O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie 2

W dzień przestępny - czyn występny. Bajka braci Grimm w wersji niekanonicznej, ciąg dalszy.


           Maestro, Boniek i Ray ruszyli w dalszą drogę. Fakt założenia zespołu dodał im takiego animuszu, że w księgach parafialnych mijanych miejscowości można znaleźć adnotacje o dziwnym pochodzie, którego ryki, kwiki i wycie zatrzymywało krowom produkcję mleka. Dochodzili do Leeste, gdy ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Na płocie siedziała kura. Pełnokrwista, dojrzała, obfita w kształtach kwoka. Z bliska okazało się, że jest nawet już nieco przejrzała i nieco zbyt obfita w kształtach, ale efekt pierwszego wrażenia trwał. Kura poprawiała makijaż, którego ilość mogłaby zawstydzić nawet charakteryzatorów teatralnych. Maestro przeczesał grzywę. Boniek wyprężył ogon i nabrał powietrza, żeby się wydać bardziej barczystym. Ray przejrzał się w okularach i stwierdził po raz kolejny, że Bóg stworzył ideał. Wysforował się przed osła i pierwszy dotarł do płotu.
- Kogóż to widzą moje piękne oczy? – zagaił kot miękkim głosem. – Cóż za kibić, jakaż delikatna pęcinka, fryz paryski... Oddech wielkiego świata na naszej skromnej drodze do showbiznesu.
Kwoka usłyszała słowo-klucz: showbiznes. Rzuciła ostatnie spojrzenie w lusterko, zgrabnym ruchem zamknęła czerwoną szminkę i sprawdziła dyskretnie czy czarny pieprzyk koło dzioba nadal się trzyma. Na jej dziób wypłynął uśmiech. Biodro zakołysało się delikatnie, a wraz z nim płot na całej długości.
- Ko, ko, ko, koteczku, bądź tak kooochanieńki i podaj ognia – kura wyciągnęła fifkę eksponując przy tym nadgarstek. Rzuciła Ray’owi powłóczyste spojrzenie spod lazurowo pomalowanych powiek. – Dokąd wiedzie wasza dróżka?
- Pani pozwoli, że się przedstawię. – osioł doszedł właśnie do płotu i przejął pałeczkę. – Jesteśmy prawie światowej sławy zespołem muzycznym. Ja jestem solistą, a panowie Boniek i Ray zapewniają tło. Wybitne, oczywiście. – dodał szybko widząc najeżone karki psa i kota. -  Może się pani zwracać do mnie Maestro.
- Trasa koncertowa? Jakież to fantastyczne! Kapitalne! Genialne! – kura zagdakała z zachwytu. – Czy znajdzie się jeden, jedniutki bilecik w ostatnim rzędzie dla malutkiej Marilyn? – kura zeskoczyła z płotu i podeszła do osła kołysząc biodrami. Podmuch wiatru podwiał jej pióra i oczom zebranych ukazały się kurze nogi w pełnej krasie i obfitości cellulitisu.
- Ach! – krzyknęła przyciskając pióra z powrotem do bioder i zastanawiając się, czy na jej policzki wypłynął rumieniec udawanego wstydu.
- Ach... – z trzech męskich piersi wydarł się cichy okrzyk zachwytu. W trzech głowach jednocześnie padło pytanie: „Kiedy to ja ostatnio widziałem kobiece uda?” i na trzech pyskach jednocześnie odmalowała się smutna zaduma.
Kura była w swoim żywiole. Zaczęła grzebać umalowanymi na czerwono tipsami jednej łapy w ziemi, niby to przełamując własną nieśmiałość.
- Panowie wybaczą, że o coś zapytam. Nie mogę się jednak oprzeć i nie darowałabym sobie nigdy w życiu, gdybym nie spróbowała spełnić mojego wielkiego życiowego marzenia.
Trzy pary oczu spojrzały na kurę maślanym wzrokiem.
- Zawsze marzyłam o podróżach, o sławie, o scenie. Życie jednak przeminęło pozostawiając mnie niespełnioną. Na wielką karierę sceniczną już nie te lata. – mówiła kura cichutkim, smutnym głosem, z głową spuszczoną nisko w pokorze. Spode łba łypała na artystów oceniając wrażenie, jakie zrobiła. A wrażenie było ogromne.
- Czy pozwolilibyście mi panowie towarzyszyć sobie w tej podróży? Jestem gotowa na każde... – tu kura zawiesiła głos – ...każde poświęcenie w hołdzie waszemu talentowi.
W osła, psa i kota jakby piorun strzelił.
