O mnie

Moje zdjęcie
TimeMashinka to wehikuł czasu. Czasu dzieciństwa. Przewozi dzieci mądrze i śmiesznie przez drogę pełną zakrętów i dziur. Wehikuł czasu ma tylko jednego kierowcę i tylko jednego bohatera - Dziecko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje bajki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 marca 2012

Zadanie domowe zaliczone

Zapisałam się na kurs pisania. To ci dopiero heca! Bawi mnie to z jednej strony, bo uwielbiam pisać i czuję się jak szczeniak aportujący patyk. Czuję się też zdyscyplinowana jak w prawdziwej klasie, z prawdziwą katedrą, prawdziwym panem "psorem" i prawdziwą klasą. Czytam i piszę codziennie. Serio serio. Nie ma żadnych wymówek.
Codzienne czytanie wdrażam już od pewnego czasu. W każdym kącie leży coś z literami. W tzw. jadalnym koło pilota od TV (najczęściej na pilocie). W kuchni na stole. W sypialni na nocnej szafce. W pokoju Milana na 4 półeczkach, dwupiętrowo. Nawet w toalecie mamy coś do czytania. Jest to nasza oficjalna czytelnia i każdy ma prawo odmówić otwarcia drzwi w trakcie pasjonującego artykułu o wspinaczce wysokogórskiej bez zabezpieczeń.

Niedawno dostaliśmy zadanie domowe. Mieliśmy pokazać wybraną cechę naszego bohatera w akcji, nie nazywając tej cechy wprost. Napisałam kilka scenek z życia Wiedźminki. Zamieszczam je poniżej. Przypomniałam sobie, że dawno temu pisałam już o Wiedźmince. Jak była w szkole. Jak cudowała na lekcji chemii. Jak naprawiała świat mając do dyspozycji szpulkę od nici i kawałek drutu. Podzieliłam się tymi historiami z dobrym kumplem z dawnych lat. Milek najpierw obśmiał moje bajanie sam, a potem czytał wspólnie z synami i tarzali się ze śmiechu. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy poczułam pisarską moc sprawczą. Wtedy nie wiedziałam, że jest to bardzo ważna umiejętność.

WIEDŹMINKA I JEDNA CECHA


Wiedźminka była spod znaku Ryb. Czytając swój horoskop nie potrafiła się zidentyfikować z takimi cechami jak bujanie w obłokach, płaczliwość, niezdecydowanie.
- Jestem okoniem. – stwierdziła i zamknęła gruby elementarz astrologiczny.
Okonia natura Wiedźminki brała górę przynajmniej trzydzieści razy dziennie. Od momentu, w którym zdała sobie sprawę z faktu, że ona to ona a nie jeszcze jedna noga mamy.
Jej mama wymarzyła sobie śliczną dziewczynkę z blond loczkami, lazurem wielkich oczu i w różu od stóp do głów. Wiedźminka urodziła się jako prawie ideał. Gdy jej mama pchała wózek przez miasto, przechodnie odwracali się zahipnotyzowani błękitem oczu maleństwa. Spod czapeczki wystawały koniuszki lnianych włosków. Mama postarała się o belę materiału w kolorze różowym i co wieczór z pasją szyła coraz to nowe ciuszki dla córeczki. Wiedźminka miała różowe kaftaniki, różowe pajacyki, różowe majteczki i obowiązkowo różowe spódniczki. 

Dwuipółletnia Wiedźminka spojrzała pewnego dnia w lustro i stwierdziła, że dziewczynka po drugiej stronie jest jej obca. Złapała kluskowatymi rączkami długą marchewkę i zamachnęła się tak, jak robiła to babcia Rumsztyk: rach, ciach, ciach, hokus, pokus, plums! Nagle zagrzmiało, zadymiło się, a lustro przechyliło się z jękiem drewnianej ramy na dziewczynkę. Wiedźminka podtrzymała zwierciadło i oparła z powrotem o ścianę. Spojrzała na własne odbicie i klasnęła dłońmi o uda z radości. Zaśmiała się bielą drobnych ząbków.
- To ja! – zawołała na widok płomiennorudych kosmyków i piegów, które usiały jej policzki jak złoty piasek.
Mama na jej widok również wydała głośny okrzyk. Niestety daleki od entuzjazmu Wiedźminki.

Mama myślała, że gdy Wiedźminka pójdzie do szkoły, stanie się wreszcie spokojną, poukładaną dziewczynką. Taką „normalną” według mamy. Już drugiego września została wezwana do dyrektora na rozmowę. Według dyrektora, dziewczynka miała na fizyce odwracać kierunek poruszania się planet po orbitach. Nauczyciel opowiadał o Układzie Słonecznym pokazując model, a Wiedźminka pytała uporczywie „ale dlaczego?” i ciągnęła planety w odwrotnym kierunku doprowadzając tym do ogólnego chaosu w kosmosie.
Do legendy szkoły przeszła lekcja polskiego na temat Słowackiego. Gdy pani profesor zwana Panną Wanną powiedziała, że „Słowacki wielkim poetą był”, Wiedźminka parsknęła śmiechem.
- Proszę o ciszę! – zareagowała natychmiast Panna Wanna. – Agatko, proszę wytłumacz swój śmiech.
- Pan Julek umiał pisać tylko przy nowiu Księżyca, tylko pod wpływem naparu babci Rumsztyk i tylko jego szczęśliwym piórem.
- Słu – cham? – Panna Wanna wycedziła zniżając okularu na czubek nosa.
- Pan Julek miał takie szczęśliwe pióro. Od gęsi wędrownej. Mówił, że żadne inne go tak nie uskrzydla.
- Jaki pan Julek?
- Słowacki, pani profesor. Był może poetą, ale niezbyt wielkim, moim zdaniem. – dodała Wiedźminka kończąc składanie origami bez spoglądania. – W dodatku sadził ortografy. Ciocia Mela poprawiała mu teksty.
Polonistka wstała zza katedry, zdjęła okulary i nerwowym ruchem wycierała je z wymaigowanego okruszka. Jak to? Przecież „Słowacki wielkim poetą był”! Przecież tak jest napisane!
Prawdziwym wyzwaniem dla Wiedźminki był pan od matematyki zwany Sikorem. U Sikora wszystko musiało być idealnie poukładane. Dziennik klasowy leżał na środku biurka, po jego lewej stronie leżał liniał, po prawej długopis i ołówek. Kawałki kredy leżały pod tablicą według długości i koloru. Lekcja zaczynała się od odczytania listy obecności. Następnie Sikor wykładał krótko teorię, a potem przez pół godziny maglował uczniów przy tablicy. Pewnego poniedziałku wszyscy weszli do klasy i zastali chaos. Kreda porozrzucana, jakieś bohomazy na tablicy, na biurku ołówki i długopisy porozwalane jak bierki, krzesła poskładane na kupie w jednym kącie sali, a stoły w drugim. Dziennik lewitował pod lampą. Sikor zdębiał. Nie wszedł do klasy. Widać było, że ma ochotę zadzwonić pod 912. Z braku takiej możliwości czmychnął na skargę do dyrektora.

