Słonia. W efekcie oględzin dinozaur ma myte ząbki i płucze buzię specjalnym płynem. Kto widział pluszowego dinozaura na fotelu? Ale dzięki temu Milan chętniej myje zęby. Ja opowiadam historię o dinozaurze u dentysty, a on siedzi z dosłownie rozdziawioną paszczą. Więcej fantazji i odwagi z naszej - rodzicielskiej - strony, a może nasze dzieci będą śmielej i z większą wyobraźnią iść przez życie? Wyobraźnia jest potrzebna jak powietrze :)
Skonsultowałam moje spostrzeżenie z koleżanką Hanią, mamą Mateusza, z którym Milan w jedną noc przyszedł na świat. Mateusz niedawno wymyślił, że dziadka Henia gonił dzik i dziadek uciekał na drzewo i krzyczał "latunku". Nasze chłopaki razem chodzą do żłobka i tam podobno wspólnie wożą towar do Lidla i gotują zupę. Zdolność do fantazjowania obejmuje również wyobrażanie sobie, że dane przedmioty są czymś innym. Milan ustawia klocki jeden za drugim i mówi, że to pociąg. "U uuuuu!" - jedziemy, mama.
Dziecięce fantazjowanie ma też ujemną stronę - lęki. Milan co noc wbiega w środku nocy do naszej sypialni i ze słowami "boję się, boję się" pakuje się między nas. Nie wiem, czy boi się ciemności, czy boi się spać sam, czy boi się jakichś cieni. On sam jeszcze nie wie, a gdy zadaję jakiekolwiek pytania zamknięte: "Czy boisz się ciemności?" odpowiada "Tak", obojętnie o co zapytam. Inna scena: na parkingu. Staje za mną i mówi, że się boi dużego auta. Jeszcze niedawno leciał przez parking dotykając każdego znaczka na aucie. Ostatnio wiele przedmiotów wzbudza w nim lęk. Łącznie z magiczną kupą w nocniku.
Z książeczek, które mamy na półce, Milan chętnie ogląda "literaturę faktu" czyli zdjęcia krów, niedźwiedzi, psów itd. Ale równie chętnie słucha opowieści o tym, jak papuga Nico uciekła i schowała się na obrazku. Potrafi parę minut siedzieć i szukać papuziego ogona wśród tysiąca detali na średnio realnym obrazku. Lubi też cienką książeczkę o tym, jak Świnka Peppa, jej brat Jacek i dinozaur Jacka idą do dentysty, pana Słonia. W efekcie oględzin dinozaur ma myte ząbki i płucze buzię specjalnym płynem. Kto widział pluszowego dinozaura na fotelu? Ale dzięki temu Milan chętniej myje zęby. Ja opowiadam historię o dinozaurze u dentysty, a on siedzi z dosłownie rozdziawioną paszczą. Więcej fantazji i odwagi z naszej - rodzicielskiej - strony, a może nasze dzieci będą śmielej i z większą wyobraźnią iść przez życie? Wyobraźnia jest potrzebna jak powietrze :)
poniedziałek, 14 lutego 2011
Bo zabierze cię Cyganka!
Podobno do 8. roku życia w dziecku kształtują się najważniejsze postawy życiowe, przekonania, scenariusze postępowania i schematy działań skierowane na "wygraną" bądź "przegraną" (polecam stare ale jare Born to Win). Przypominam sobie w tym momencie nasze babcie i mamy, które mawiały do nas np. tak: Jak będziesz niegrzeczny, to zabierze cię Cyganka! Ukraińcom nie wierz jak psom. Dzieci i ryby głosu nie mają. Grzeczna dziewczynka nie krzyczy, nie złości i nie kłóci się z innymi. Nie wychylaj się. Jako kilkuletnia dziewczynka nie wiedziałam, skąd się biorą takie przekonania w mojej matriarchalnej rodzinie. Nie myślałam o wojnie, o powojennym głodzie, o tradycyjnych czy rewolucyjnych modelach wychowywania dziewczynek i chłopców. Nie wiedziałam o dziedzictwie kobiet, które ukształtowały mój fundament przekonań.
Zastanawialiście się nad bajkami, jakich słuchaliśmy w dzieciństwie? Kopciuszek - wzór do naśladowania. Biedny, pogardzany, przepracowany, skromny, milczący, rozmarzony. Rozkwita dopiero u boku księcia. Królewna Śnieżka - odrzucona przez macochę, wypędzona do lasu, skromna, pracowita itd. Budzi ją do życia pocałunek księcia. O smoku - szewczyk dzięki sprytowi zabija smoka i w nagrodę dostaje królewnę i pół królestwa. Ciekawe, ile w nas pozostało z Kopciuszków poświęcających się w oczekiwaniu na tego Jedynego, który nas wyrwie z niewoli?
Po latach zaczynam odsiewać to, co we mnie "moje" a co "wyuczone". Oj, jest tego osadu! Zaprzęgając mózg można dotrzeć do prawdziwego siebie i zacząć od nowa pracować nad schematami myślenia i modelami zachowań. O ile jednak dzieciom taka nauka przychodzi z łatwością, dla nas, dorosłych, jest to niezła ścieżka zdrowia.
Dlatego piszę takie bajki, w których i dziewczynki, i chłopcy mają w swoim życiu moc sprawczą, podejmują odpowiedzialność na swoją miarę, aktywnie rozwiązują problemy i podejmują walkę z własnymi lękami. Wierzę, że dzieci, które wyrosną na takich bajkach, będą szczęśliwsze.