- Ależ szanowna pani! Jesteśmy zaszczyceni! Jesteśmy przeszczęśliwi! Cóż za wspaniały pomysł! – podskoczyli do kury i obcałowywali jej skrzydła od koniuszków lotek aż po pachy. – Czy zostanie pani naszym impresario? – dodał Maestro obniżonym głosem nachylając się nad kurą tak nisko, że włosy rosnące mu na brodzie połaskotały ją w nos.
Kura zatrzepotała wytuszowanymi starannie sztucznymi rzęsami.
- Ach! Co za cudowna propozycja! – zafalowała kurza pierś.
- Ach... Co za cudowne... – z trzech męskich piersi znowu wydarł się cichy okrzyk.
            W dalszą drogę ruszyli we czwórkę. Kura niemal biegła na czele peletonu oglądając się za siebie niespokojnie. Wzdłuż płotu biegała kobieta z siekierą w rękach krzycząc „Maryla! Maryyyyla! Ja cię dorwę, stara kwoko! Szykuj się do rosołu!”
Za wsią kura zwolniła. Nagle rozbolały ją nogi. Osioł szybko podskoczył i zaoferował swój grzbiet jako środek dalszej lokomocji. Kura nie omieszkała skorzystać. Po kilku kilometrach rozbolało ją siedzenie. Pies zaproponował, że weźmie ją na ręce. Niósł ją aż do granicy lasu. Wtedy kurę rozbolało wszystko. Pies ledwie łapał powietrze. Kota nie było nigdzie widać. Od samego początku wędrówki zwierzęta nie były tak cicho jak w tym momencie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc kapela postanowiła znaleźć miejsce na popas. Jak na zawołanie, w środku lasu pojawiła się polana, a na niej chata. W oknach paliły się światła. Czwórka podeszła zaciekawiona pod sam dom. Osioł wspiął się na zadnie nogi i zajrzał przez okno. Na bieżąco relacjonował to, co widział.
- Widzę dużą izbę. Na środku stoi wielki stół, a na nim... – osłu pociekła ślina. – Na nim stoją misy pełne jadła.
- Co jest? Co jest? – zwierzęta stłoczyły się pod parapetem.
- Boniek, jest golonka z wielką kością w środku. Ray, jest misa kaszanki i pasztet z...
- Z zająca! – dokończył zdanie kot wciągając powietrze w nozdrza.
- Droga Marilyn, czy zadowoliłaby się pani blinami i kołaczem? – osioł wytrzeszczał oczy starając się odgadnąć zawartość talerzy.
Kura nie odpowiedziała przełykając jedynie głośno ślinę.
- Za stołem siedzi ośmiu... nie, dziesięciu mężczyzn, po dwa metry każdy. Każdy ma po dwa długie noże i flintę. Jeden z nich ma rudą brodę. Jak mówi, wali pięścią w stół, a reszta pochyla głowy.
- To banda Czerwonobrodego. Rozbójnicy. Najsławniejsi po tej stronie Odry. – powiedziała kura jakby zamyślona. Banda często wpadała do jej wioski z wizytą. Po tych sąsiedzkich odwiedzinach pozostawały puste flaszki i opróżnione garnki we wszystkich zagrodach. Zostawała też pomięta pościel jej gospodyni...
Osioł zwołał naradę pod płotem.
- Jestem głodny jak wilk. Wszyscy jesteśmy głodni i zmęczeni. – dodał widząc długie pyski towarzyszy. – Ta kolacja musi być nasza. Zasłużyliśmy na nią. Nasze struny głosowe potrzebują pożywienia i godnego napitku. Jesteśmy dobrem narodowym! – osioł uderzył w patriotyczną strunę.
- Zgadzam się. Na przystawkę każdy z nas połknie po dwóch i pół rozbójnika, a potem zabieramy się do dania głównego. – kot sprowadził osła na ziemię.
Osioł zmitygował się w przywódczych zapędach.
- No dobrze. Racja. Kto ma pomysł, jak się pozbyć rozbójników?
Zapadła cisza. Psa zaczęła męczyć jakaś tajemnicza pchła na ogonie i odwrócił głowę. Kot wbił wzrok w pazury. Osioł pozostał z podniesionymi pytająco brwiami.
- Ja to załatwię. – powiedziała nagle kura i nie czekając na komentarz ujęła się pod boki i pomaszerowała w stronę chaty dziarskim krokiem. Odprowadzały ją trzy pary bardzo zdziwionych oczu. Zdziwionych i zachwyconych. Kura dochodziła już prawie do chaty, gdy panowie oprzytomnieli i jednomyślnie pomknęli chyłkiem do okna. Osioł stanął na zadnich łapach. Na jego grzbiet wdrapał się pies. Na grzbiet psa wskoczył kot. Wszyscy wsadzili pyski w okno.