Wiedźminka starała się trzymać z daleka od ludzkich problemów. Wydawały jej się kompletnie nieistotne. Mieszała się tylko wtedy, gdy komuś działa się krzywda. Jak Kalinie. Mała Kalinka miała wadę wymowy. Nie potrafiła wymówić „r”. „Grubym rybom”, jak klasa nazywała paczkę Tomka, wydawało się to arcy-zabawne. Gdy Kalina mówiła „lowel” albo „geoglafia”, denerwowała się i zaczynała się dodatkowo jąkać. Wtedy chłopcy wpadali w świetny humor i przedrzeźniali koleżankę.
- Plo, plo, plo... Plosię mnie nie prze, prze, przedzieźniać! – małpowali Kalinkę.
Dziewczynka czerwieniała jak pomidor i odchodziła w kąt. Chłopcy szli za nią i tak długo wyśmiewali, aż Kalinka wybuchała płaczem i biegła do domu. Wiedźminka długo myślała nad tym, co może zrobić. Pewnego dnia, gdy banda „grubych ryb” już biegła w kierunku Kalinki, Wiedźminka machnęła w ich stronę krzywym kijaszkiem i coś wymamrotała. Nagle chłopcy dostali strasznej czkawki. Czkawka była nie do opanowania, silna aż do zachłystywania się, połączona z puszczaniem głośnych bąków. Zemsta Wiedźminki nie była wyrafinowana, ale skuteczna. Chłopcy omijali Kalinkę z daleka.
Taki był okoń z Wiedźminki.

środa, 29 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie 2

W dzień przestępny - czyn występny. Bajka braci Grimm w wersji niekanonicznej, ciąg dalszy.