Dziś trzeci odcinek bajki "Kto schował Julkę?" Czekam na wrażenia tych, którzy jej jeszcze nie czytali.
Wiedźminka posłała jej szeorki uśmiech i odpowiedziała: – Chcę się przyjrzeć twojej różowej spince do włosów. Mogę?
- Proszę – odrzekła Julka i podała spinkę Wiedźmince.
Wiedźminka oglądała spinkę bardzo dokładnie.
- Hmmmm... Tak jak myślałam – powiedziała – No chodź tu! – dodała rozkazującym głosem i złapała palcami coś, co siedziało na samym czubku kwiatka na spince.
- Co to?! Fuj! – krzyknęła Julka. Na ręku Wiedźminki leżał malusieńki robaczek. Julka nigdy go nie zauważyła, bo robaczek był cały różowy, jak spinka. Dziewczynka zaczęła machać gwałtownie głową. Bała się robaków! A może we włosach krył się jeszcze jeden? Albo nawet dwa?
- Nie bój się! To Robaczek-Chowaczek. Zobacz, mam Wielki Atlas Robali. Tu jest napisane tak: „Robaczek-Chowaczek to niewielki robak z rodziny dżdżowników, żyje na ciele ludzi i powoduje u nich nieśmiałość. Poza tym nieszkodliwy. Objawy: człowiek zaatakowany przez Robaczka-Chowaczka chowa się i ucieka przed innymi ludźmi. Leczenie: Robaczek-Chowaczek doskonale czuje się w lesie. Należy zanieść go do lasu, położyć pod drzewem i nakryć liściem.” – przeczytała Wiedźminka fragment z grubej książki.
- No to chodź, wyniesiemy go! – Julka zerwała się na nogi. Oczywiście bała się Robaczka-Chowaczka, ale postanowiła przełamać strach. Dziewczynki wzięły pudełko po zapałkach i włożyły do niego robaka.
- Dokąd chcesz go wynieść? – spytała Wiedźminka.
- Plac zabaw jest w parku. Tam rośnie dużo drzew. Robaczkowi na pewno się tam spodoba – zapewniła Julka.
Dziewczynki ruszyły żwawo w kierunku placu zabaw. Chciały jak najszybciej pozbyć się różowego robaka.
Gdy po chwili Julka i Wiedźminka dotarły na miejsce, dzieci na placu bawiły się właśnie w bezludną wyspę.
- To moja ulubiona zabawa – oznajmiła Julka.
- Zatem pobawmy się razem z nimi! – zawołała Wiedźminka.
Julka zamilkła – jak zawsze w takiej sytuacji. Chwyciła silniej swojego pieska i ukryła buzię w jego futerku. Wiedziała już, że to Robaczek-Chowaczek w pudełku kazał jej znowu się schować. Nie potrafiła jeszcze nie słuchać podszeptów robaczka.
- Nie, ja nie idę – zdecydowała.
- No dobrze, pozbądźmy się najpierw robaka, a potem zobaczymy – odrzekła Wiedźminka.
Dziewczynki rozejrzały się dookoła szukając odpowiedniego drzewa dla Robaczka-Chowaczka. Wybrały wysoki klon nie za blisko ulicy i nie za blisko placu zabaw. Położyły robaczka pod drzewem i nakryły ładnym, dużym liściem.
- Cześć robaczku – powiedziała Julka. – Będzie ci tu dobrze.
- No to co? Idziemy się teraz pobawić? – niecierpliwiła się Wiedźminka.
- Idziemy! – Julka podskoczyła z radości. – Tylko... Ja nie wiem jak... Nie znam nikogo... – dodała smutnym i niepewnym głosem.
- Ja też nie znam nikogo. Ale tak bardzo chcę się pobawić w bezludną wyspę! Wiesz co? Chodźmy do nich i przedstawmy się – zaproponowała Wiedźminka.
piątek, 11 lutego 2011
Wstydliwa sprawa
Każdy robi, a nikt o tym nie mówi oprócz mam małych dzieci. Kupa. Odwieczna tajemnica. Wchodzi jajecznica - wychodzi śmierdząca kiełbaska. Wchodzi bułka z pomidorem - wychodzi śmierdząca kiełbaska. I bądź tu mądry!
Pamiętam, jak spędzałam kiedyś wakacje na mazurskiej wsi. Właściciele mieli córeczkę Matyldę. Matylda miała wtedy ok. 2 lat. Było lato i czas odzwyczajania od pieluszki. Ciepło, miło, zazwyczaj dzieciom w to graj. W dziewczynkę jakby piorun strzelił. Jak chciała iść siusiu albo nie daj boże kupę, chowała się za krzakami i urządzała prawdziwy teatr. Nie wolno było do niej podejść, patrzeć w jej stronę, zagadywać ją, nawet dać znać, że się coś wie lub widzi. Matylda chciała być niewidzialna.
Myślałam, że to przypadek dziwaczny i odosobniony. Aż trafił mi się mój synek, który ma te same objawy: chowa się pod stół, unika wzroku, wygania wszystkich ze swojego kącika, gdy "czyta książki", jak mawia. Nocnik nigdy na niego nie spadł ani nie zmuszaliśmy synka nigdy do siadania na nocnik. Teoretycznie powinien być wolny od traumy. A jednak coś sprawia, że dziecko mówi "nie".