Kura zapukała głośno do drzwi i pchnęła je mocno łapą. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Kura wkroczyła śmiało do izby. W jej kierunku poszybowało spojrzenie dziesięciu par oczu. Głodnych oczu.
- Oooo... – westchnęli zgodnie osioł, pies i kot w nagłym przypływie lęku o koleżankę. Niewystraszona spojrzeniami kura wskoczyła na stół. Stanęła na jego środku. Zwróciła się wprost do herszta bandy. Wzięła się pod boki. Powiedziała coś, po czym brwi wszystkich dziesięciu rozbójników poszybowały w górę. Czerwonobrody poczerwieniał i zerwał się z miejsca łapiąc za nóż. Kura stała niewzruszona. Wtem jeden z rozbójników wstał, rzucił na stół swoje noże, splunął z miną pełną obrzydzenia i wyszedł z chaty. Po nim kolejno wstawali i wychodzili pozostali rozbójnicy. Cała banda zniknęła w ciemnym lesie.
Za stołem został tylko Czerwonobrody. Patrzyli sobie z kurą w oczy długą chwilę. Nagle herszt odrzucił krzesło silnym ruchem, aż poleciało pod piec. Widać było, że oddycha szybko, a jego twarz skurczyła się w złości. Złapał swoje noże, zatknął je za pas, wziął flintę i wybiegł z chaty kierując się do wsi.
W chacie zapadła cisza. Pozostał zastawiony stół i kura na jego środku. Osioł, pies i kot nieśmiało weszli do izby.
- Marilyn, gdzie są rozbójnicy? Co takiego im powiedziałaś?
Kura zaczęła już ucztowanie i niechętnie oderwała się od blina.
- Powiedziałam, że moja pani cierpi na pewną przypadłość, którą z pewnością podzieliła się z Czerwonobrodym podczas intymnych igraszek. I że Czerwonobrody farbuje włosy... – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Fuuuuuuj! – na pyskach bądź co bądź męskich odmalował się wstręt.
Uczta trwała do północy. Zmęczone, objedzone do granic wytrzymałości zwierzęta zaczęły szukać miejsca do spania. Pies zwinął się na derce przy wejściu do chaty. Kot wymościł sobie posłanie na ciepłym zapiecku. Kura wlazła na belkę wiszącą u powały. Osioł postanowił wyjść na świeże powietrze.
- Dobranoc. Jutro z samego rana ruszamy do Bremen. - powiedział i z błogim wyrazem pyska zapadł w górę siana pod stodołą.
            Pierwsze promienie słońca zastały zwierzęta przewracające się na drugi bok. Drugie promienie słońca podgrzały powietrze i zwierzęta leniwie przeciągnęły się na posłaniach. Dopiero koło dziesiątej osioł jako pierwszy wyległ na światło dzienne. Wszedł do chaty i zaczął szukać resztek jedzenia. Dźwięk kopyt pobrzękujących na cynowych misach pobudził resztę towarzyszy.
- Wrzuciłby kot coś na ruszt! – kot zaprezentował pałąk chudego grzbietu nie pozostawiając wątpliwości co do tego, jakie ma priorytety.
Zanim śniadanie stanęło na stole, zanim wszyscy się najedli, zanim nieco ogarnęli chatę, było już popołudnie. Zapadła jednogłośna decyzja o pozostaniu do następnego dnia.
Następnego dnia okazało się, że w spiżarni jest zapas konserw mięsnych i chleba. Popas przedłużył się o kolejne dwa dni.
W sobotni wieczór kot wytrzasnął skądś buty i wybrał się na potańcówkę do wsi. Wrócił nad ranem w towarzystwie drobnej, rozchichotanej kotki. Oboje zniknęli na zapiecku. Pies odwrócił się dyskretnie. Kura odęła się na niestałego adoratora i wyszła na dwór. Pod stodołą siedział osioł wpatrzony w rozgwieżdżone niebo.
- Popatrz, Marilyn, to jest Kasjopeja. Tamto maleństwo to Plejady z gwiazdami drobnymi jak mąka krupczatka. A te duże, jasne gwiazdy to Orion. Jego pas przypomina mi dorodne ziarna pszenicy. – w ośle odezwały się wspomnienia.
Kura przycupnęła koło osła drżąc lekko od wieczornego chłodu. Wcale nie patrzyła na gwiazdy, a jej oczy jaśniały bardziej niż Syriusz.
- Ko, ko, ko, kocham pana, Maestro...   