           Maestro, Boniek i Ray ruszyli w dalszą drogę. Fakt założenia zespołu dodał im takiego animuszu, że w księgach parafialnych mijanych miejscowości można znaleźć adnotacje o dziwnym pochodzie, którego ryki, kwiki i wycie zatrzymywało krowom produkcję mleka. Dochodzili do Leeste, gdy ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Na płocie siedziała kura. Pełnokrwista, dojrzała, obfita w kształtach kwoka. Z bliska okazało się, że jest nawet już nieco przejrzała i nieco zbyt obfita w kształtach, ale efekt pierwszego wrażenia trwał. Kura poprawiała makijaż, którego ilość mogłaby zawstydzić nawet charakteryzatorów teatralnych. Maestro przeczesał grzywę. Boniek wyprężył ogon i nabrał powietrza, żeby się wydać bardziej barczystym. Ray przejrzał się w okularach i stwierdził po raz kolejny, że Bóg stworzył ideał. Wysforował się przed osła i pierwszy dotarł do płotu.
- Kogóż to widzą moje piękne oczy? – zagaił kot miękkim głosem. – Cóż za kibić, jakaż delikatna pęcinka, fryz paryski... Oddech wielkiego świata na naszej skromnej drodze do showbiznesu.
Kwoka usłyszała słowo-klucz: showbiznes. Rzuciła ostatnie spojrzenie w lusterko, zgrabnym ruchem zamknęła czerwoną szminkę i sprawdziła dyskretnie czy czarny pieprzyk koło dzioba nadal się trzyma. Na jej dziób wypłynął uśmiech. Biodro zakołysało się delikatnie, a wraz z nim płot na całej długości.
- Ko, ko, ko, koteczku, bądź tak kooochanieńki i podaj ognia – kura wyciągnęła fifkę eksponując przy tym nadgarstek. Rzuciła Ray’owi powłóczyste spojrzenie spod lazurowo pomalowanych powiek. – Dokąd wiedzie wasza dróżka?
- Pani pozwoli, że się przedstawię. – osioł doszedł właśnie do płotu i przejął pałeczkę. – Jesteśmy prawie światowej sławy zespołem muzycznym. Ja jestem solistą, a panowie Boniek i Ray zapewniają tło. Wybitne, oczywiście. – dodał szybko widząc najeżone karki psa i kota. -  Może się pani zwracać do mnie Maestro.
- Trasa koncertowa? Jakież to fantastyczne! Kapitalne! Genialne! – kura zagdakała z zachwytu. – Czy znajdzie się jeden, jedniutki bilecik w ostatnim rzędzie dla malutkiej Marilyn? – kura zeskoczyła z płotu i podeszła do osła kołysząc biodrami. Podmuch wiatru podwiał jej pióra i oczom zebranych ukazały się kurze nogi w pełnej krasie i obfitości cellulitisu.
- Ach! – krzyknęła przyciskając pióra z powrotem do bioder i zastanawiając się, czy na jej policzki wypłynął rumieniec udawanego wstydu.
- Ach... – z trzech męskich piersi wydarł się cichy okrzyk zachwytu. W trzech głowach jednocześnie padło pytanie: „Kiedy to ja ostatnio widziałem kobiece uda?” i na trzech pyskach jednocześnie odmalowała się smutna zaduma.
Kura była w swoim żywiole. Zaczęła grzebać umalowanymi na czerwono tipsami jednej łapy w ziemi, niby to przełamując własną nieśmiałość.
- Panowie wybaczą, że o coś zapytam. Nie mogę się jednak oprzeć i nie darowałabym sobie nigdy w życiu, gdybym nie spróbowała spełnić mojego wielkiego życiowego marzenia.
Trzy pary oczu spojrzały na kurę maślanym wzrokiem.
- Zawsze marzyłam o podróżach, o sławie, o scenie. Życie jednak przeminęło pozostawiając mnie niespełnioną. Na wielką karierę sceniczną już nie te lata. – mówiła kura cichutkim, smutnym głosem, z głową spuszczoną nisko w pokorze. Spode łba łypała na artystów oceniając wrażenie, jakie zrobiła. A wrażenie było ogromne.
- Czy pozwolilibyście mi panowie towarzyszyć sobie w tej podróży? Jestem gotowa na każde... – tu kura zawiesiła głos – ...każde poświęcenie w hołdzie waszemu talentowi.
W osła, psa i kota jakby piorun strzelił.
- Ależ szanowna pani! Jesteśmy zaszczyceni! Jesteśmy przeszczęśliwi! Cóż za wspaniały pomysł! – podskoczyli do kury i obcałowywali jej skrzydła od koniuszków lotek aż po pachy. – Czy zostanie pani naszym impresario? – dodał Maestro obniżonym głosem nachylając się nad kurą tak nisko, że włosy rosnące mu na brodzie połaskotały ją w nos.
Kura zatrzepotała wytuszowanymi starannie sztucznymi rzęsami.
- Ach! Co za cudowna propozycja! – zafalowała kurza pierś.
- Ach... Co za cudowne... – z trzech męskich piersi znowu wydarł się cichy okrzyk.
            W dalszą drogę ruszyli we czwórkę. Kura niemal biegła na czele peletonu oglądając się za siebie niespokojnie. Wzdłuż płotu biegała kobieta z siekierą w rękach krzycząc „Maryla! Maryyyyla! Ja cię dorwę, stara kwoko! Szykuj się do rosołu!”
Za wsią kura zwolniła. Nagle rozbolały ją nogi. Osioł szybko podskoczył i zaoferował swój grzbiet jako środek dalszej lokomocji. Kura nie omieszkała skorzystać. Po kilku kilometrach rozbolało ją siedzenie. Pies zaproponował, że weźmie ją na ręce. Niósł ją aż do granicy lasu. Wtedy kurę rozbolało wszystko. Pies ledwie łapał powietrze. Kota nie było nigdzie widać. Od samego początku wędrówki zwierzęta nie były tak cicho jak w tym momencie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc kapela postanowiła znaleźć miejsce na popas. Jak na zawołanie, w środku lasu pojawiła się polana, a na niej chata. W oknach paliły się światła. Czwórka podeszła zaciekawiona pod sam dom. Osioł wspiął się na zadnie nogi i zajrzał przez okno. Na bieżąco relacjonował to, co widział.
- Widzę dużą izbę. Na środku stoi wielki stół, a na nim... – osłu pociekła ślina. – Na nim stoją misy pełne jadła.
- Co jest? Co jest? – zwierzęta stłoczyły się pod parapetem.
- Boniek, jest golonka z wielką kością w środku. Ray, jest misa kaszanki i pasztet z...
- Z zająca! – dokończył zdanie kot wciągając powietrze w nozdrza.
- Droga Marilyn, czy zadowoliłaby się pani blinami i kołaczem? – osioł wytrzeszczał oczy starając się odgadnąć zawartość talerzy.
Kura nie odpowiedziała przełykając jedynie głośno ślinę.
- Za stołem siedzi ośmiu... nie, dziesięciu mężczyzn, po dwa metry każdy. Każdy ma po dwa długie noże i flintę. Jeden z nich ma rudą brodę. Jak mówi, wali pięścią w stół, a reszta pochyla głowy.
- To banda Czerwonobrodego. Rozbójnicy. Najsławniejsi po tej stronie Odry. – powiedziała kura jakby zamyślona. Banda często wpadała do jej wioski z wizytą. Po tych sąsiedzkich odwiedzinach pozostawały puste flaszki i opróżnione garnki we wszystkich zagrodach. Zostawała też pomięta pościel jej gospodyni...
Osioł zwołał naradę pod płotem.
- Jestem głodny jak wilk. Wszyscy jesteśmy głodni i zmęczeni. – dodał widząc długie pyski towarzyszy. – Ta kolacja musi być nasza. Zasłużyliśmy na nią. Nasze struny głosowe potrzebują pożywienia i godnego napitku. Jesteśmy dobrem narodowym! – osioł uderzył w patriotyczną strunę.
- Zgadzam się. Na przystawkę każdy z nas połknie po dwóch i pół rozbójnika, a potem zabieramy się do dania głównego. – kot sprowadził osła na ziemię.
Osioł zmitygował się w przywódczych zapędach.
- No dobrze. Racja. Kto ma pomysł, jak się pozbyć rozbójników?
Zapadła cisza. Psa zaczęła męczyć jakaś tajemnicza pchła na ogonie i odwrócił głowę. Kot wbił wzrok w pazury. Osioł pozostał z podniesionymi pytająco brwiami.
- Ja to załatwię. – powiedziała nagle kura i nie czekając na komentarz ujęła się pod boki i pomaszerowała w stronę chaty dziarskim krokiem. Odprowadzały ją trzy pary bardzo zdziwionych oczu. Zdziwionych i zachwyconych. Kura dochodziła już prawie do chaty, gdy panowie oprzytomnieli i jednomyślnie pomknęli chyłkiem do okna. Osioł stanął na zadnich łapach. Na jego grzbiet wdrapał się pies. Na grzbiet psa wskoczył kot. Wszyscy wsadzili pyski w okno.
Kura zapukała głośno do drzwi i pchnęła je mocno łapą. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Kura wkroczyła śmiało do izby. W jej kierunku poszybowało spojrzenie dziesięciu par oczu. Głodnych oczu.
- Oooo... – westchnęli zgodnie osioł, pies i kot w nagłym przypływie lęku o koleżankę. Niewystraszona spojrzeniami kura wskoczyła na stół. Stanęła na jego środku. Zwróciła się wprost do herszta bandy. Wzięła się pod boki. Powiedziała coś, po czym brwi wszystkich dziesięciu rozbójników poszybowały w górę. Czerwonobrody poczerwieniał i zerwał się z miejsca łapiąc za nóż. Kura stała niewzruszona. Wtem jeden z rozbójników wstał, rzucił na stół swoje noże, splunął z miną pełną obrzydzenia i wyszedł z chaty. Po nim kolejno wstawali i wychodzili pozostali rozbójnicy. Cała banda zniknęła w ciemnym lesie.
Za stołem został tylko Czerwonobrody. Patrzyli sobie z kurą w oczy długą chwilę. Nagle herszt odrzucił krzesło silnym ruchem, aż poleciało pod piec. Widać było, że oddycha szybko, a jego twarz skurczyła się w złości. Złapał swoje noże, zatknął je za pas, wziął flintę i wybiegł z chaty kierując się do wsi.
W chacie zapadła cisza. Pozostał zastawiony stół i kura na jego środku. Osioł, pies i kot nieśmiało weszli do izby.
- Marilyn, gdzie są rozbójnicy? Co takiego im powiedziałaś?
Kura zaczęła już ucztowanie i niechętnie oderwała się od blina.
- Powiedziałam, że moja pani cierpi na pewną przypadłość, którą z pewnością podzieliła się z Czerwonobrodym podczas intymnych igraszek. I że Czerwonobrody farbuje włosy... – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Fuuuuuuj! – na pyskach bądź co bądź męskich odmalował się wstręt.
Uczta trwała do północy. Zmęczone, objedzone do granic wytrzymałości zwierzęta zaczęły szukać miejsca do spania. Pies zwinął się na derce przy wejściu do chaty. Kot wymościł sobie posłanie na ciepłym zapiecku. Kura wlazła na belkę wiszącą u powały. Osioł postanowił wyjść na świeże powietrze.
- Dobranoc. Jutro z samego rana ruszamy do Bremen. - powiedział i z błogim wyrazem pyska zapadł w górę siana pod stodołą.
            Pierwsze promienie słońca zastały zwierzęta przewracające się na drugi bok. Drugie promienie słońca podgrzały powietrze i zwierzęta leniwie przeciągnęły się na posłaniach. Dopiero koło dziesiątej osioł jako pierwszy wyległ na światło dzienne. Wszedł do chaty i zaczął szukać resztek jedzenia. Dźwięk kopyt pobrzękujących na cynowych misach pobudził resztę towarzyszy.
- Wrzuciłby kot coś na ruszt! – kot zaprezentował pałąk chudego grzbietu nie pozostawiając wątpliwości co do tego, jakie ma priorytety.
Zanim śniadanie stanęło na stole, zanim wszyscy się najedli, zanim nieco ogarnęli chatę, było już popołudnie. Zapadła jednogłośna decyzja o pozostaniu do następnego dnia.
Następnego dnia okazało się, że w spiżarni jest zapas konserw mięsnych i chleba. Popas przedłużył się o kolejne dwa dni.
W sobotni wieczór kot wytrzasnął skądś buty i wybrał się na potańcówkę do wsi. Wrócił nad ranem w towarzystwie drobnej, rozchichotanej kotki. Oboje zniknęli na zapiecku. Pies odwrócił się dyskretnie. Kura odęła się na niestałego adoratora i wyszła na dwór. Pod stodołą siedział osioł wpatrzony w rozgwieżdżone niebo.
- Popatrz, Marilyn, to jest Kasjopeja. Tamto maleństwo to Plejady z gwiazdami drobnymi jak mąka krupczatka. A te duże, jasne gwiazdy to Orion. Jego pas przypomina mi dorodne ziarna pszenicy. – w ośle odezwały się wspomnienia.
Kura przycupnęła koło osła drżąc lekko od wieczornego chłodu. Wcale nie patrzyła na gwiazdy, a jej oczy jaśniały bardziej niż Syriusz.
- Ko, ko, ko, kocham pana, Maestro...   

wtorek, 28 lutego 2012

Grimmowie przewracają się w grobie

Zapisałam się na kurs pisania. Zadanie pierwsze - wybierz jakiś znany utwór i napisz go po swojemu zmieniając jeden fakt (np. co by było, gdyby Kopciuszek miał taki sam rozmiar buta jak jedna z sióstr?).
Na tapet wzięłam Muzykantów z Bremy.
No to jedziemy:


Wszystko zaczęło się w Harpstedt niedaleko hanzeatyckiego miasta Brema. Młynarz miał jednego pomocnika – osła. Odziedziczył go po ojcu razem z interesem. Osioł był już tak stary, że szczecina na jego grzbiecie całkiem się wytarła od derki, którą młynarz kładł na grzbiet zwierzęcia zanim objuczył go workami z mąką. Długie uszy czujnie strzygły na lewo i prawo niedosłysząc. Oczy osła już dawno osnuła delikatna mgła starości. Jedynym, co w ośle pozostało młode, był głos. Gdy osioł ryczał, sąsiadki młynarza biegły zbierać garnki z płotów. Od przenikliwego oślego kastratu zwykły pękać.
Pewnego dnia osioł doznał objawienia. Kto powiedział, że osioł urodził się jedynie do pracy we młynie? Z takim głosem można zrobić karierę nawet w radiu! Ta wizja tak poruszyła osła, że z kopyta ruszył w drogę do największego miasta, jakie znał: do Bremy. Czuł się jakby zaraz wchodził na antenę.
Po kilkuset metrach tempo „z kopyta” zamieniło się w tempo iście ośle. Wiek i młynarska rutyna dały o sobie znać. Osioł parł jednak na północny-wschód jak czołg, co krok zmieniając taktykę automotywacji. Dzień był wprost stworzony do spacerów. Słońce stało wysoko nad horyzontem. Po niebie goniły się nieliczne cirrusy. Skowronki na wyprzódki wyśpiewaływały swe trele znacząc teren. Osioł próbował wyciągnąć skowronkowe wysokie C. Nie mógł wyjść z zadziwienia widząc ptaki opadające jak kamienie w łany jęczmienia, gdy tylko wchodził w górne rejestry. Podśpiewując, kopyto za kopytem, doszedł do lasu.
Spocony grzbiet osła okrył cień. Osioł opuścił głowę i przymknął oczy wsłuchując się w głosy nowych ptaków i próbując ułożyć swój pierwszy utwór a capella.
- Auuuuu! – spod oślich kopyt rozległo się nagle przenikliwe wycie. Na poboczu, w plamie słońca, leżał pies myśliwski. Zmęczony odpoczywał wyciągając łapy na drogę.
- Ihooooo rety! Przepraszam najmocniej. Uraziłem pańską łapę?
- I to jak! – pies dmuchał ze zbolałą miną w nieco spłaszczone pazury.
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie. Dlaczegóż pan jednak leżysz na drodze? Kopyta można sobie o pana połamać!
- Widzisz pan, życie jest pieskie. Niedowidzę. Niedosłyszę. Zęby mi się kolebią. Za zającem nie nadążam. Zanim lisa wyciągnę z nory, padam zziajany. Starość, panie, starość.
- Proszę mi uwierzyć, że na emeryturze można żyć inaczej. Nie tylko z jęzorem na brodzie za ptactwem się uganiać. Można kulturalnie. Można bez wysiłku. Można w poszanowaniu. Można w dostatku.
- Pan mi tu kitu nie wstawiaj! – zawarczał pies. Sierść stanęła mu na karku. – Coś pan, obwoźny sprzedawca, jakiś rep cholerny od OFE?
Osioł nie zrażał się ostrą ripostą psa. Między uszami zakiełkowała nagle pewna myśl i osioł aż zmarszczył się na mordzie szukając w głowie odpowiednich słów.
- Jestem właśnie w podróży. Udaję się do Bremy. Będę pracować w showbiznesie. Dzięki mojemu ośmiooktawowemu głosowi wybiję się ponad tłum przeciętnych piosenkarzyków. Jak słyszę, pan również dysponujesz potężnym organem. Co za szorstkość! Co za artystyczna chrypa! W pana głosie przebija się bluesowy ból istnienia! Jak zamknę oczy, widzę te pola bawełny w Luizjanie i słyszę skowyt psów pilnujących czarnych niewolników. Proszę uczynić mi ten zaszczyt i przyłączyć się do mnie. Jako duet przejdziemy do historii muzyki. Jakaż to będzie droga!
- Jaka droga? – zapytał pies zgubiwszy wątek. Ośla przemowa skołowała go nieco. Zagaił więc o jedyną rzecz, którą zapamiętał.
- Droga do Bremy, szanowny panie! Proszę mi mówić Maestro, nie bądźmy tacy sztywni. W naszym artystycznym gronie nie musimy. – osioł zamachnął się kopytem zarzucając niewidzialny biały szaliczek na szyję. Ruszył przed siebie ćwicząc dalej oktawy i nie oglądając się na psa. Rozumiało się samo przez się, że idą razem. W końcu pomysł osła był doskonały.
- Boniek jestem. – warknął pies w powietrze za oślim ogonem. Wstał, spojrzał w las nieco tęsknym wzrokiem, potem za osłem i westchnąwszy ruszył w ślad za nowym kolegą. Teraz już kolegą z zespołu.
Maestro i Boniek szli dalej. Maestro z głową do góry, szukając inspiracji w leśnym listowiu. Jego głos niósł się daleko po lesie budząc nawet żerujące nocą jeże. Boniek z nosem przy ziemi, charcząc i powarkując dla rozgrzewki. W pobliżu Klosterseelte ponad głos osła wybił się inny głos. Wysoki, rozpaczliwy, przepełniony żałością. Właścicielem głosu okazał się stary, wyliniały, bezzębny kocur. Oko osła błysnęło w przypływie geniuszu.
- Witam waćpana! – przywitał się Maestro szarmancko. – Cóż tak wybitna osobowość światowej sceny jazzowej robi na przydrożnym kamieniu?
- Miaaau...em ci ja młodość, miaaau...em ci ja myszy, teraz moją piosnkę tylko słoooonko słyyyyszyyyy! Miaaau...em ci ja kotki, mleko miaaau...em ci ja, teraz ni mam sierści, nawet zębów niii maaam! – odpowiedział wymijająco kot na nutę disco polo.
- Szanowny panie, serce się kraje, gdy się słyszy pana historię. Emeryci mają tak ogromny wkład w rozwój naszego społeczeństwa, a w ramach wdzięczności spycha się ich na margines, na jakieś przydrożne kamienie. To skandal! – wyżalał się osioł patrząc, jak w oczach kota budzi się błysk solidarności. – Zapraszam do naszego zespołu muzycznego. Jesteśmy z kolegą w drodze na szczyt kariery muzycznej. Ja jestem solistą, kolega śpiewa bluesa. Osiem oktaw, blues i jazz – czyż nie byłaby to fantastyczna konstelacja? Uszy bremeńskiego publikum tylko na to czekają, jestem więcej niż pewien.
- Ach, nie wiem, nie wiem... – kot krygował się liżąc łapę i wykonując nią zalotne ruchy w okolicy ucha. Widząc jednak, że jego kokieteria nie robi na ośle żadnego wrażenia, a na psie jeszcze mniejsze, zeskoczył z kamienia. – Na chrzcie dali mi co prawda Mruczek, ale wewnątrz artystyczna dusza łka. Mówcie mi Ray, OK?
To mówiąc kot wyciągnął spomiędzy fałd czarne okulary i wcisnął je na nos zawadiackim ruchem.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Szukam mojej drugiej połowy

Ech. Zmartwienie takie mam. Szukam mojej drugiej połowy. Najlepiej na zawsze. Jak to w małżeństwie bywa, wnoszę coś do związku i oczekuję, że moja druga połowa będzie mnie cudownie uzupełniać.