Z dwulatkiem jeszcze specjalnie nie pogadasz. Nie zracjonalizujesz problemu. Dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego się boi. Boi się i już. Nie chce i już. Podrapałam się więc w głowę i wymyśliłam dla niego specjalną bajeczkę o Milanie, który zjadł duże śniadanko. Jak tylko trochę ją obrobię w komputerze i będzie wyglądała "po ludzku", nie omieszkam się nią podzielić.
Najważniejsze, żeby działała - to będę sprawdzać w najbliższym czasie.
Póki co, zapraszam do przeczytania drugiego odcinka opowieści mrożącej krew w żyłach "Kto schował Julkę".
- Uaaaaaa! – rozległo się kolejne ziewnięcie, po czym drzwi domku otworzyły się i wyszła... mała dziewczynka z marchewkowymi włosami. Ubrana była w trawiastozieloną sukienkę i śmieszny kapelusik tego samego koloru.
Pamiętam, jak spędzałam kiedyś wakacje na mazurskiej wsi. Właściciele mieli córeczkę Matyldę. Matylda miała wtedy ok. 2 lat. Było lato i czas odzwyczajania od pieluszki. Ciepło, miło, zazwyczaj dzieciom w to graj. W dziewczynkę jakby piorun strzelił. Jak chciała iść siusiu albo nie daj boże kupę, chowała się za krzakami i urządzała prawdziwy teatr. Nie wolno było do niej podejść, patrzeć w jej stronę, zagadywać ją, nawet dać znać, że się coś wie lub widzi. Matylda chciała być niewidzialna.
Myślałam, że to przypadek dziwaczny i odosobniony. Aż trafił mi się mój synek, który ma te same objawy: chowa się pod stół, unika wzroku, wygania wszystkich ze swojego kącika, gdy "czyta książki", jak mawia. Nocnik nigdy na niego nie spadł ani nie zmuszaliśmy synka nigdy do siadania na nocnik. Teoretycznie powinien być wolny od traumy. A jednak coś sprawia, że dziecko mówi "nie".
Z dwulatkiem jeszcze specjalnie nie pogadasz. Nie zracjonalizujesz problemu. Dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego się boi. Boi się i już. Nie chce i już. Podrapałam się więc w głowę i wymyśliłam dla niego specjalną bajeczkę o Milanie, który zjadł duże śniadanko. Jak tylko trochę ją obrobię w komputerze i będzie wyglądała "po ludzku", nie omieszkam się nią podzielić.
Najważniejsze, żeby działała - to będę sprawdzać w najbliższym czasie.
Póki co, zapraszam do przeczytania drugiego odcinka opowieści mrożącej krew w żyłach "Kto schował Julkę".
- Uaaaaaa! – rozległo się kolejne ziewnięcie, po czym drzwi domku otworzyły się i wyszła... mała dziewczynka z marchewkowymi włosami. Ubrana była w trawiastozieloną sukienkę i śmieszny kapelusik tego samego koloru.
- O! Dzień dobry! – zwróciła się do Julki. – Jestem Wiedźminka. Umiem czarować. To jest mój domek. Ma na imię Barni. Mam jeszcze kota Kuskusa, ale gdzieś sobie poszedł. Przedstawię ci go przy okazji.
Julka zaczerwieniła się. Nie miała pomysłu na to, co można by powiedzieć. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle chciała być niewidzialna. Coś kazało jej się ukryć. Schowała się szybko za krzakiem i zasłoniła twarz rękami. Może jeśli ona nie widzi czarodziejki, to czarodziejka też nie widzi Julki? Spomiędzy palców patrzyła jednak na Wiedźminkę z ciekawością. Ta dziewczynka była taka odważna!
Wiedźminka uśmiechnęła się. Dziewczynka z pluszowym psem wydała jej się bardzo miła.
- Jak masz na imię? – zapytała Wiedźminka.
- Julka –głosik zza krzaków zabrzmiał tak cicho, że prawie nie było go słychać.
- Miło mi cię poznać – odpowiedziała Wiedźminka przyjaźnie.
Julka chętnie zadałaby Wiedźmince sto pytań! Była bardzo ciekawa, jakim sposobem mały domek na kurzych nóżkach pojawił się na jej podwórku. Zamiast zapytać stała jak wmurowana. Tak jakby ktoś zawiązał jej sznurówki w butach.
- Dlaczego tak cicho mówisz i dlaczego się chowasz? – zdziwiła się Wiedźminka.
Julka nie wiedziała jednak dlaczego. Zawstydzona zaczerwieniła się mocno. Wiedziała, że jej policzki przypominają teraz dojrzałe pomidory i z tego powodu jeszcze bardziej chciała się zapaść pod ziemię.
Wiedźminka poprosiła Julkę, żeby wyszła zza krzaka. Sama przyniosła z wnętrza Barniego dwa kubki parującego kakao. Na nosie miała dziwne, olbrzymie okulary ze szkłami jak denka od butelek. Przez te okulary oczy Wiedźminki wydawały się ogromne.
- Proszę. To kakao w moim magicznym kubku-niekapku. Możesz odwrócić kubek do góry nogami i kakao się nie wyleje – oznajmiła i podała Julce kubek.
- Dziękuję – wyszeptała Julka. – Mmmm… Bardzo smaczne to kakao – dodała i oblizała z apetytem piankę z ust. Przechyliła kubek, żeby sprawdzić jego magiczną moc. Kakao faktycznie zatrzymało się na brzegu i ani kropla się nie wylała.
- Cieszę się, że ci smakuje – powiedziała Wiedźminka i siorbnęła głośno. – Może opowiesz mi coś o sobie, o twoim psie i o okolicy? Jestem tutaj pierwszy raz i nie znam nikogo.