czwartek, 24 listopada 2011

Pozdrowienia z S-Bahna

Od kilku tygodni na myśl o tym miejscu wywoływała popłoch w pomysłach na pierwsze wersy i las palców w górę. "Mnie wybierz! Mnie opisz! O mnie pamiętaj!" Teraz, gdy siedzę sobie przed otwartym okienkiem bloga i mam coś napisać, zapanowała taka dziwna cisza...
Halo, halo, jest tam kto? Raz, dwa, raz, dwa, próba mikrofonu!

Ostatni wpis pochodzi z czerwca. Zdjęcie Milana na zjeżdżalni wydaje się prastare. Dziś jest to już prawie panicz Milan! Oj, muszę choćby w kilku punktach podsumować ostatnie kilka miesięcy:
- w lipcu zmieniliśmy miejsce gniazdowania. Teraz piszę z Monachium.
- w sierpniu tata Milana poszedł do nowej pracy, a Milan, jego mama i pokaźny brzuszek mamy zaczęli się na nowo poznawać. W efekcie ponad miesięcznej (trudnej) współpracy zadzierzgnęliśmy niezwykłe więzy przyjaźni :) Czy ktoś próbował zaprzyjaźnić się z dwuipółlatkiem? Powodzenia!
- we wrześniu Milan poszedł do nowego przedszkola. Okazało się, że wcale nie jest asocjalnym typkiem o co zaczęłam go już podejrzewać.
- we wrześniu przyjechała do nas ciocia Madzia. Doglądała nas pilnie i serdecznie. Będąc brzuchem na dwóch spuchniętych nogach niewiele mogłam już zdziałać wokół Milana-latawca (to rodzaj męski latawicy, nie odwrotnie).
- 24 września przyszła na świat Inka.
- przez cały październik poznawaliśmy się we czworo i ustalaliśmy nowy porządek w stadzie. Inka okazała się egzemplarzem łatwym w obsłudze. Jadła, spała, cierpliwie znosiła przewijanie. Potem zaczęła się uśmiechać i "gugać". Ku naszemy ogromnemu rozrzewnieniu. Milan awansował na stanowisko Starszego Brata. Poznał smak zazdrości o "jego dzidzię".
- 10 listopada Milan skończył 3 lata. Zaczął o sobie mówić "duży chłopiec". Zamienił swój mały, puchaty kocyk na dorosłą kołdrę. Kocyk pożyczył Ince. Zapewniłam go, że jak tylko będzie go potrzebował, może go wziąć, bo to zawsze będzie jego kocyk. Ech, dyplomacja...

Po drodze wydarzyło się wiele historii wartych kronik rodzinnych. Jedną z nich opowiedziała moja mama. Milan spędził u dziadków czas potrzebny nam na przeprowadzkę całego domostwa. Już wiemy, jak smakuje tęsknota za dzieckiem i powitanie po rozłące.