Umiem więc fantazjować, wykuwać te fantazje w słowach, przerysowywać prostą kreską na papier i mam ogólną koncepcję tego, jak mamy otrzymać efekt końcowy w postaci szerokiego uśmiechu dziecięcej buzi na widok naszej książki.
Moja wymarzona druga połowa powinna umieć wziąć moje literki i obrazki, spojrzeć na nie czule i połączyć je z wyobraźnią. Trochę jak kucharz. Bierze śmierdzący czosnek, nijakie, suche makarony, oliwę, szczyptę soli i po chwili ma już boskie spaghetti alio di olio.

Znajduję fantastycznych ilustratorów. Świetnych bajkopisarzy. Fantastycznych organizatorów. Ale nie znalazłam do tej pory mojej drugiej połowy.

Moja (Potencjalna) Druga Połowo! Jeśli to czytasz, odezwij się!

poniedziałek, 21 marca 2011

Gotowe!

Minęło kilka fantastycznych (i "fantastycznych inaczej") dni. Raz się czułam świetnie, innym razem wykładałam nogi z niemocy. Przyjechali teściowie (in spe) i odjechali do domu. Milan wymyślił kilka nowych zabaw, kilkadziesiąt nowych zdań i wywalił jeden skaner z krzesła na podłogę. Jest poniedziałek i czas zacząć pisać nowy słupek, który za parę dni będzie można tak ładnie podsumować.

Najważniejsza rzecz: Robaczek-Chowaczek dla chłopców jest GOTOWY! Jest żywy tekst obejrzany z każdej strony czujnym okiem Agnes. Są ilustracje wyssane z ołówka i wymoczone z farb. Są nawet awatary, w których dziecko będzie mogło sobie wybrać "siebie". Od pierwszej do ostatniej strony wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Z jednej strony czuję się tak, jakby mój obowiązek był w tym momencie spełniony. Jakby był to koniec pasjonującej drogi z wieloma zakrętami. Z drugiej strony głowa wie, że to dopiero początek. Czeka mnie jeszcze matczyne czuwanie nad składaniem wszystkiego do tak zwanej kupy przez Michała-anioła. A następnie straszliwa, bezduszna komercjalizacja, dzięki której książeczka trafi do rumieniących się przesadnie Kubusiów, Marcinów, Dawidów czy Mateuszów. W zasadzie to dopiero będzie spełnieniem moich marzeń :)

Załączam jeden z obrazków nowego Robaczka-Chowaczka.

poniedziałek, 14 marca 2011

Siedzę w nowych obrazkach

Oczami wyobraźni widzę, jak genialny fotograf-grafik-filozof Michał składa moją pierwszą książeczkę dla nieśmiałych dziewczynek od nowa i wychodzi z niej cudo. To znaczy cudo już było, teraz będzie cudo nad cuda :) Ja tymczasem siedzę z ołówkiem nad chłopięcą wersją historii i w zasadzie rysuję wszystko od nowa. Co się zmieni? Marzę o tym, żeby było więcej dynamiki, więcej życia w tych rysunkach. Żeby kolor był intensywniejszy, bardziej soczysty. Wymyśliłam sobie kilka ciekawych perspektyw, mniej "dorosłych". Próbuję oddać mimikę prostą kreską.
Waźne są też zmiany w tekście. Uświadomiła mi to "Płeć mózgu". Chłopiec nie przytula pluszowej zabawki na pocieszenie albo ukojenie lęku. Nie podskakuje ze strachu na widok robaka. Śmiało sprawdza magiczność kubka Wiedźminki. Nadal się boi, ale szybciej wychodzi ze swojej skorupki. Jest po prostu bardziej chłopięcy.
Pozostała Wiedźminka. Kuskus nadal chowa się na każdej stronie. Barni nadal wędruje po nocach. No i jest Robaczek-Chowaczek.
Nie mogę się doczekać, aż te dwie książeczki wreszcie ujrzą światło dzienne. Pewnie gdyby nie mój perfekcjonizm, już byłyby "w obiegu". Tylko dla mnie są "jeszcze nie nadające się do publikacji". Ciekawe, kiedy będę wiedziała, że to jest TO?

Do pisania podwójnych wersji jednej historii, dla dziewczynek i chłopców, skłoniło mnie kilka refleksji. Rozmowa z koleżanką-"psycholożką". Obserwacja Milana. Wywiad w żłobku. Książki. Przeczytałam o ciekawym doświadczeniu. W Izraelu próbowano w kibucu wychować pokolenie dziewczynek i chłopców zrównanych w prawach i obowiązkach. Mieli zostać pozbawieni tego, co niesie ich płeć, a co w kibucu wydawało się zbędne. Po latach okazało się, że dziewczynki wychowane jak chłopcy nadal wskakiwały w buty ich matek i kontynuowały swoje kobiece role. Eksperyment się więc nie powiódł. Kobiecość mamy zapisaną głębiej niż w tradycji. Potem ciocia Ania ze żłobka opowiedziała mi o swojej znajomej, która miała synka i wychowywała go z różowym kolorem, wózkiem do lalek itd. Nie wiem, w czym leżał problem, ale chłopiec wkrótce stał się pośmiewiskiem klasy. Bał się. Nikt nie chciał się z nim bawić. On nie chciał się z nikim bawić. Odstawał od grupy. Wniosek - przyjdzie czas, jak nawet mój synek złapie za jakiś plastikowy pistolet, nawet jeśli wychowujemy go na pacyfistę. Natura upomni się o swoje.

wtorek, 1 marca 2011

Kupa a sprawa polska

Allle mnie w piątek wzięło! I na auto-ironiczne rozrachunki, i na chorowanie. Przez weekend symulowałam życie ograniczając się do fizjologii. W poniedziałek odzyskałam głos. Dziś jest wtorek i czuję, że żyję. Na razie przez malutkie "ż", ale kierunek jest już prawidłowy.

Meldunek ze żłobka: synek grzecznie chodzi z innymi dziećmi na nocnik. Za każdym razem wydusi przysłowiową kropelkę. Ewidentnie cieszy go to niesamowite zjawisko :) Kupa nadal leży w sferze lęków i unika wtedy wzroku ludzkiego, jak tylko może. Niemniej jesteśmy bliżej celu. Myślę, że pomaga mu w tym trochę narysowana naprędce bajeczka. Nawet dwulatek pojmuje, że kupa się robi z jedzenia. Że jak jedzenie vel kupa leży w brzuszku, to brzuch boli. Dlatego kupę robić jest dobrze i kupa jest OK. Kupa oczywiście śmierdzi - nie będę mu wciskać, że jest inaczej, bo już tyle rozumie nawet bez pomocy mamusi. Ale jak się kupę z nocnika przerzuci do toalety i spuści wodę, to i nie śmierdzi, i zabawa jest przednia. Mój pierworodny przekłada dzielnie karteczki, mruczy coś sobie pod nosem, czasem woła głosem godnym odkrycia Ameryki "KUPA ŚMIERDZI! FFFFUJ!". Jest w tym jednak samo życie. Kupa to nie miód i maliny.

Kiedyś oglądałam prześmieszną bajeczkę o kupie. Skandynawską. Pamiętam, że narysowano w niej różne rodzaje kupy: małą, dużą, poskręcaną itd. Dzieci mogły się też dowiedzieć, skąd się biorą śmierdzące bąki. I różne inne rzeczy a propos wydalania. Myślę, że to fantastyczna rzecz, żeby dzieciom mówić o takich sprawach zanim wejdą w fazę naturalnego (niestety czasem sięgającego niezdrowego poziomu) wstydu. Potem jest już trudniej odwrócić skrępowanie i oddać dziecku naturalną zdolność poruszania wszystkich tematów i zadawania wszelkich pytań.