Julka wypiła jeszcze kilka łyczków. Łyczki były naprawdę bardzo malutkie – najchętniej piłaby to kakao całą wieczność, żeby tylko nie musieć się odzywać. Widziała jednak, że Wiedźminka jest bardzo miła i że naprawdę ciekawi ją wszystko dookoła. Julka opowiedziała o tym, jak bawi się w swoim pokoju lalkami i misiami. Wyznała też, że bardzo chce się bawić z dziećmi na placu, ale zamiast tam pójść, nie wiadomo dlaczego, chowa się za mamę.
Gdy Julka skończyła opowieść, bąknęła nieśmiało:
- Aaa... czy ja też mogę cię o coś zapytać?
- No jasne! – uśmiechnęła się Wiedźminka na zachętę.
- Czy możesz mi powiedzieć... To znaczy... Eeee... Zastanawiałam się... No... – Julka jąkała się i czerwieniła. Wreszcie wzięła głęboki wdech i zapytała: – Po co ci te okulary?
piątek, 4 lutego 2011
Po przerwie
Milan po raz pierwszy zachorował tak, że musiał posiedzieć kilka dni w domu. Z jednej strony masakra, bo gorączkował, kaszlał, smarkał i nie chciał jeść tabletek. Z drugiej strony masakra, bo nie jadł, marudził i nic mu się nie podobało. Po każdym dniu miałam wrażenie, że mój mózg się zresetował. Nie byłam w stanie nie tylko myśleć o bajkach, ale w ogóle myśleć. A przecież to było tylko kilka dni!
Z tymi tabletkami to była cała historia. Faktycznie są gorzkie jak nieszczęście. Milan kategorycznie odmówił ich przyjmowania. Próbowałam wszelkich sposobów: wmieszania w serek (udało się tylko raz, potem się zorientował), rozpuszczenia w soku (nadal było gorzkie i ewidentnie pływało), oczywiście tłumaczenia racjonalnego "na dorosłego". I nic. Przed samym snem wymyśliliśmy z Christianem taką bajeczkę: tata też jest chory i musi brać tabletki i syropki. Nalałam chłopakom "po kieliszku", rozpuściłam Milanowi tabletkę i panowie stuknęli się ceremonialnie i wychylili razem kieliszki. Obaj się skrzywili, przytulili i poszli czytać książeczki. Ufff...
Taki sam manewr zadziałał, jak Milan nie chciał spać. Wzięłam jego misia i miś powiedział "Jestem chory i bardzo zmęczony. W dodatku jest mi zimno, bo mam gorączkę. Przykryjmy się kocykiem, będzie nam ciepło. Chodź, położymy się na poduszce. Ty tutaj, a ja tutaj." I miś potuptał po kocyk i nakrył Milana i siebie po same głowy. Milan posłuchał! Nie czuł się sam, wiedział, że miś czuje się tak samo jak on i że ma na to radę. Fajnie jest tak rozbudzać wyobraźnię dwulatka włączając go w takie "bajeczki live".
Kiedyś, dawno temu, zamarzyło mi się, żeby pisać bajki. Ale po pierwsze, takie bajki, które pomagają i bawią. Po drugie takie, w których dziecko zobaczy siebie. Wpadła mi do ręki bardzo mądra lektura na ten temat - książki o bajkoterapii Marii Molickiej. Przeczytałam dużo o dziecięcych lękach. Nie wiedziałam, że na drodze przez dzieciństwo czai się aż tyle strachów! Gdzie są te legendy o szczęśliwym dzieciństwie? Najpierw pierwotny lęk przed byciem opuszczonym przez mamę, potem lęki - psikusy własnej wyobraźni (potwory pod łóżkiem i spółka), następnie lęk o własny wizerunek (np. lęk przed byciem zawstydzonym).
Przeczytałam o tym wszystkim w mądrych słowach psychologa i złapałam się za głowę. Potem zagłębiłam się we wspomnieniach...
Pamiętam scenę, jedną jedyną, jak mama tak bardzo pokłóciła się z tatą, że wyrzuciła jego rzeczy z szafy i kazała mu się wyprowadzać. Nie pamiętam powodu. Nic dalej się nie wydarzyło. A jednak pamiętam ten strach, że tata może zniknąć.
Pamiętam bajkę o duszku, który mieszkał na strychu. Nazywał się Ruprecht. Oglądałam ją z zapartym tchem i wytrzeszczonymi oczami. Bałam się jak licho. Siedziałam jednak od początku do końca. Potem nie mogłam spać. Wstawałam w nocy i gadałam przez sen.
Pamiętam też takie zdarzenie, jak mama wysłała mnie po coś do znajomych mieszkających kilka bloków dalej. Poszłam, zapukałam i otworzył mi pan Stasiu w szlafroku sięgającym kolan. Mój tata miał długi szlafrok, więc powiedziałam w domu, że pan Stasiu był w przykrótkiej podomce. Gdy spotkaliśmy się z tymi znajomymi, mama oczywiście wszystko wygadała. Oblałam się purpurą i pamiętam ten wstyd do dziś.