(Gwoli wstępu: u dziadków Milan poznał nowe zwierzęta - mrówki. Stały się hitem wakacji w Grudziądzu. Mrówka to, mrówka tamto. Przebierając paluszkami udawał mrówki. Mieliśmy mrówki dosłownie w całym domu :)
Pięknego lipcowego popołudnia Milan poszedł z dziadkami na nadwiślańskie błonia. Letnie słońce, ciepło, piach i trawa nad brzegiem rzeki, noga za nogą to z babcią, to z dziadkiem... Koń by się zmęczył, a co dopiero dwuipółlatek. Milan stanął więc przed babcią, wyciągnął łapki w górę i zakomenderował "Do góry! Do góry!" Babcia nie w ciemię bita. Nosić 13 kilo to żadna frajda. Próbuje więc przemówić do rozsądku Milana: "Miluś, babcia nie weźmie cię do góry. Każdy chodzi na swoich nóżkach, Miluś też. No pokaż, gdzie masz nóżki?" Miluś sprawdza obecność stópek i odpowiada: "Mrówki zjadły!"

Inna historia może służyć na otwarcie rozdziału życia w Monachium.
(Sierpień i wrzesień były wyjątkowo gorące. W weekendy jeździliśmy nad cudne jezioro w Karsfeld. Milan łapczywym wzrokiem gonił za kaczkami, piłkami, grillami i dmuchanymi dziwami. W pamięci utkwił mu szczególnie dmuchany materac i ręczna pompka...)
Milan wchodzi do kuchni ciągnąc za sobą żółty kocyk. Siada na nim i udaje, że pompuje wydając dźwięki "włyt, włyt, włyt...".
Mama: Co robisz?
Milan: Zapompuję ci kocyk.
Chcę zrobić dobry żart, przykładam więc rękę do pleców Milana i też robię "włyt, włyt, włyt...".
Milan (wyrywa się dziko): "Nie tak! Nie pomp Milana, pomp tylko kocyk!"

(Niezaprzeczalną miłością Milana w Monachium stała się komunikacja miejska. S-Bahn, U-Bahn, Strassenbahn (czyli po poznańsku bimba) i autobusy poznaje po emblematach. Podczas podróży po mieście toczymy ciekawe rozmowy...)
Jedziemy z Milanem S-Bahnem. Za oknami przewijają się miejskie krajobrazy przeplatane egipskimi ciemnościami tuneli. Milan stroi śmieszne miny do własnych myśli. Jedna mina przypomina mi kota.
Mama: Milan, jak robi kotek? (oczekuję, oczywiście, "miau")
Milan: A jak robi bałwanek Krecika?
Mama: Nie wiem. Powiedz, jak robi bałwanek Krecika?
Milan (jednostajnie, na jednym tonie): Hi hi hi.




Do bycia dorosłym należy niezaprzeczalnie dorosłe używanie toalety.


Ciocia Madzia i Inka - dream team.

czwartek, 5 maja 2011

Bajki 3D dla ludzi 2D

Mój teść in spe kupił sobie nowy telewizor. Nic w tym dziwnego. Tyle że inny nowy telewizor stoi zapakowany, z gwarancją, na strychu. Nie sprawdził się. Był o kilka cali za mały (42 tylko) i nie był 3D. Ten nowy to dopiero sprzęcior! Wielki tak, że nie mieści się w przeznaczonym miejscu. Płaski oczywiście. No i te efekty specjalne 3D i HD, i coś tam jeszcze Woda się na ciebie wychlapuje, łoś wybiega przed kanapę, auto wyjeżdża prosto na ciebie! Widzisz każdy włos na włochatej nodze pająka!
Słucham tych ochów i achów jak świnia grzmotu. Mamy kilkunastoletniego Philipsa z kineskopem głębokim na metr. Dźwięk OK, obraz OK. Jasne, nie widzę ostrzeżeń pisanych robaczkami na reklamach lekarstw, ale jak dla mnie wszystko gra. Dlaczego jednak nie przetestować tego cudu techniki, który wyzwala w facecie 1,9 metra tyle adrenaliny? W końcu moje własne zacofanie telewizorowe nie jest powodem do dumy.

Teść bierze trzy piloty, kartkę ze ściągą, co na którym włączyć i odpala mi film zrobiony w cud-technologii 3D. Zakładam specjalne okulary. Nie takie tam badziewie, ale prawdziwa jakość za 70 Euro! "Prawdziwa jakość" jest na baterie, więc szumi mi nad uchem. Oho, leci film. Skupiam się na wchłanianiu efektów 3D. Miś jest wypukły. Łoś jest wypukły. Obraz ma głębię. Trochę jak trójwymiarowe pocztówki z ludzikiem, który "machał ręką" w zależności od tego, pod jakim kątem się spojrzało. No fajnie. Faktycznie jestem pod wrażeniem.