Czy ja aby nie przesadzam? Patrzę po pokoleniu naszych dziadków, rodziców, nas samych może już coraz mniej. Nasi dziadkowie i tatusiowie nie mówili o kłopotach z prostatą. Po prostu chorowali. Nie mówiono też o jelicie grubym ani odbycie - tylko skąd nagle wysyp reklam środków przeciw hemoroidom? Wiele tematów było jeszcze niedawno tabu. Dziś ludzie wychodzą na ulicę i chcą o tym krzyczeć, bo z milczenia czasem trudno przejść do spokojnego dialogu.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Bo zabierze cię Cyganka!

Podobno do 8. roku życia w dziecku kształtują się najważniejsze postawy życiowe, przekonania, scenariusze postępowania i schematy działań skierowane na "wygraną" bądź "przegraną" (polecam stare ale jare Born to Win). Przypominam sobie w tym momencie nasze babcie i mamy, które mawiały do nas np. tak: Jak będziesz niegrzeczny, to zabierze cię Cyganka! Ukraińcom nie wierz jak psom. Dzieci i ryby głosu nie mają. Grzeczna dziewczynka nie krzyczy, nie złości i nie kłóci się z innymi. Nie wychylaj się. Jako kilkuletnia dziewczynka nie wiedziałam, skąd się biorą takie przekonania w mojej matriarchalnej rodzinie. Nie myślałam o wojnie, o powojennym głodzie, o tradycyjnych czy rewolucyjnych modelach wychowywania dziewczynek i chłopców. Nie wiedziałam o dziedzictwie kobiet, które ukształtowały mój fundament przekonań.
Zastanawialiście się nad bajkami, jakich słuchaliśmy w dzieciństwie? Kopciuszek - wzór do naśladowania. Biedny, pogardzany, przepracowany, skromny, milczący, rozmarzony. Rozkwita dopiero u boku księcia. Królewna Śnieżka - odrzucona przez macochę, wypędzona do lasu, skromna, pracowita itd. Budzi ją do życia pocałunek księcia. O smoku - szewczyk dzięki sprytowi zabija smoka i w nagrodę dostaje królewnę i pół królestwa. Ciekawe, ile w nas pozostało z Kopciuszków poświęcających się w oczekiwaniu na tego Jedynego, który nas wyrwie z niewoli? 
Po latach zaczynam odsiewać to, co we mnie "moje" a co "wyuczone". Oj, jest tego osadu! Zaprzęgając mózg można dotrzeć do prawdziwego siebie i zacząć od nowa pracować nad schematami myślenia i modelami zachowań. O ile jednak dzieciom taka nauka przychodzi z łatwością, dla nas, dorosłych, jest to niezła ścieżka zdrowia. 
Dlatego piszę takie bajki, w których i dziewczynki, i chłopcy mają w swoim życiu moc sprawczą, podejmują odpowiedzialność na swoją miarę, aktywnie rozwiązują problemy i podejmują walkę z własnymi lękami. Wierzę, że dzieci, które wyrosną na takich bajkach, będą szczęśliwsze.

Dziś trzeci odcinek bajki "Kto schował Julkę?" Czekam na wrażenia tych, którzy jej jeszcze nie czytali.

Wiedźminka posłała jej szeorki uśmiech i odpowiedziała: – Chcę się przyjrzeć twojej różowej spince do włosów. Mogę?
- Proszę – odrzekła Julka i podała spinkę Wiedźmince.

Wiedźminka oglądała spinkę bardzo dokładnie.
- Hmmmm... Tak jak myślałam – powiedziała – No chodź tu! – dodała rozkazującym głosem i złapała palcami coś, co siedziało na samym czubku kwiatka na spince.
- Co to?! Fuj! – krzyknęła Julka. Na ręku Wiedźminki leżał malusieńki robaczek. Julka nigdy go nie zauważyła, bo robaczek był cały różowy, jak spinka. Dziewczynka zaczęła machać gwałtownie głową. Bała się robaków! A może we włosach krył się jeszcze jeden? Albo nawet dwa?




- Nie bój się! To Robaczek-Chowaczek. Zobacz, mam Wielki Atlas Robali. Tu jest napisane tak: „Robaczek-Chowaczek to niewielki robak z rodziny dżdżowników, żyje na ciele ludzi i powoduje u nich nieśmiałość. Poza tym nieszkodliwy. Objawy: człowiek zaatakowany przez Robaczka-Chowaczka chowa się i ucieka przed innymi ludźmi. Leczenie: Robaczek-Chowaczek doskonale czuje się w lesie. Należy zanieść go do lasu, położyć pod drzewem i nakryć liściem.” – przeczytała Wiedźminka fragment z grubej książki.

- No to chodź, wyniesiemy go! – Julka zerwała się na nogi. Oczywiście bała się Robaczka-Chowaczka, ale postanowiła przełamać strach. Dziewczynki wzięły pudełko po zapałkach i włożyły do niego robaka.
- Dokąd chcesz go wynieść? – spytała Wiedźminka.
- Plac zabaw jest w parku. Tam rośnie dużo drzew. Robaczkowi na pewno się tam spodoba – zapewniła Julka.

Dziewczynki ruszyły żwawo w kierunku placu zabaw. Chciały jak najszybciej pozbyć się różowego robaka.

Gdy po chwili Julka i Wiedźminka dotarły na miejsce, dzieci na placu bawiły się właśnie w bezludną wyspę.
- To moja ulubiona zabawa – oznajmiła Julka.
- Zatem pobawmy się razem z nimi! – zawołała Wiedźminka.

Julka zamilkła – jak zawsze w takiej sytuacji. Chwyciła silniej swojego pieska i ukryła buzię w jego futerku. Wiedziała już, że to Robaczek-Chowaczek w pudełku kazał jej znowu się schować. Nie potrafiła jeszcze nie słuchać podszeptów robaczka.
- Nie, ja nie idę – zdecydowała.
- No dobrze, pozbądźmy się najpierw robaka, a potem zobaczymy – odrzekła Wiedźminka.

Dziewczynki rozejrzały się dookoła szukając odpowiedniego drzewa dla Robaczka-Chowaczka. Wybrały wysoki klon nie za blisko ulicy i nie za blisko placu zabaw. Położyły robaczka pod drzewem i nakryły ładnym, dużym liściem.
- Cześć robaczku – powiedziała Julka. – Będzie ci tu dobrze.