Pamiętam też mój pierwszy dzień w przedszkolu. Nie bałam się tego, że mama po mnie nie przyjdzie, a w każdym razie tego nie pamiętam. Pamiętam za to szaro-burą sukienkę, w którą mama mnie przyodziała. Nie cierpiałam jej szczerze i protestowałam z całych sił. Ale kto w tamtych czasach pytał dziecko o zdanie? Sukienka została ubrana bez gadania i do widzenia. Czułam się jak półtora nieszczęścia. Miałam wrażenie, że wszystkie dzieci gapią się na moją sukienkę w kolorze szmaty do podłogi. Było mi wstyd i na nikogo nie patrzyłam. Dzieci tańczyły akurat w parach. Podszedł do mnie blondynek Marcin i wziął za ręce. Nadal czułam się jak kotlet na patelni, ale teraz przynajmniej ruszający się kotlet. Jestem wdzięczna Marcinowi do dziś, że pomógł mi rozproszyć stres i skierować uwagę na coś innego.
We wszystkich trzech sytuacjach miałam kilka lat, a żywe wspomnienie stresu pozostało gdzieś w ciele. Pamiętam nie tyle wydarzenie, ile to, co mnie przestraszyło i uczucie lęku.
Szkoda, że nikt mi wtedy nie opowiedział żadnej mądrej bajki.
Z tymi tabletkami to była cała historia. Faktycznie są gorzkie jak nieszczęście. Milan kategorycznie odmówił ich przyjmowania. Próbowałam wszelkich sposobów: wmieszania w serek (udało się tylko raz, potem się zorientował), rozpuszczenia w soku (nadal było gorzkie i ewidentnie pływało), oczywiście tłumaczenia racjonalnego "na dorosłego". I nic. Przed samym snem wymyśliliśmy z Christianem taką bajeczkę: tata też jest chory i musi brać tabletki i syropki. Nalałam chłopakom "po kieliszku", rozpuściłam Milanowi tabletkę i panowie stuknęli się ceremonialnie i wychylili razem kieliszki. Obaj się skrzywili, przytulili i poszli czytać książeczki. Ufff...
Taki sam manewr zadziałał, jak Milan nie chciał spać. Wzięłam jego misia i miś powiedział "Jestem chory i bardzo zmęczony. W dodatku jest mi zimno, bo mam gorączkę. Przykryjmy się kocykiem, będzie nam ciepło. Chodź, położymy się na poduszce. Ty tutaj, a ja tutaj." I miś potuptał po kocyk i nakrył Milana i siebie po same głowy. Milan posłuchał! Nie czuł się sam, wiedział, że miś czuje się tak samo jak on i że ma na to radę. Fajnie jest tak rozbudzać wyobraźnię dwulatka włączając go w takie "bajeczki live".
Kiedyś, dawno temu, zamarzyło mi się, żeby pisać bajki. Ale po pierwsze, takie bajki, które pomagają i bawią. Po drugie takie, w których dziecko zobaczy siebie. Wpadła mi do ręki bardzo mądra lektura na ten temat - książki o bajkoterapii Marii Molickiej. Przeczytałam dużo o dziecięcych lękach. Nie wiedziałam, że na drodze przez dzieciństwo czai się aż tyle strachów! Gdzie są te legendy o szczęśliwym dzieciństwie? Najpierw pierwotny lęk przed byciem opuszczonym przez mamę, potem lęki - psikusy własnej wyobraźni (potwory pod łóżkiem i spółka), następnie lęk o własny wizerunek (np. lęk przed byciem zawstydzonym).
Przeczytałam o tym wszystkim w mądrych słowach psychologa i złapałam się za głowę. Potem zagłębiłam się we wspomnieniach...
Pamiętam scenę, jedną jedyną, jak mama tak bardzo pokłóciła się z tatą, że wyrzuciła jego rzeczy z szafy i kazała mu się wyprowadzać. Nie pamiętam powodu. Nic dalej się nie wydarzyło. A jednak pamiętam ten strach, że tata może zniknąć.
Pamiętam bajkę o duszku, który mieszkał na strychu. Nazywał się Ruprecht. Oglądałam ją z zapartym tchem i wytrzeszczonymi oczami. Bałam się jak licho. Siedziałam jednak od początku do końca. Potem nie mogłam spać. Wstawałam w nocy i gadałam przez sen.
Pamiętam też takie zdarzenie, jak mama wysłała mnie po coś do znajomych mieszkających kilka bloków dalej. Poszłam, zapukałam i otworzył mi pan Stasiu w szlafroku sięgającym kolan. Mój tata miał długi szlafrok, więc powiedziałam w domu, że pan Stasiu był w przykrótkiej podomce. Gdy spotkaliśmy się z tymi znajomymi, mama oczywiście wszystko wygadała. Oblałam się purpurą i pamiętam ten wstyd do dziś.
Pamiętam też mój pierwszy dzień w przedszkolu. Nie bałam się tego, że mama po mnie nie przyjdzie, a w każdym razie tego nie pamiętam. Pamiętam za to szaro-burą sukienkę, w którą mama mnie przyodziała. Nie cierpiałam jej szczerze i protestowałam z całych sił. Ale kto w tamtych czasach pytał dziecko o zdanie? Sukienka została ubrana bez gadania i do widzenia. Czułam się jak półtora nieszczęścia. Miałam wrażenie, że wszystkie dzieci gapią się na moją sukienkę w kolorze szmaty do podłogi. Było mi wstyd i na nikogo nie patrzyłam. Dzieci tańczyły akurat w parach. Podszedł do mnie blondynek Marcin i wziął za ręce. Nadal czułam się jak kotlet na patelni, ale teraz przynajmniej ruszający się kotlet. Jestem wdzięczna Marcinowi do dziś, że pomógł mi rozproszyć stres i skierować uwagę na coś innego.