Wrażenie robi na mnie też fabuła. Udomowiony niedźwiedź zostaje przewieziony na łono natury, gdzie stara się przeżyć i wrócić do miasta. Pomaga mu w tym jeleń-lebiega. Schemat z Epoki lodowcowej. Teść co chwilę podskakuje z emocji na kanapie (nowej) i zapowiada, co będzie dalej. Patrzę jednym okiem na telewizor, a drugim na 60-letniego faceta, który z wypiekami na twarzy przeżywa film dla średniorozwiniętych 4-latków. Nie przeszkadza mu nawet to, że ogląda film bez okularów i obraz mu się rozmazuje. Siedzę i nie mogę wyjść z podziwu i zdumienia nad tym cudem techniki i nie tylko.

Po pół godzinie wrażenie nadal jest, ale jakieś inne... Szum koło ucha drażni. Oczy zmęczone wysilaniem się. Głowa jakby napięta. Zdejmuję okulary i oddaję teściowi. Teść zakłada je szybko i frajda trwa nadal. Tym razem w 3D.
Ja wychodzę cicho do ogrodu. Ptak na gałęzi jest wypukły. Krzesło na tarasie jest wypukłe. Żeby obejrzeć włosy na nodze pszczoły musiałabym się narazić na użądlenie. Krajobraz ma swoją głębię. Tylko oczy jakoś odpoczywają, mózg się odprężył. I mogę pomyśleć o czymś bardziej złożonym intelektualnie niż dylematy pluszowego misia w lesie.

Z czystym sumieniem kupuję następnego dnia prezent dla teściów: film 3D o sowach. Również bajeczny pod każdym względem ;)

niedziela, 17 kwietnia 2011

Prawie live

We wtorek i w środę mieliśmy kolejną porcję warsztatów dla opowiadaczy. Każdego dnia bite 8h pracy każdą częścią ciała i mózgu. Ale cóż to była za praca! Po pierwsze, ważne, kto prowadził warsztaty: Beata i Jarek z Grupy Studnia O. Beata - mistrzyni tworzenia bajkowej, magicznej atmosfery, zaklinania dzieci, zamorskich języków i klejenia skrawków historii w kolorową kołdrę przeszłości. Jarek - action man, Paganini wplatania rzeczywistości w bajkowe "gdybanie", nagłych zwrotów akcji, śpiewogry przy gitarze. Ich warsztat narzędzi przekazu opowieści był tak bogaty, że siedziałam urzeczona nie wiedząc, co z tego wybrać dla siebie. Może poetykę "na malinowy chruśniak"? A może "na wesołego Romka" z Misia? Do tej pory nie wiem. Będę po prostu "fleksybilna" ;)
Teraz mamy, my - wszyscy świeżo upieczeni opowiadacze - kolejne zadanie. Każdy z nas musi wziąć jedną bajkę-historię i opowiedzieć ją dzieciom. Ze wszystkimi szykanami: muzyką, przebraniem, głosami, piosenkami, rykiem, wyciem, machaniem łapami itd. Postanowiliśmy, że nasze historie będą osadzone w jakiejś konkretnej kulturze i będą opowieściami tradycyjnymi. Dzieci zaś będą coś tworzyć małymi łapkami na podstawie naszych bajań. Malowanki, rzeźby, teatrzyki.
Ja wybrałam 2 bajki. Obie są z repertuaru braci Grimm. Jedną z nich są "Czterej muzykanci z Bremy" a drugą "Stoliczku, nakryj się!". Jedna daje pole do popisu poprzez włączenie dzieciaków w opowiadanie. Drugą pamiętam z dzieciństwa. Jedyna, jaką pamiętam. Jutro zdecyduję. Bracia Grimm to klasyka, rzecz jasna. Pamiętam, jak jako dziecko czytałam sobie te bajki do poduszki. Wcale mnie nie dziwiły dziewice zamykane w wieżach, trupy szwendające się po jaskiniach czy gość z wyłupionymi oczami. Jasne, bałam się jak smok, ale niczemu się nie dziwiłam. Potem okazało się, że te opowieści były jeszcze straszliwsze. Nastał trend ukrywania ich przed dziećmi. Dzieci miały być trzymane w świecie bezpiecznym, kolorowym, pachnącym i łagodnym. A potem nastał Harry Potter i całą budyniową rzeczywistość szlag trafił :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