- No to co? Idziemy się teraz pobawić? – niecierpliwiła się Wiedźminka.
- Idziemy! – Julka podskoczyła z radości. – Tylko... Ja nie wiem jak... Nie znam nikogo... – dodała smutnym i niepewnym głosem.
- Ja też nie znam nikogo. Ale tak bardzo chcę się pobawić w bezludną wyspę! Wiesz co? Chodźmy do nich i przedstawmy się – zaproponowała Wiedźminka.

piątek, 11 lutego 2011

Wstydliwa sprawa

Każdy robi, a nikt o tym nie mówi oprócz mam małych dzieci. Kupa. Odwieczna tajemnica. Wchodzi jajecznica - wychodzi śmierdząca kiełbaska. Wchodzi bułka z pomidorem - wychodzi śmierdząca kiełbaska. I bądź tu mądry!
Pamiętam, jak spędzałam kiedyś wakacje na mazurskiej wsi. Właściciele mieli córeczkę Matyldę. Matylda miała wtedy ok. 2 lat. Było lato i czas odzwyczajania od pieluszki. Ciepło, miło, zazwyczaj dzieciom w to graj. W dziewczynkę jakby piorun strzelił. Jak chciała iść siusiu albo nie daj boże kupę, chowała się za krzakami i urządzała prawdziwy teatr. Nie wolno było do niej podejść, patrzeć w jej stronę, zagadywać ją, nawet dać znać, że się coś wie lub widzi. Matylda chciała być niewidzialna.
Myślałam, że to przypadek dziwaczny i odosobniony. Aż trafił mi się mój synek, który ma te same objawy: chowa się pod stół, unika wzroku, wygania wszystkich ze swojego kącika, gdy "czyta książki", jak mawia. Nocnik nigdy na niego nie spadł ani nie zmuszaliśmy synka nigdy do siadania na nocnik. Teoretycznie powinien być wolny od traumy. A jednak coś sprawia, że dziecko mówi "nie".
Z dwulatkiem jeszcze specjalnie nie pogadasz. Nie zracjonalizujesz problemu. Dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego się boi. Boi się i już. Nie chce i już. Podrapałam się więc w głowę i wymyśliłam dla niego specjalną bajeczkę o Milanie, który zjadł duże śniadanko. Jak tylko trochę ją obrobię w komputerze i będzie wyglądała "po ludzku", nie omieszkam się nią podzielić.
Najważniejsze, żeby działała - to będę sprawdzać w najbliższym czasie.

Póki co, zapraszam do przeczytania drugiego odcinka opowieści mrożącej krew w żyłach "Kto schował Julkę".

- Uaaaaaa! – rozległo się kolejne ziewnięcie, po czym drzwi domku otworzyły się i wyszła... mała dziewczynka z marchewkowymi włosami. Ubrana była w trawiastozieloną sukienkę i śmieszny kapelusik tego samego koloru.
 




- O! Dzień dobry! – zwróciła się do Julki. – Jestem Wiedźminka. Umiem czarować. To jest mój domek. Ma na imię Barni. Mam jeszcze kota Kuskusa, ale gdzieś sobie poszedł. Przedstawię ci go przy okazji.

Julka zaczerwieniła się. Nie miała pomysłu na to, co można by powiedzieć. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle chciała być niewidzialna. Coś kazało jej się ukryć. Schowała się szybko za krzakiem i zasłoniła twarz rękami. Może jeśli ona nie widzi czarodziejki, to czarodziejka też nie widzi Julki? Spomiędzy palców patrzyła jednak na Wiedźminkę z ciekawością. Ta dziewczynka była taka odważna!

Wiedźminka uśmiechnęła się. Dziewczynka z pluszowym psem wydała jej się bardzo miła.
- Jak masz na imię? – zapytała Wiedźminka.
- Julka –głosik zza krzaków zabrzmiał tak cicho, że prawie nie było go słychać.
- Miło mi cię poznać – odpowiedziała Wiedźminka przyjaźnie.

Julka chętnie zadałaby Wiedźmince sto pytań! Była bardzo ciekawa, jakim sposobem mały domek na kurzych nóżkach pojawił się na jej podwórku. Zamiast zapytać stała jak wmurowana. Tak jakby ktoś zawiązał jej sznurówki w butach.

- Dlaczego tak cicho mówisz i dlaczego się chowasz? – zdziwiła się Wiedźminka.
Julka nie wiedziała jednak dlaczego. Zawstydzona zaczerwieniła się mocno. Wiedziała, że jej policzki przypominają teraz dojrzałe pomidory i z tego powodu jeszcze bardziej chciała się zapaść pod ziemię.

Wiedźminka poprosiła Julkę, żeby wyszła zza krzaka. Sama przyniosła z wnętrza Barniego dwa kubki parującego kakao. Na nosie miała dziwne, olbrzymie okulary ze szkłami jak denka od butelek. Przez te okulary oczy Wiedźminki wydawały się ogromne.

- Proszę. To kakao w moim magicznym kubku-niekapku. Możesz odwrócić kubek do góry nogami i kakao się nie wyleje – oznajmiła i podała Julce kubek.
- Dziękuję – wyszeptała Julka. – Mmmm… Bardzo smaczne to kakao – dodała i oblizała z apetytem piankę z ust. Przechyliła kubek, żeby sprawdzić jego magiczną moc. Kakao faktycznie zatrzymało się na brzegu i ani kropla się nie wylała.

- Cieszę się, że ci smakuje – powiedziała Wiedźminka i siorbnęła głośno. – Może opowiesz mi coś o sobie, o twoim psie i o okolicy? Jestem tutaj pierwszy raz i nie znam nikogo.

Julka wypiła jeszcze kilka łyczków. Łyczki były naprawdę bardzo malutkie – najchętniej piłaby to kakao całą wieczność, żeby tylko nie musieć się odzywać. Widziała jednak, że Wiedźminka jest bardzo miła i że naprawdę ciekawi ją wszystko dookoła. Julka opowiedziała o tym, jak bawi się w swoim pokoju lalkami i misiami. Wyznała też, że bardzo chce się bawić z dziećmi na placu, ale zamiast tam pójść, nie wiadomo dlaczego, chowa się za mamę.

Gdy Julka skończyła opowieść, bąknęła nieśmiało:
- Aaa... czy ja też mogę cię o coś zapytać?
- No jasne! – uśmiechnęła się Wiedźminka na zachętę.
- Czy możesz mi powiedzieć... To znaczy... Eeee... Zastanawiałam się... No... – Julka jąkała się i czerwieniła. Wreszcie wzięła głęboki wdech i zapytała: – Po co ci te okulary? 
 

wtorek, 8 lutego 2011

Początki bajkowania / bajkopisania / bajkomyślenia...

Nie mogę sobie przypomnieć, jak to się stało, że zgodziłam się napisać dla dzieci koleżanki dwie bajki. Jedna miała być dla dziewczynki prawie pięcioletniej, która była bardzo nieśmiała. Druga bajka miała być dla sześcioletniego chłopca, który przechodził okres totalnego buntu (jeden z wielu okresów buntu w życiu - mój dwuletni syn też ma teraz okres buntu). Najpierw powstała historyjka dla Gabrysi. Poczytałam skąpe informacje w internecie nt. bajkoterapii i w sumie pisałam na intuicję. Potem skonsultowałam z dobrą koleżanką - psychologiem - matką - społeczniczką - pozytywnie zakręconą.
Dalej pomyślałam, że dla jednorazowej historii nie będę przecież zamawiać profesjonalnego ilustratora za jakieś bajońskie tysiące złotych. Złapałam więc za ołówek i akwarele i zilustrowałam książeczkę sama. Ostatni raz, kiedy miałam jakikolwiek pędzel w dłoni, to był rok 2006 - malowanie mojej kawalerki. Wcześniej - podstawówka. Lubiłam malować twarze, ale nigdy nos mi nie wychodził. Do dziś czuję się niepewnie w rysowaniu, malowaniu i pokrewnych. Wolę kolor opisać słowami niż wyczarować pędzlem. Ot, taka mała ułomność.

Po Gabrysi (która teraz nazywa się Julka i czeka na kolejne dziewczynki chowające się za spódnicą mamy) napisałam bajkę dla Josha (który teraz ma na imię Kuba). To była bajka o Joshozaurze. I tę również narysowałam sama, już nieco śmielej, mniej topornie. Podobno całkiem fajnie wyglądają te moje obrazki-bohomazki.
Po Gabrysi-Julce i Joshu-Kubie popełniłam jeszcze kilka opowiastek dla różnych osób i celów. Opowiem o nich przy okazji.