We wszystkich trzech sytuacjach miałam kilka lat, a żywe wspomnienie stresu pozostało gdzieś w ciele. Pamiętam nie tyle wydarzenie, ile to, co mnie przestraszyło i uczucie lęku.
Szkoda, że nikt mi wtedy nie opowiedział żadnej mądrej bajki.
czwartek, 27 stycznia 2011
Bajka z Zakamarków :)
Uśmiałam się dziś serdecznie. Obejrzałam dwie bajki o Maksie wydawnictwa Zakamarki. "Nocnik Maksa" oraz "Pieluszka Maksa". Na oko bajka dla najmłodszych dzieciaków, które zaczynają coś kumać i mają jako takie pojęcie o poczuciu humoru (to jest dopiero historia - zaraz opowiem). Maks ma psa i cały czas z nim coś kombinuje. A to sadza go na nocnik, a to zakłada mu pieluszkę. Pies robi siusiu w pieluszkę, a Maks na podłogę :) I mama jest zła. Cała historia jest tak zabawna, że trudno uwierzyć w autentyczność irytacji mamy. Gdyby Milan wykręcił taki numer, padłabym po prostu ze śmiechu!
Niedawno zaczęłam zauważać pierwsze oznaki indywidualnego poczucia humoru u Milana. Jak oglądał bajkę o pingwinie (Pingu), to śmiał się zawsze w jednym i tym samym momencie: jak Pingu skakał na trampolinie i spadał na fotel zakręcając się między poduszki z głupią miną. Milan wybuchał wtedy gulgoczącym śmiechem. Ciekawe, dlaczego? Nie oglądamy w domu komedii typu "zabili go i uciekł". W żłobku nie mają TV. Skąd więc śmiech właśnie w tym miejscu?
Poza tym zaczyna sam świadomie decydować o tym, co jest, a co nie jest zabawą. Krzyczy wtedy "ale zabawa!" albo "ale śmieszne!". Często robi to w tym momencie, jak mi piana się rzuca na usta, np. ja chcę mu umyć zęby, a on zwiewa do drugiego pokoju. Ja chcę wychodzić z domu, a on gania po całym mieszkaniu w pełnym wyjściowym, zimowym rynsztunku. Alllle śmieszne...
Może da się wykorzystać to mini-poczucie humoru? Milan zaczął się bać hałasu. Komunikuje to wprost mówiąc "boję się". Gdyby tak ułożyć krótką, rymowaną bajeczkę o Milanie, który bał się hałasu? Spróbuję i napiszę, jak zareagował.
Tymczasem idę spać. Może po drodze do łóżka przegryzę jeszcze kiszonego ogórka ;)
Niedawno zaczęłam zauważać pierwsze oznaki indywidualnego poczucia humoru u Milana. Jak oglądał bajkę o pingwinie (Pingu), to śmiał się zawsze w jednym i tym samym momencie: jak Pingu skakał na trampolinie i spadał na fotel zakręcając się między poduszki z głupią miną. Milan wybuchał wtedy gulgoczącym śmiechem. Ciekawe, dlaczego? Nie oglądamy w domu komedii typu "zabili go i uciekł". W żłobku nie mają TV. Skąd więc śmiech właśnie w tym miejscu?
Poza tym zaczyna sam świadomie decydować o tym, co jest, a co nie jest zabawą. Krzyczy wtedy "ale zabawa!" albo "ale śmieszne!". Często robi to w tym momencie, jak mi piana się rzuca na usta, np. ja chcę mu umyć zęby, a on zwiewa do drugiego pokoju. Ja chcę wychodzić z domu, a on gania po całym mieszkaniu w pełnym wyjściowym, zimowym rynsztunku. Alllle śmieszne...
Może da się wykorzystać to mini-poczucie humoru? Milan zaczął się bać hałasu. Komunikuje to wprost mówiąc "boję się". Gdyby tak ułożyć krótką, rymowaną bajeczkę o Milanie, który bał się hałasu? Spróbuję i napiszę, jak zareagował.
Tymczasem idę spać. Może po drodze do łóżka przegryzę jeszcze kiszonego ogórka ;)
niedziela, 23 stycznia 2011
Bajka w każdym kącie
W każdym kącie naszego domu kryją się jakieś bajki. Ponieważ tata Milana, Christian, jest Niemcem, bajki mamy w dwóch językach i w dwóch językach czytamy je Małemu. Mamy więc Brzechwę i Tuwima, ale także braci Grimm i wierszowane przygody Maxa i Morritza pióra Wilhelma Buscha.
Za dnia Milan jest w żłobku i tam często słuchają piosenek, które Mały podchwytuje i przynosi do domu. Wieczorem, gdy nadchodzi pora spania, Christian bierze książkę np. o małym, strachliwym króliczku albo o Vitku i czyta Milanowi na głos. Milan potrafi więc powiedzieć na pamięć piosenkę o Dorotce, co tańcowała dokoluśka. Nie rozumie za to w ząb ani "dokoluśka", ani "chodzi senek". O przygodach Vitka w pociągu do Pragi potrafi całkiem nieźle rozprawiać ciągnąć temat po swojemu, a więc rozumie to, co mu tata czyta. Ja czytam lub śpiewam mu najchętniej wierszowanki typu "Wy nie wiecie, a ja wiem..." albo "Jak pan może, panie pomidorze?". Milan patrzy na obrazki i słucha tekstów - wszystko koduje!