6 bajek na śniadanie

Dziś było intro do jutrzejszych warsztatów dla opowiadaczy. Spektakl Grupy Studni O. 6 opowieści na dwie osoby i kilkanaście głosów. Była opowieść m.in. lapońska, żydowska, afrykańska, litewska. Wszystkie barwne i bliskie natury. Pełne pieśni i uczuć najbliższych każdemu człowiekowi. Obrazy malowane gestami, słowami i muzyką. Niezależnie od kraju i stulecia.
Pewnie, niektóre zwyczaje już dawno się zmieniły. Dziś kto by pomyślał, że dziewczyna po kwadransie przekomarzania się z chłopakiem może zadecydować, że gość niczego sobie, ot zostanę z nim na całe życie. Albo że jakaś rada mędrców ma prawo zadecydować, że jakiś obcy koleś zostanie z kobitką i będzie jej służył za męża. Tak to drzewiej bywało :)
Opowieści miały tyle warstw, że każdy się wciągnął. Dorośli próbowali nadążać i za fabułą, i za wartościami przemycanymi między wierszami, i za morałem całej opowieści. Dzieciaki łapały pojedyncze obrazy i szczegóły, starały się odgadnąć, dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Jak to jest, że nagle zaczynasz takie opowieści po prostu rozumieć? Nie pamiętam etapu przejściowego. Nie wiem, czy to było w podstawówce, czy w liceum.

Zdjęcie ze strony Grupy Studni O (http://www.studnia.org/about-2/)

piątek, 8 kwietnia 2011

Baterie na 100%

Nie wiem, o czym napisać najpierw. Może chronologicznie.

Wzięłam udział w warsztatach opowiadania. Nic trudnego? Tak mi się wydawało. W końcu każdy z nas jakoś gada. Nie ma to jednak nic wspólnego z opowiadaniem. Przyjechał pan Michał z Muzeum Bajek w Konstancinie. Jego pasją jest kolekcjonowanie opowieści z całego świata i krzewienie tradycji słowa mówionego.
Najpierw, o dziwo, kazał nam się zamknąć i ruszać. Oj, wyszło szydło z wora! Skostniałe, biurowe ruchy próbowały odegrać spotkanie ze zwierzęciem. Potem było pełniej, śmielej, różnorodniej. Poruszało się całe ciało. Anektowało całą dostępną przestrzeń. Dołączyły do tego słowa. Mówione głosem wysokim jak szczypior albo niskim jak burak. Dołączyła głowa. Musiała zapanować na słowotokiem albo niezręczną pustką w głowie. Musiała poukładać sylaby w zgrabne słowa, słowa w rytmiczne wersy, wersy w melodyjne zdania, zdania w kształtne akapity. Dołączyło serce, aby móc wzbudzić emocje w odbiorcach.
Dla mnie osobiście spotkanie z opowiadaniem na tym etapie było spotkaniem ze mną samą. Musiałam się skonfrontować z własnymi wstydami i lękami. Z ograniczeniami. Z rutyną. Chciałam tego, więc na końcu padłam zmęczona, ale szczęśliwa.
Wieczorem wpisałam się na listę uczestników projektu Opowiadacze Świata. Będę przechodzić to jeszcze raz. Potem opowiem coś grupie dzieci, które na podstawie mojej opowieści stworzą COŚ. Ciekawe co. Czy coś w ogóle?