Postanowiłam wrzucić tutaj moją pierwszą (w języku niemieckim jest takie śliczne, praktyczne słowo ALLERERSTE, co po polsku znaczyłoby tyle co "najpierwsze") bajeczkę, która obecnie nosi tytuł "Kto schował Julkę?". Dziś odcinek pierwszy - tadaaaaam!


KTO SCHOWAŁ JULKĘ?


Pewnego dnia Wiedźminkę obudził nagły wstrząs. RRRRRYMS! – coś uderzyło o dach Barniego. Domek na kurzych nóżkach zamruczał z niezadowolenia i hycnął na bok. Skok Barniego skończył się tym, że cała kolekcja magicznych kubków-niekapków spadła z hukiem z półki. Kuskus prychnął lekceważąco i dał długiego, zwinnego susa na drzewo.

Wiedźminka wyjrzała przez okno. Zobaczyła dookoła mnóstwo dzieci, które bujały się na huśtawkach, kręciły na karuzeli, grały w klasy, bawiły się w chowanego i budowały zamki w piaskownicy. Barni zaparkował akurat na tej części placu, na której dzieci grały w piłkę nożną. To właśnie ta piłka, uderzając w dach Barniego, narobiła hałasu i przestraszyła wiedźmiński domek.

Uwagę Wiedźminki przykuły mała dziewczynka z ładną, różową spinką we włosach i jej mama. Mama próbowała ciągnąć córkę w stronę dzieci, ale ta wyrywała się ze łzami w oczach i strała się schować za mamą.
– Julko, dlaczego znowu tak się zachowujesz? Dlaczego nie chcesz się bawić z innymi dziećmi? – zapytała mama.
- Bo nie chcę! Chodźmy stąd, mamusiu! – szybko odpowiedziała Julka i wtuliła twarz w spódnicę mamy. – Chcę się pobawić, ale boję się dzieci... – dodała cicho po chwili.
- Dlaczego się  boisz? – dopytywała zmartwiona mama.
- Nie wiem. Wolę iść do domu i pobawić się zabawkami w Indian. Zbuduję dla nich szałas – odpowiedziała Julka i mocno przytuliła swojego pluszowego psa.

Mama wzięła Julkę za rękę i poszły do domu. Dziewczynka wzięła swoje lalki i maskotki, przebrała je za Indian i zbudowała dla nich w ogródku/na dworze szałas. Potem mama zawołała córeczkę na obiad.

Po obiedzie Julka wyjrzała przez okno. Zobaczyła malutki domek stojący dokładnie na miejscu jej indiańskiego szałasu. Dziewczynka poprawiła spinkę we włosach, złapała pluszowego psa i zbiegła szybko na dół. Koniecznie chciała się dowiedzieć, co za gość zburzył jej szałas. Skąd jest? Co tu robi? Dlaczego ma kurze nóżki? No i dlaczego chrapie?

Nagle z domku rozległo się głośne ziewnięcie:
- Uaaaaa! – Julka aż podskoczyła ze strachu. Cieszyła się, że pluszowy pies był z nią – we dwoje zawsze raźniej! Bała się odezwać, choć ani chrapanie, ani ziewanie nie brzmiały groźnie. Zastanawiała się, czy ten tajemniczy Ktoś w domku jest miły. A jeśli mieszka tam jakiś wstrętny pająk i zaraz wyskoczy na nią z wrzaskiem? – na samą myśl o tym Julka wtuliła się głebiej w swego pluszowego psa.

- Uaaaaaa! – rozległo się kolejne ziewnięcie, po czym drzwi domku otworzyły się i wyszła...

Ciąg dalszy nastąpi niebawem :)

wtorek, 18 stycznia 2011

Pierwszy dzień

Dowiedziałam się dziś, że zostanę mamą. Bez paniki, mamą po raz drugi. Nasz syn Milan ma już 2 latka. Jak urodzi mu się siostrzyczka (marzenie taty), będzie dzielnym i mądrym prawie-trzylatkiem. Dokładnie tak to sobie wymyśliliśmy. Czy mamy na to warunki? Cóż. Nigdy nie jest dobry moment na decyzję o dziecku. Przestaliśmy więc patrzeć na warunki w kontekście przeszkód nie do pokonania. Mamy deadline 9 miesięczny, aby zrobić coś z tzw. warunkami brzegowymi. Christian rozpatruje firmę za firmą, spisuje długie listy "plusów dodatnich i plusów ujemnych". Ja nabrałam wiatru w żagle i wymyślam kolejne scenariusze bajek, kolejne postacie, kolejne tematy przewodnie. Milan nic specjalnego nie postanowił. Zmienia się z dnia na dzień. Przypomina rozbrykanego szczeniaka, który z szelmowskim uśmiechem robi zębami dziurę w wężu ogrodowym, a potem przygląda się z chichotem, jak woda oblewa pańcię od wypachnionych stóp do wyfiokowanego czubka głowy.

Dziś to na mnie przypadł zaszczyt kąpania i kładzenia spać Milana. Zawsze robi to "tata Kisam", jak mówi na Christiana Milan. Z kąpaniem poradziłam sobie konkursowo. Podłoga sucha, ja sucha, Milan mokry. Bywały czasy, gdy było dokładnie na odwrót. Pielęgnacja skóry, ubieranie piżamy - na szóstkę. Potem Milan zarządził oglądanie bajek. Wzięłam wiersze Tuwima - wydanie stylizowane na stare, klasyczne, z mojego dzieciństwa. Zagłębiłam się w "Słonia Trąbalskiego" i słyszę: następny! Za 3 sekundy: następny! Na jednym oddechu przeleciałam przez wierszyk o tym, że gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Wierszyk wciągnął mnie szczerze, bo był bardzo mądry życiowo i mówił o tym, żeby nie bać się żyć. Milana wierszyk nie wciągnął wcale. Stwierdził, że wszystkie kozy to konie, że koni jest "seść" i powiedział: następny!

Jak sprawić, żeby dwulatek słuchał? Musi być jakiś sposób. Milan umie bardzo dużo wierszyków a  raczej tekstów piosenek. Wie, że te wierszyki mają melodię, ale na razie bardziej je deklamuje śpiewnie niż śpiewa. Wśród nocnej ciszy, Dorotka, Na Wojtusia, W pokoiku na stoliku, Kotek Puszek z jedną łatką, itd. Może dla dwulatków bajeczka powinna być prostą rymowanką do pokazywania? Tematami mogę sypać jak z rękawa: że trzeba myć zęby, że nie wolno gryźć uszczelki w drzwiach, że w brudnych butach nie chodzimy po białej wykładzinie, że mama też może czasem wrzasnąć, że nocnik jest "w porzo", że skórka z chleba jest jadalna a z ziemniaka nie - nie odwrotnie. Dwulatki są niewykorzystanym polem bajkowej eksploatacji!

Jak się czuje zafasolkowana kobieta w czwartym tygodniu ciąży? Tak jak niezafasolkowana kobieta w żadnym tygodniu ciąży. Nie jestem bardziej zmęczona ani bardziej głodna. Bardziej zła też nie. Chodzę na jogę, trochę biegam i jeżdżę na tych magicznych, roweropodobnych wynalazkach z fitness klubu. Każdy ranek zaczynam 21 powitaniami słońca z czaturangą. Pracuję nad następnym wydaniem gazety. W nocy będę pisać bloga, bajki i rysować. Piję cudne zioła, które dobrze robią mojemu organizmowi. Dziewiąty miesiąc, poród, karmienie piersią są w tym momencie taką samą abstrakcją jak lot na Marsa. Życie jest piękne! Normalnie bajka :)