Starałam się ostatnio przypomnieć bajki, które moi rodzice czytali, gdy byłyśmy z siostrą małe. Hmmm... Była bajka o kijach-samobijach. Opowiadała nam ją mama. Treści nie pamiętam. Tata czytał nam "Pana Tadeusza". Niestety jedyny egzemplarz wpadł nam do wanny i mama zakazała "głupot". Jak miałyśmy 5 lat, umiałyśmy już same czytać. Żadne księżniczki na ziarnku grochu czy siedmiu krasnoludków nie byli w stanie nam zaimponować. Pamiętam za to "Old Surehanda" i "Starą baśń". Pamiętam "Dzieci z Bullerbyn" i "Braci Lwie Serce". Obie z Madzią byłyśmy molami książkowymi, więc czytałyśmy książki na kilogramy. Większość tytułów umknęła mi z pamięci.
Grzebałam we wczesnych wspomnieniach o bajkach dlatego, że moim zdaniem bajki zostawiają okruchy w umyśle. Może nawet w duszy. Przekazują wzorce zachowań. Robią skalę dla wartości moralnych na wzór tej z termometru za oknem. Ciekawe, co zostawiły we mnie? Szkoda, że tak mało pamiętam.
Tak sobie pomyślałam o tym, co dzieci lubią. Lubią oglądać ładne ilustracje (przy czym nie odkryłam jeszcze kryteriów tej "ładności"). Zwracają uwagę na detale. Lubią czegoś szukać. Lubią oglądać siebie na zdjęciu. Słuchają z uwagą. Zapamiętują. Wracają do ulubionych książek.
Dlaczego więc nie zrobić dla dzieci książeczki, która będzie o nich samych?
Technicznie do zrobienia.
Teraz idę walczyć z katarem.
Za dnia Milan jest w żłobku i tam często słuchają piosenek, które Mały podchwytuje i przynosi do domu. Wieczorem, gdy nadchodzi pora spania, Christian bierze książkę np. o małym, strachliwym króliczku albo o Vitku i czyta Milanowi na głos. Milan potrafi więc powiedzieć na pamięć piosenkę o Dorotce, co tańcowała dokoluśka. Nie rozumie za to w ząb ani "dokoluśka", ani "chodzi senek". O przygodach Vitka w pociągu do Pragi potrafi całkiem nieźle rozprawiać ciągnąć temat po swojemu, a więc rozumie to, co mu tata czyta. Ja czytam lub śpiewam mu najchętniej wierszowanki typu "Wy nie wiecie, a ja wiem..." albo "Jak pan może, panie pomidorze?". Milan patrzy na obrazki i słucha tekstów - wszystko koduje!
Starałam się ostatnio przypomnieć bajki, które moi rodzice czytali, gdy byłyśmy z siostrą małe. Hmmm... Była bajka o kijach-samobijach. Opowiadała nam ją mama. Treści nie pamiętam. Tata czytał nam "Pana Tadeusza". Niestety jedyny egzemplarz wpadł nam do wanny i mama zakazała "głupot". Jak miałyśmy 5 lat, umiałyśmy już same czytać. Żadne księżniczki na ziarnku grochu czy siedmiu krasnoludków nie byli w stanie nam zaimponować. Pamiętam za to "Old Surehanda" i "Starą baśń". Pamiętam "Dzieci z Bullerbyn" i "Braci Lwie Serce". Obie z Madzią byłyśmy molami książkowymi, więc czytałyśmy książki na kilogramy. Większość tytułów umknęła mi z pamięci.
Grzebałam we wczesnych wspomnieniach o bajkach dlatego, że moim zdaniem bajki zostawiają okruchy w umyśle. Może nawet w duszy. Przekazują wzorce zachowań. Robią skalę dla wartości moralnych na wzór tej z termometru za oknem. Ciekawe, co zostawiły we mnie? Szkoda, że tak mało pamiętam.
Tak sobie pomyślałam o tym, co dzieci lubią. Lubią oglądać ładne ilustracje (przy czym nie odkryłam jeszcze kryteriów tej "ładności"). Zwracają uwagę na detale. Lubią czegoś szukać. Lubią oglądać siebie na zdjęciu. Słuchają z uwagą. Zapamiętują. Wracają do ulubionych książek.
Dlaczego więc nie zrobić dla dzieci książeczki, która będzie o nich samych?
Technicznie do zrobienia.
Teraz idę walczyć z katarem.
wtorek, 18 stycznia 2011
Pierwszy dzień
Dowiedziałam się dziś, że zostanę mamą. Bez paniki, mamą po raz drugi. Nasz syn Milan ma już 2 latka. Jak urodzi mu się siostrzyczka (marzenie taty), będzie dzielnym i mądrym prawie-trzylatkiem. Dokładnie tak to sobie wymyśliliśmy. Czy mamy na to warunki? Cóż. Nigdy nie jest dobry moment na decyzję o dziecku. Przestaliśmy więc patrzeć na warunki w kontekście przeszkód nie do pokonania. Mamy deadline 9 miesięczny, aby zrobić coś z tzw. warunkami brzegowymi. Christian rozpatruje firmę za firmą, spisuje długie listy "plusów dodatnich i plusów ujemnych". Ja nabrałam wiatru w żagle i wymyślam kolejne scenariusze bajek, kolejne postacie, kolejne tematy przewodnie. Milan nic specjalnego nie postanowił. Zmienia się z dnia na dzień. Przypomina rozbrykanego szczeniaka, który z szelmowskim uśmiechem robi zębami dziurę w wężu ogrodowym, a potem przygląda się z chichotem, jak woda oblewa pańcię od wypachnionych stóp do wyfiokowanego czubka głowy.