 To jest właśnie Michał w akcji (zdjęcie ze strony www.storytellermuseum.org)

Następnego dnia, jeszcze naładowana warsztatami, spotkałam się z osobą, w której błękicie oczu utonęłam. OK, to nie była ślepa miłość do obywatela płci odmiennej. To było pierwsze spotkanie z Kasią Bajerowicz. Kasia to fantastyczna mama 3 świnek, ilustratorka i graficzka. Gdy wlazłam głębiej w jej blogi, odkryłam, że spod Kasi rąk wychodzą same cuda. Fantazyjne kołtuniaki, malowanki na talerzach i jedzenie, jedzenie, jedzenie. Ma po prostu dar jakiś tajemny. Chętnie przegadałabym z nią nie 2,5 a 25 godzin hurtem.
Kasia spojrzała na moją biedną książeczkę dla nieśmiałków. Popatrzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. I chyba coś w niej znalazła. Coś fajnego. Obracała stronę za stroną. Widać było, że patrzy też na warsztat - akapity, dosunięcia do krawędzi, kolory, kształty itp. Dała mi mnóstwo praktycznych rad. Co ciekawego, powiedziała, że na jednym obrazku widać, że świetnie się bawiłam. Na sąsiednim bawiłam się mniej. Tego to nawet ja nie wiedziałam!
Czekam na kontakt z jej strony. Ciekawe, czy będzie chciała ze mną pracować... Jakby co, wszystkie 4 kciuki mam zaciśnięte. Tak mocno, że trudno mi się skupić na czymkolwiek.

czwartek, 17 lutego 2011

Fantazje dwulatków

Dlaczego bajki dla dwulatków są takie... "dwuwymiarowe"? Krzyś poszedł do ogródka. Krzyś bawił się piłeczką. Krzyś pogłaskał kotka. Obserwuję moje dwuletnie dziecko i stwierdzam, że jego wyobraźnia jest daleko bardziej rozwinięta niż te proste obrazy. Dziś zastrzelił mnie następującą wiadomością: "Ja mam w brzuszku małą dzidzię. Malutką jak fasolka. A ty, mama, masz w brzuszku groszki." Niedawno oznajmił, że w kościółku mieszka krokodyl. Krokodyl w kościółku gotuje zupę dla Milana i dla babci. Albo że jedzie do Reala kupić dom dla dziadka Andrzeja. Skąd mu się takie wizje biorą? Ot, zagadka.
Skonsultowałam moje spostrzeżenie z koleżanką Hanią, mamą Mateusza, z którym Milan w jedną noc przyszedł na świat. Mateusz niedawno wymyślił, że dziadka Henia gonił dzik i dziadek uciekał na drzewo i krzyczał "latunku". Nasze chłopaki razem chodzą do żłobka i tam podobno wspólnie wożą towar do Lidla i gotują zupę. Zdolność do fantazjowania obejmuje również wyobrażanie sobie, że dane przedmioty są czymś innym. Milan ustawia klocki jeden za drugim i mówi, że to pociąg. "U uuuuu!" - jedziemy, mama.

Dziecięce fantazjowanie ma też ujemną stronę - lęki. Milan co noc wbiega w środku nocy do naszej sypialni i ze słowami "boję się, boję się" pakuje się między nas. Nie wiem, czy boi się ciemności, czy boi się spać sam, czy boi się jakichś cieni. On sam jeszcze nie wie, a gdy zadaję jakiekolwiek pytania zamknięte: "Czy boisz się ciemności?" odpowiada "Tak", obojętnie o co zapytam. Inna scena: na parkingu. Staje za mną i mówi, że się boi dużego auta. Jeszcze niedawno leciał przez parking dotykając każdego znaczka na aucie. Ostatnio wiele przedmiotów wzbudza w nim lęk. Łącznie z magiczną kupą w nocniku.

Z książeczek, które mamy na półce, Milan chętnie ogląda "literaturę faktu" czyli zdjęcia krów, niedźwiedzi, psów itd. Ale równie chętnie słucha opowieści o tym, jak papuga Nico uciekła i schowała się na obrazku. Potrafi parę minut siedzieć i szukać papuziego ogona wśród tysiąca detali na średnio realnym obrazku. Lubi też cienką książeczkę o tym, jak Świnka Peppa, jej brat Jacek i dinozaur Jacka idą do dentysty, pana Słonia. W efekcie oględzin dinozaur ma myte ząbki i płucze buzię specjalnym płynem. Kto widział pluszowego dinozaura na fotelu? Ale dzięki temu Milan chętniej myje zęby. Ja opowiadam historię o dinozaurze u dentysty, a on siedzi z dosłownie rozdziawioną paszczą. Więcej fantazji i odwagi z naszej - rodzicielskiej - strony, a może nasze dzieci będą śmielej i z większą wyobraźnią iść przez życie? Wyobraźnia jest potrzebna jak powietrze :)