Dziś to na mnie przypadł zaszczyt kąpania i kładzenia spać Milana. Zawsze robi to "tata Kisam", jak mówi na Christiana Milan. Z kąpaniem poradziłam sobie konkursowo. Podłoga sucha, ja sucha, Milan mokry. Bywały czasy, gdy było dokładnie na odwrót. Pielęgnacja skóry, ubieranie piżamy - na szóstkę. Potem Milan zarządził oglądanie bajek. Wzięłam wiersze Tuwima - wydanie stylizowane na stare, klasyczne, z mojego dzieciństwa. Zagłębiłam się w "Słonia Trąbalskiego" i słyszę: następny! Za 3 sekundy: następny! Na jednym oddechu przeleciałam przez wierszyk o tym, że gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Wierszyk wciągnął mnie szczerze, bo był bardzo mądry życiowo i mówił o tym, żeby nie bać się żyć. Milana wierszyk nie wciągnął wcale. Stwierdził, że wszystkie kozy to konie, że koni jest "seść" i powiedział: następny!
Jak sprawić, żeby dwulatek słuchał? Musi być jakiś sposób. Milan umie bardzo dużo wierszyków a raczej tekstów piosenek. Wie, że te wierszyki mają melodię, ale na razie bardziej je deklamuje śpiewnie niż śpiewa. Wśród nocnej ciszy, Dorotka, Na Wojtusia, W pokoiku na stoliku, Kotek Puszek z jedną łatką, itd. Może dla dwulatków bajeczka powinna być prostą rymowanką do pokazywania? Tematami mogę sypać jak z rękawa: że trzeba myć zęby, że nie wolno gryźć uszczelki w drzwiach, że w brudnych butach nie chodzimy po białej wykładzinie, że mama też może czasem wrzasnąć, że nocnik jest "w porzo", że skórka z chleba jest jadalna a z ziemniaka nie - nie odwrotnie. Dwulatki są niewykorzystanym polem bajkowej eksploatacji!
Jak się czuje zafasolkowana kobieta w czwartym tygodniu ciąży? Tak jak niezafasolkowana kobieta w żadnym tygodniu ciąży. Nie jestem bardziej zmęczona ani bardziej głodna. Bardziej zła też nie. Chodzę na jogę, trochę biegam i jeżdżę na tych magicznych, roweropodobnych wynalazkach z fitness klubu. Każdy ranek zaczynam 21 powitaniami słońca z czaturangą. Pracuję nad następnym wydaniem gazety. W nocy będę pisać bloga, bajki i rysować. Piję cudne zioła, które dobrze robią mojemu organizmowi. Dziewiąty miesiąc, poród, karmienie piersią są w tym momencie taką samą abstrakcją jak lot na Marsa. Życie jest piękne! Normalnie bajka :)
Dziś to na mnie przypadł zaszczyt kąpania i kładzenia spać Milana. Zawsze robi to "tata Kisam", jak mówi na Christiana Milan. Z kąpaniem poradziłam sobie konkursowo. Podłoga sucha, ja sucha, Milan mokry. Bywały czasy, gdy było dokładnie na odwrót. Pielęgnacja skóry, ubieranie piżamy - na szóstkę. Potem Milan zarządził oglądanie bajek. Wzięłam wiersze Tuwima - wydanie stylizowane na stare, klasyczne, z mojego dzieciństwa. Zagłębiłam się w "Słonia Trąbalskiego" i słyszę: następny! Za 3 sekundy: następny! Na jednym oddechu przeleciałam przez wierszyk o tym, że gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Wierszyk wciągnął mnie szczerze, bo był bardzo mądry życiowo i mówił o tym, żeby nie bać się żyć. Milana wierszyk nie wciągnął wcale. Stwierdził, że wszystkie kozy to konie, że koni jest "seść" i powiedział: następny!
Jak sprawić, żeby dwulatek słuchał? Musi być jakiś sposób. Milan umie bardzo dużo wierszyków a raczej tekstów piosenek. Wie, że te wierszyki mają melodię, ale na razie bardziej je deklamuje śpiewnie niż śpiewa. Wśród nocnej ciszy, Dorotka, Na Wojtusia, W pokoiku na stoliku, Kotek Puszek z jedną łatką, itd. Może dla dwulatków bajeczka powinna być prostą rymowanką do pokazywania? Tematami mogę sypać jak z rękawa: że trzeba myć zęby, że nie wolno gryźć uszczelki w drzwiach, że w brudnych butach nie chodzimy po białej wykładzinie, że mama też może czasem wrzasnąć, że nocnik jest "w porzo", że skórka z chleba jest jadalna a z ziemniaka nie - nie odwrotnie. Dwulatki są niewykorzystanym polem bajkowej eksploatacji!
Jak się czuje zafasolkowana kobieta w czwartym tygodniu ciąży? Tak jak niezafasolkowana kobieta w żadnym tygodniu ciąży. Nie jestem bardziej zmęczona ani bardziej głodna. Bardziej zła też nie. Chodzę na jogę, trochę biegam i jeżdżę na tych magicznych, roweropodobnych wynalazkach z fitness klubu. Każdy ranek zaczynam 21 powitaniami słońca z czaturangą. Pracuję nad następnym wydaniem gazety. W nocy będę pisać bloga, bajki i rysować. Piję cudne zioła, które dobrze robią mojemu organizmowi. Dziewiąty miesiąc, poród, karmienie piersią są w tym momencie taką samą abstrakcją jak lot na Marsa. Życie jest piękne! Normalnie bajka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





